Run The Jewels po raz trzeci

run-the-jewelsRun The Jewels podwajają się i potrajają by zachwycić swoich fanów. Ich najnowszy, trzeci już krążek nazwany po prostu „RTJ3” został wrzucony do sieci w Wigilię bez wcześniejszej zapowiedzi. I to za friko! Niezły prezent od Killer Mike’a i El-P, co nie? Ponadto premierze towarzyszyły śmieszne filmiki w internecie w których raperzy ironizowali premierę krążka. Niby to już wszystko było, bo darmowe udostępnianie albumów zaczęło się od pamiętnego krążka Radiohead „In Rainbows” a niezapowiedzianych premier płyt też już mieliśmy ostatnio sporo – to jednak takie akcje zawsze mają pozytywny wydźwięk. Szkoda tylko, że zawartość „RTJ3” już takiego pozytywnego wydźwięku nie ma.

Na pozór wszystko wygląda dobrze. EL-P ponownie przyłożył się do stworzenia mocnych, ciekawych i elektronicznych beatów natomiast Killer Mike niczym karabin wyrzuca z siebie zwrotki jak pociski. Tematyka? Nie wiele się zmieniło. Górują tematy polityczno – społeczne o niedoli czarnoskórych obywateli. Krążek zaczyna się od tego, że Killer Mike wyraża nadzieje, że nie będzie musiał wracać do handlowania drugami. W następnym utworze „Talk To Me” Mike zamienia się w rapowego terrorystę i rzuca: „Born Black, That’s dead on arrival / My job is fight gor survival„.  W „2100” pojawiają się bardziej globalne przemyślenia typu: „How long before the hate that we hold /
Lead us to another Holocaust?” czy też „It’s too clear, nuclear’s too near„. Na całym krążku jest więcej takich perełek, ale to nie jedyna tematyka albumu. Pojawiają się kwestie „LEGENDARYZMU” ich muzyki w „Legend Has It„, hajsu w „Stay Gold” czy też śmierci ziomków w „Thursday in the Danger Room„.

rtj3Pod względem technicznym nie mam absolutnie nic do zarzucenia „RTJ3„. Historię opowiadane przez Killer Mike brzmią prawdziwie, a sposób w jaki je wygłasza wzbudza szacunek. Czarnoskóry raper z „lekką” nadwagą śmiało może walczyć o fotel prezydenta USA. EL-P ponownie zrobił dobry kawał muzyki, szczególnie do gustu przypadł mi mroczny „2100” z fajną gitarką w środku. Ponadto na wyróżnienie zasługują: „Everybody Stay Calm” oraz energiczne „Panther Like A Panther„. Skoro wymieniłem już tyle plusów, to co w tym albumie jest nie tak? Sprawa jest prosta. Pomału czuć wypalenie formuły. Ten album nie oddziałuje na mnie tak samo jak dwa poprzednie. Pierwsza wersja „RTJ” brzmiała surowo, trochę chaotycznie i wyglądała na brudnopis z zajebistymi pomysłami, które zostały w pełni rozwinięte na „RTJ2„. W tych albumach było to „coś”, co wywoływało wypieki na twarzy i szybsze bicie serca. Na trójce to „coś” pojawia się tylko momentami, i tego mi chyba najbardziej brakuje.

Podsumowując Killer Mike i El-P wydają dość dobry, przyzwoity album. Jednak formuła Run The Jewels pomału się wypala. Pytanie co zrobią z tym raperzy? Mam nadzieję, że przy następnym albumie znajdą rozwiązanie. Ocena: 6/10.

Muzyczne zaległości z 2016

Tradycyjnie już wracam do moich muzycznych zaległości z 2016 roku. Z roku, na rok jest ich coraz więcej. Dlatego też z dziennikarskiego obowiązku słów kilka na temat przegapionych przeze mnie albumów z minionych dwunastu miesięcy.

tribeA Tribe Called Quest – We got it from Here… Thank You 4 Your Service. Legendarny już zespół hip-hopowy postanowił się po raz drugi reaktywować. I tym razem udało się im to zrobić dobrze. Album „We got it form Here… Thank You 4 Your Service” nie jest ani odgrzewanym kotletem, ani też pogonią za swoim ogonem. Nasza trójka z Queens w ciekawy sposób nawiązuje do swojej epoki, czyli początku lat 90. Dodatkowo prezentuje ciekawy fachlarz nazwisk, które pojawiają się na tym longplayu. Mamy głośne nazwiska Kanye Westa, Kendricka Lamara czy też Eltona Johna. Pojawiają się też tacy wyjadacze jak Andre 3000, Busta Rhymes oraz Jack White. Warto samemu sprawdzić i wyrobić sobie ocenę. Dla mnie rarytas. Ocena: 7/10.

animal-collectiveeAnimal Collective – Painting This. Wymęczył mnie ten album niesamowicie. Słuchałem go jakoś w pierwszym półroczu 2016 i mało pamiętam z tej płyty. Miałkie, nudne, niewyraziste kompozycje z nowej płyty zwierzęcego kolektywu zlewają się w jedną szarą papkę. Brak pomysłu na siebie? Być może. Serce podpowiada, że to tylko chwilowa tendencja spadkowa. Rozum mówi natomiast, że Panda Bear ze spółką już nie nawiążą do „Strawberry Jam” czy też „Merriweather Post Pavilion„. Ocena: 4/10.

Blood Orange – Freetown Sound. Dev Hynes skrywający się za pseudonimem Blood Orange sukcesywnie udowadnia, że alternatywne R’n’B to jego mocna strona. Już debiutancki „Coastal Grooves” pokazał, że w tej materii artysta ma wiele do powiedzenia. Większość krytyków zachwycała się już „Cupid Delux” z 2013 rok, dla mnie jednak swoje mistrzostwo pokazał na zeszłorocznym „Freetown Sound„. Barwne, oryginalne brzmienie połączył z lekkością R’n’B. Producencki majstersztyk, który w pełni zasługuje na oceny, które przyznali mu inni recenzenci. Ocena: 8/10.

Danny Brown – Atrocity Exhibition. No cóż…. płyta bez historii. Przynudza strasznie ten Danny Brown. Może jeszcze się opamięta i nagra coś dobrego, bo tej płyty nie da się słuchać. Ocena: 3/10.

frankie-cosmosFrankie Cosmos – Next Thing. Muzyka autorstwa 22-letniej Grety Kline to dawka lekkiego i niezobowiązującego indie popu. „Next Thing” słucha się przyjemnie i szybko, co jest zarówno plusem jak i minusem tej płyty, gdyż raczej nie zapisze się w  annałach muzycznych indie rocka. Gdybym miał ten album porównać do jedzenia, to krążek Frankie Cosmos byłby śledzikiem na raz. Na lekki głód jak znalazł, jednak na obiad nie polecam. Ocena: 6/10.

james-blakeJames Blake – The Colour in Anything. W sumie to aż wstyd, że ten album nie ma osobnej recenzji na blogu. Tak wyszło, niestety. James wybacz! Mam nadzieje, że zrewanżuje Ci to ocena jaką wystawię w tym wpisie i rezerwacja miejscówki na liście podsumowującej. Deal? Ok! A tak na poważnie to James Blake z płyty na płytę jest coraz to dojrzalszy, bardziej intrygujący i lepszy. Jego najnowszy krążek całkowicie tę tezę obrazuje. „The Colour in Anything” to kawał dobrej muzyki, tak po prostu. Ocena: 8/10.

Moderat – III. Mój stosunek do Moderata zmienił się w ostatnim czasie. Miałem ich za nudziarzy, jednak po wysłuchaniu „II” stwierdziłem, że są jak najbardziej OK. Niestety najnowszy album nie sprawił, że zakochałem się w tej muzyce na zabój. Ot, dobry kawałek muzyki elektronicznej, która szybko wpada w ucho i równie szybko z niego wypada. Ocena: 5/10.

Mogwai – Atomic. Jezu, niby nie tak dawno temu szykowałem się na ich występ podczas Offa 2008 (Jeszcze wtedy w Mysłowicach, wiecie o tym?). Byli dla mnie wtedy LEGENDĄ, GWIAZDĄ i największą podjarką całej imprezy. Kuzyn z Rybnika do dziś śni o pałeczce perkusisty, którą wtedy niemal złapał. OD tamtego czasu minęło prawie 9 lat i nowa płyta od Mogwai jest dla mnie już tylko ciekawostką wydawniczą. Niby sprawny post rock w ich stylu, ale bez rewelacji. Jak się wam nie chce to nie musicie sprawdzać, a jak chcecie to raczej nie stracicie czasu. Ocena: 6/10

parquet-courtsParquet Courts – Human Performances. Aż dziwne, że „Human Performances” to już szósty album Parquet Courts! Wcześniej nie słyszałem o nowojorskim bandzie, dlatego też ich tegoroczny krążek był zakrytą kartą. Energiczny indie rock, z lekką nutką brytyjskich wpływów oraz enigmatycznych tekstów sprawił, że polubiłem ten krążek. Jednak nie jest to błyskotliwe i odkrywcze granie niestety i bez tej płyty indie rock i tak by przetrwał. Ocena: 6/10.

pet-shop-boysPet Shop Boys – Super. Przy tym albumie można i potańczyć, i podumać. Więc czemu nie? Jak to śpiewał Muniek: „Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?” – Przyłączam się do tego w pełni. Ocena: 6/10.

rebeka_dRebeka – Davos. Liczyłem na coś więcej od Rebeki. Pamiętny debiut „Hellada” zaostrzył mi smaka na „Davos„. Co prawda całkiem mi się przyjemnie spacerowało po lesie przy tych dźwiękach. Jednak nie będę tych spacerów wspominał do końca życia. Jest dobrze, ale chciałoby się więcej. Ocena: 6/10.

rihannaRihanna – Anti. Niby „Anti” to dobry album. Jednak, gdy przyjrzymy się jemu bliżej to w zasadzie nie ma czym się ekscytować. Weźmy na to najlepszy na płycie utwór – „Same Ol’ Mistakes„. Świetny, psychodeliczny, magiczny! Tak by można go opisywać… jednak to cover Tame Impala, czyli nic nowego. Sprawę może ratować singiel „Love on the Brain„, który jest absolutnym popisem wokalnym wokalistki. Generalnie całość przywołuje problem ostatniego Albumu Drake’a – czyli nudę i bezbarwność. Jest dobrze, ale bez rewelacji. Ocena: 6/10.

solangeSolange – A Seat At The Table. Nowy album Solange, jak i sama artystka jest w cieniu swojej siostry Beyonce. Niesłusznie! Wokalistka już wcześniej wykazywała spore umiejętności muzyczne a „A Seat At The Table” jest tego najlepszym przykładem. Totalnie bezpretensjonalny i wpadający w ucho pop na tej płycie, jest czymś czego szukam w tego typie muzyki. Dzięki Solange znalazłem to. Wielkie dzięki! Jay-Z nie zazdroszczę żony, zazdroszczę tak muzykalnej szwagierki! Ocena: 8/10.

Beyonce nagrywa ważną płytę, znowu

beyonceMój stosunek do Beyonce jest jak stosunek XVIII-wiecznego wieśniaka z przedmieść Paryża do operowej divy. Czuje się zdołowany i nieistotny. Oto przed nami stoi obraz kobiety XXI wieku, kobiety sukcesu. Przynajmniej tak kreowanej przez media. Były (za niedługo) prezydent Stanów Zjednoczonych to jej ziomek, mąż milioner albo miliarder, mniej rapuje, więcej kasuje a jej dzieci to pupilki całej Ameryki albo nawet Świata! I jak w tym odnajduje się taki Ja? Z kilkutysięcznej mieścinki gdzieś tam w Polsce….

Słucham Beyonce odkąd zadebiutowała, z albumu na album jest doskonalsza, a wszyscy głośno komentują jej płyty. Pomijając fakt, że czuje się przy rodzinie Jaya-Z jak plankton to muszę przyznać, że „Lemonade” słucha się wybornie! Podobno to najważniejsza jej płyta w całej dyskografii. Idąc dalej – najważniejszy krążek zeszłego roku. Nie dla mnie, bo jednak „Black Star” nie można przebić kapitalnymi podkładami i feministycznymi tekstami. Nie przy tak spektakularnym odejściu Bowiego.

Niemniej jednak to krążek prawie doskonały. Taki pop całym sobą kupuję. Po pierwsze muzyka! Podkłady są zróżnicowane, chwytliwe, piękne. Całość zaczyna się od niepozornego „Pray You Catch Me„. Na kolejnym „Hold Up” artystka się rozkręca. W „Don’t Hurt Yourself” Beyonce zanurza się w starym amerykańskim bluesie, a pomaga jej w tym odkurzony Jack White. Tutaj już słyszymy konkretną Beyonce, która z wyrzutem rzuca: „Who the fuck do you think I am? / You ain’t married to no average bitch boy„. To zdecydowanie lepsze teksty od cukierkowego popu, którym nas raczyła 10 lat temu.

lemonade-beyonceW następnym „Sorry” mamy całkiem przyjemną zabawę z elektroniką. „6 Inch” to kolejna udana kolaboracja na płycie. Mowa o będącym w różnej formie kolesiu z The Weekend. Tutaj zdecydowanie się dopasowali i stworzyli razem jeden z najbardziej pamiętnych tracków na płycie. „Daddy Lessons” to z kolei sentymentalny utwór, który doskonale by się odnalazł jako soundtrack w kinie drogi. „Love Drought” wyjątkowo przypadł mi do gustu ze względu na popis wokalny Pani Knowles oraz przyjemne tło muzyczne.

Kolejne dwa utwory spokojnie mogłyby rywalizować z balladami Adele. Wspomniane „Sandcastles” to urzekający utwór w którym Beyonce przy  dźwiękach fortepianu śpiewa o niespełnionej miłości i próbie zapomnienia: „What is it about you that I can’t erase, baby?„. Utwór ten zgrabnie przechodzi w następny „Forward„, który jest popisem  Jamesa Blake’a.

Na „Lemonade” nie zabrakło również Kendricka Lamara, którego możemy spotkać na prawie każdym istotnym albumie 2016 roku. Omawiane „Freedom” to powrót do klasyki rocka z lat 70. Lirycznie utwór opowiada o wolności, co można wywnioskować już po samym tytule. Natomiast zwrotka rapera za Compton to majstersztyk, jednak na solowych albumach brzmi bardziej przekonywająco.

Wydawać by się mogło, że po takim zestawie piosenek można by już zakończyć album. Nic z tych rzeczy. Przedostatni „All Night” to wciągający i wpadający w ucho pop, z wyjątkowo melodyjnym refrenem. Całość kończy „Formation„, który można określić eksperymentem w którym Beyonce próbuje rapować. Szczerze? Jak dla mnie tego utworu mogłoby nie być na płycie, o wiele lepszym zakończeniem byłoby „All Night„.

beyonce-gifPodsumowując „Lemonade” Beyonce to jeden z najlepszych albumów popowych (i ogólnie) zeszłego roku. Wpływają na to wyjątkowo dobre kompozycje, świetne teksty, będąca w formie wokalnej artystka i zdecydowanie dobrze dobrany zestaw występów gościnnych. Polecam! Ocena: 9/10.