Czy ktokolwiek o nich słyszał? Czy ktokolwiek coś wie? – Recenzja „Visuals” Mew

Po powróceniu do słuchania Cold War Kids, odkurzyłem sobie kolejny zapomniany przeze mnie indie band. Tym razem padło na duńską formację Mew, którą namiętnie zasłuchiwałem przed 2010 rokiem. Wtedy krewni Gangu Olsena występowali na katowickim Off Festivalu, gdzie grali głównie kawałki z albumu: „No More Stories Are Told Today, I’m Sorry They Washed Away // No More Stories, The World Is Grey, I’m Tired, Let’s Wash Away„. To jednak stare dzieje, a co teraz? Pod koniec kwietnia, grupa grający alternatywny rock powróciła z najnowszym. siódmym longplayem „Visuals„. Jakie są moje odczucia? O tym poniżej.

Najnowszy krążek w zestawie Mew, nie wnosi absolutnie nic nowego. Przynajmniej nic, czego byśmy nie słyszeli na poprzednich wydawnictwa Duńczyków. Jonas Bjerre, raczej nie lubi eksperymentować, i to słychać na tym krążku. To kolejny zestaw przyjemnych dla ucha piosenek z pogranicza alternatywnego rocka z domieszką rocka progresywnego.  To dobra wiadomość dla oddanych fanów grupy. Jeżeli ktoś pokochał ten zespół za tego typu muzykę, to nie powinien być rozczarowany. Usłyszy dokładnie to samo, co zespół gra od 1997 roku. Słuchacze bardziej wymagający nie mają raczej czego tu szukać. Po przesłuchaniu „Frengers” z 2003 roku czy też „And the Glass Handed Kites” z 2005 roku, ma się wiedzę absolutną na temat muzyki Mew.

Visuals” to przyjemny w odbiorze album. Słucha się go całkiem dobrze. Jonas Bjerre wciąż posiada hipnotyzujący głos i pomysł na swoją muzykę, który w pełni realizuje. Jest to mocno nastrojowa płyta, która sprawia, że czujemy się jakbyśmy spacerowali po trawiastych wybrzeżach Danii. Tak jak mówiłem wcześniej nie jest to odkrywcza muzyka, ale jest na tyle dobra, że śmiało można raz czy dwa razy „Visuals” odpalić. Przy większej ilości odsłuchań, płyta może po prostu się szybko znudzić, i jest to najpoważniejszy zarzut jaki można wytoczyć. Wiecie, nie można jeść codziennie tej samej kanapki na śniadanie. Prędzej czy później, będziecie mieć smak na jajecznice. Jonas Bjerre z kolegami jej Wam jednak nie zaserwuje, a co najwyżej zamień na Waszej kanapce ser goudę na ser edamski. Ocena: 5/10.

Mac DeMarco znowu to zrobił! – Recenzja „This Old Dog”

No i doczekaliśmy się. Najnowszy, trzeci już długogrający album od Mac’a DeMarco „This Old Dog” ukazał się jakiś czas temu. Recenzje póki co zbiera pozytywne. Nie inaczej będzie u mnie. Ale po kolei.

Jak to jest, że ten Kanadyjski skurczybyk z taką lekkością i jakby od niechcenia wydaje tak świetne płyty? Debiutancki „2” z 2012 roku pokazał, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym i ciekawym.  Dwa lata później ukazał się GENIALNY „Salad Days„, który uważam za najdoskonalsze dzieło Mac’a. Jego „Passing Out Pieces” przez długi czas był moim dzwonkiem w telefonie. Nie minął rok, a DeMarco wydał kolejny mini-krążek „Another One„, który znowu zachwycił! Teraz mamy 2017, a słynny Pepperoni Playboy znowu zachwyca.

Mac DeMarco niczym Bob Dylan, przy pomocy akompaniamentu gitary, swojego głosu i zmysłu do piosenek uwodzi nasze uszy. Udowadnia to już opener „My Old Man„. Trochę niepozorna piosenka, ale kurcze jak to łapie! A dalej jest tylko lepiej. W „This Old Dog” muzyk ponownie łapie nas swoim sentymentalizmem i senno-narkotycznym nastrojem. Trzeci w zestawie „Baby You’re Out” brzmi jak zaginiona piosenka Dylana, w której autor rzuca zagadkowe: „Remember all the faces still unseen / And soon enough, you’ll see just what I mean„.

For The First Time” to perełka kompozycyjna. Świetna partia basu wprowadza nas w klimat, a elementy klawiszowe dają całości kolorytu. Tym utworem DeMarco udowadnia, że ma nosa do ciekawych brzmień i potrafi je zgrabnie połączyć. W piątym „One Another” muzyk eksploruje gitarą brzmienie południowych stanów i podpowiada co by nagrywał Johnny Cash, gdyby żył i był Kanadyjczykiem. W połowie krążka, znajdujemy krótką balladę „Sister” a kolejny „Dream From Yesterday” za pomocą syntezatora wprowadza nas w letni, leniwy nastrój. Numer 9, czyli „A Wolf Who Wears Sheeps Clothes” to ponowna próba zabawy w Dylana za pomocą harmonijki. Za „One More Love Song” mówi już sam tytuł a „On The Level” wprowadza nieco psychodeli na ten album. A jak dobrze wiecie, za ten specyficzny klimat najbardziej uwielbiamy produkcje Mac’a DeMarco. W „Moonlight River” artysta nieco się rozszalał, gdyż to najdłuższy kawałek na płycie. 7 minutowy kolos w otoczeniu 2-3 minutowych kolegów robi inne wrażenie. Całość kończy spokojne „Watching Him Fade Away”.

This Old Dog” to krążek na wysokim, bardzo dobrym poziomie. Co prawda Mac DeMarco przywyczaił nas do tego, że jego albumy to nie przelewki. Nie mniej fajnie, że nie rozczarował nas. Świetne kompozycje łączą w sobie spokój, lekkość, fajne melodie i specyficzny klimat. No i co najważniejsze, każda część tej płyty jest odmienna od reszty, przez co nie możemy mówić o nudzie. Śmiało możemy się kłaniać przed Kanadyjczykiem, wykonał swoje zadanie perfekcyjnie. Ocena: 9/10.

Polityka, religia, kwestie rasowe i rozstępy na tyłku – kilka zdań o „DAMN” Kendricka Lamara

Kendrick Lamar – nazwisko dobrze znane każdemu, kto zagląda na mojego bloga regularnie. Zarówno „Good Kid, M.A.A,D City” jak „To Pimp A Butterfly” doczekały się miana albumu roku. Ten drugi dostał nawet ode mnie dyszkę, co zdarza się niezwykle rzadko. Co prawda raper niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu w swoich gościnnych występach (bo jak inaczej nazwać jego zwrotki w TYM i TYM), jednak kiedy wydaje swój album to robi to z klasą. Nie inaczej jest w przypadku „DAMN

Kendrick jest w ostatnim czasie dość płodnym artystą. Jeszcze nie opadł kurz po jego głośnym „To Pimp A Butterfly” a już pojawił się na obłędnym poziomie zapis jego nagrań „Untitled Unmastered„. Poza tym raper regularnie pojawiał się na nagraniach innych. Mowa tu o m.in. nowej płycie Thundercata, Beyonce, Sia, Taylor Swift, Flying Lotusa i wielu, wielu innych. Dlatego też informacja o tym, że planuje nowy album w tym roku była dla mnie dość niespodziewana i szokująca.

Jak się po raz kolejny okazało Kednrick Lamar rządzi i króluje. Raper osiągnął szybkość wydawania płyt znaną dla Drake’a, jednak poziom jego produkcji jest wprost PERFEKCYJNY. „DAMN” zaczyna się niepozornie. Otwierający całość „BLOOD” brzmi dość filmowo. Lamar spokojnym głosem opowiada jak spotyka na ulicy niewidomą kobietę, której coś wypadło. Postanawia jej pomóc, po czym ona do niego strzela. Mocna rzecz. Następnie wkracza oparte na konkretnym beacie „DNA„. Kendrick rzuca w tym kawałku sporo spostrzeżeń na swoją czarną naturę. Takie zwrotki jak: „I got power, poison, pain and joy inside my DNA” oraz „This is why I say that hip hop has done more damage to young African Americans than racism in recent years” są dość wymowne.

Następny „YAH” raper przyznaje, że nie interesuje go robienie polityki ani mieszanie się w religię. Co akurat jest bzdurą, bo „Damn” jest aż naszpikowane od kwseti politycznych i nawiązań religijnych. Sama nazwa „Yah” o tym świadczy, gdyż odwołuje się do Yahweh – imienia Boga. Czwarty w zestawie „ELEMENT” stoi na wysokim poziomie produkcyjnym. Jednak to nic dziwnego, skoro na liście osób związanych z tym utworem znajduje się James Blake. Kolejny w zestawie „FEEL” to zestaw negatywnych uczuć Kendricka. Raper rzuca: „I feel like all of y’all is desperate” czy też „I feel like friends been overrated„, po czym dodaje, że nikt za niego się nie modli. w „LOYALTY” swój gościnny występ ma Rihanna. Piosenkarka po raz pierwszy nagrała kawałek z Kendrickiem Lamarem, Drake na pewno był zazdrosny.

w „PRIDE” powolne tempo podkładu może usypiać, jednak już w kolejnym singlowym „HUMBLE” dostajemy petardę prosto w twarz. Świetny, przywołujący na myśl lata 90 beat miesza się tutaj z kapitalną nawijką rapera. No i te perełki w stylu: „I’m so fuckin’ sick and tired of the Photoshop / Show me somethin’ natural like afro on Richard Pryor„. Przybijam piątkę i puszczam ten utwór na pełen FULL.

Sporo kontrowersji sprawił utwór „XXX„, gdzie gościnny występ ma U2. Dla fanów irlandzkiej grupy rockowej był to policzek by gościnnie występować na JAKIMŚ TAM RAP ALBUMIE. Jednak trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że tylko dla tej najbardziej betonowej i zacofanej części fanów. Historia mieszania się rocka z rapem sięga lat 80, kiedy to RUN/DMC nagrywało kawałek „Walk This Way” z Aerosmith. A po drodze było wiele, wiele mieszanych produkcji,że trzeba być retardem by przegapić którąkolwiek w 2017 roku! Z drugiej natomiast strony fani Lamara martwili się o poziom albumu, skoro na ma na nim występować Bono, który już od bardzo dawna nie nagrał niczego dobrego. Jak wyszła wspólna produkcja? Trudno ocenić. Kawałek „XXX” to mieszanka różnych brzmień. Lamar miesza tutaj scratche wyjęte niczym z przełomu lat 80 i 90, i dodaje elementy surowości znane z „Yeezusa” Kanye Westa. Na końcu pojawia się Bono, który śpiewa: „It’s not a place / This country is to me a sound of drum and bass / You close your eyes to look around„. Jest to zbyt krótki i abstrakcyjny moment na płycie by go oceniać pozytywnie, czy też negatywnie. Po prostu jest.

Końcówka płyty podoba mi się najbardziej. „FEAR” charakteryzuje ciekawy, lekko senny beat. Jest to jeden z tych kawałków, które w jakiś sposób zapadają w pamięci. Z resztą nic dziwnego, utwór trwa ponad 7 minut! W „GOD” Lamar trochę bawi się w The Wekeend i robienie R’n’B. Niestety z miernym skutkiem, gdyż to kompletnie nie ta estetyka. Całość kończy rewelacyjne „DUCKWORTH„, które spokojnie załapałoby się na poprzednie płyty Lamara.

Najczęstsze zarzuty jakie przywołują recenzenci to brak spójności na albumie i gorsza produkcja. Niestety, muszę się z tym zgodzić. Faktycznie „DAMN” nie jest tak spójne jak chociażby „To Pimp A Butterfly” czy też „Good Kid, M.A.D. City„. Czuć to zwłaszcza gdy słuchamy takich kawałków jak „GOD” czy też „XXX„. Zupełnie nie wiem jaka koncepcja siedziała w głowie Kendricka Lamara. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry album. Nie zgodzę się z zdaniem, że ten krążek nie był potrzebny. Może, nie był potrzebny w takiej formie. Jednak nowe wydawnictwo Lamara to obecnie duże wydarzenie, i tego się trzymajmy. To raper nietuzinkowy, który wie CO i JAK. I po raz kolejny udowodnił, że robi to bardzo dobrze. Ocena: 8/10.

Posłuchaj