Życie bez dźwięku według Cloud Nothings

cloud-nothingssTo, że Cloud Nothings (na równi z Wavves) są moimi indie rockowymi pupilkami nie muszę chyba zbytnio przypominać. Przy okazji recenzji każdej płyty z pogranicza lo-fi i garage rocka przypominam o ich zajebistości i słuszności słuchania. Kolejna płyta w wykonaniu grupy z Cleveland to kolejny dla mnie powód do radości.

Tak, „Life Without Sound” jara mnie dość konkretnie. Trochę przesadzam i zdaje sobie z tego sprawę. Jednak dla tej grupy robię wyjątek. W ich muzyce nie za wiele się zmienia. Ten sam schemat (na szczęście sprawdzony) powtarza się na każdym albumie. Jest energicznie, intrygująco a momentami psychodelicznie. Nie zabraknie elementów screamo i punku, jak i spokojnych brzmień. Weźmy taki opener (najlepszy na płycie utwór) „Up to the Surface„. Zaczyna się jak jakiś podrzędny utwór w stylu Braci Cugowskich by przeistoczyć się w istny wulkan. To właśnie lubię w Cloud Nothings, że potrafią tymi gitarami i perkusją rozwalić mózg.

lifewithoutsound__article-hero-1130x430CLOUD NOTHINGS RULEZZZZZZZZZ, ale zdaje sobie sprawę, że to ich najgorszy album w dyskografii. Debiutanckiemu „Attack On Memory” ciężko podskoczyć a i też „Here And Nowhere Else” stało na wysokim poziomie. Tutaj jest całkiem przyzwoicie i niestety bardziej wymagającego słuchacza zespół może rozczarować. Jednak dla takich fanatyków jak Ja będzie to nie lada gratka.

To może umówmy się tak? Nie bierzmy tej płyty na poważnie. Jeżeli szukacie chwilowego relaksu i zapomnienia. Chcecie trochę poszaleć, poskakać, poczuć się jakbyście znowu mieli te 17 lat i przy okazji posłuchać porządnego, energicznego indie rocka to odpalcie sobie „Life Without Sound„. Gwarantuje, że to wypali. W moim przypadku tak było. Ocena: 7/10.

 

W odpowiedzi na twój list… czyli trochę muzycznych nowości dla dociekliwych

mailboxLudzie, wiosna idzie! Czuć to w powietrzu. Co prawda, pomału, ale zawsze. A co się robi na wiosnę? Porządki! Ja dziś takie robię w moim kąciku muzycznym. Systematycznie jestem zasypywany prośbami o recenzję. Niestety, nie zawsze mam czas i chęci by pisać o tych wszystkich albumach, EP-kach i singlach od mniej lub bardziej znanych artystów z Polski i Świata. Sorry. Mam jednak nadzieję, że tym wpisem nadrobię tę zaległość, bo dostałem parę perełek o których warto wspomnieć.

Zajrzyjmy więc do skrzynki pocztowej. Konrad z Bielska Białej pisze: „Jakiś czas temu wypuściliśmy z zespołem Radiovidmo nowy singiel – „More”. Podobnie jak w przypadku ukazania się EPki, rozsyłam informacje do najciekawszych portali muzycznych z prośbą o słówko komentarza ze strony ludzi zajmujących się na co dzień opiniowaniem o muzyce. Będę ogromnie wdzięczny za przesłuchanie „More” i podzielenie się komentarzem.„

Drogi Konradzie, przede wszystkim dziękuję za zwrócenie uwagi na mój blog i określenie go „najciekawszym portalem muzycznym”. Niezmiernie mi miło znaleźć się w tak elitarnym gronie. Mam nadzieje, że to nie zamierzone lizusostwo by przychylniej spojrzeć na utwór „More„. Prawda jest taka, że ta piosenka potrafi się sama obronić i nie potrzebuje takich chwytów… marketingowych. Podoba mi się nastrojowości i nieśpieszne tempo prowadzenia tego utworu. Linie gitar momentami przypominają twórczość ostatnio zapomnianego zespołu KDZKPW. Jednak cały czas miałem wrażenie, że główną inspiracją jest Slowdive. Generalnie „Moore” to sprawnie zrealizowana, prawie 7-minutowa indie perełka.

Posłuchaj Radiovidmo – Moore

Marcin z Bydgoszczy pisze: „Dzień dobry, piszę w imieniu bydgoskiego zespołu Brda. Wyszła właśnie nasza nowa płyta (Światło wody). Może zechcesz rzucić uchem? Przesyłam materiał. „

Drogi Marcinie, przesłuchałem właśnie materiał zespołu Brda. Dziękuję, że przesłałeś go w formie plików MP3. Jest to dla mnie wygodniejsza forma od zwykłego linku do profilu na bandcampa’ie czy Youtube. Wracając jednak do samego albumu „Światło wody„. Średnio podoba mi się ta nazwa. W sumie to w ogóle mi się nie podoba. Jednak bez obaw. To jedyna rzecz, którą skrytykuje. Płytę słuchało mi się całkiem przyjemnie. Podobały mi się zwłaszcza elementy jazzowe. Może to byłby właściwy kierunek rozwoju zespołu Brda? Zastanówcie się dobrze nad tym. Pozdrowienia z Górnego Śląska.

Piotru pisze: „Cześć, jakbyś miał ochotę i czas to możesz coś skrobnąć o naszej nowej epce, pozdrawiam„.

Cześć Piotrze! Znowu się widzimy z Amrou Kithkin na łamach bloga. Wcześniej o Waszej kielecko-łódzkiej formacji wspominałem Tutaj. Tym razem ani słowa o Liroyu. Ani o polityce. Zajmijmy się muzyką. Widzę, a w zasadzie słyszę, że u Was po staremu. Dominacja absolutna elektroniki, podróż w lata 80. i ogólnie sporo tu sentymentu. Jest nieźle, utrzymaliście poziom z pogranicza 6/10. Jednak spodziewałem się większego WOW. Próbujcie dalej, macie już dobry trop.

Posłuchaj: Amrou Kithkin – Principalities EP

 

Run The Jewels po raz trzeci

run-the-jewelsRun The Jewels podwajają się i potrajają by zachwycić swoich fanów. Ich najnowszy, trzeci już krążek nazwany po prostu „RTJ3” został wrzucony do sieci w Wigilię bez wcześniejszej zapowiedzi. I to za friko! Niezły prezent od Killer Mike’a i El-P, co nie? Ponadto premierze towarzyszyły śmieszne filmiki w internecie w których raperzy ironizowali premierę krążka. Niby to już wszystko było, bo darmowe udostępnianie albumów zaczęło się od pamiętnego krążka Radiohead „In Rainbows” a niezapowiedzianych premier płyt też już mieliśmy ostatnio sporo – to jednak takie akcje zawsze mają pozytywny wydźwięk. Szkoda tylko, że zawartość „RTJ3” już takiego pozytywnego wydźwięku nie ma.

Na pozór wszystko wygląda dobrze. EL-P ponownie przyłożył się do stworzenia mocnych, ciekawych i elektronicznych beatów natomiast Killer Mike niczym karabin wyrzuca z siebie zwrotki jak pociski. Tematyka? Nie wiele się zmieniło. Górują tematy polityczno – społeczne o niedoli czarnoskórych obywateli. Krążek zaczyna się od tego, że Killer Mike wyraża nadzieje, że nie będzie musiał wracać do handlowania drugami. W następnym utworze „Talk To Me” Mike zamienia się w rapowego terrorystę i rzuca: „Born Black, That’s dead on arrival / My job is fight gor survival„.  W „2100” pojawiają się bardziej globalne przemyślenia typu: „How long before the hate that we hold /
Lead us to another Holocaust?” czy też „It’s too clear, nuclear’s too near„. Na całym krążku jest więcej takich perełek, ale to nie jedyna tematyka albumu. Pojawiają się kwestie „LEGENDARYZMU” ich muzyki w „Legend Has It„, hajsu w „Stay Gold” czy też śmierci ziomków w „Thursday in the Danger Room„.

rtj3Pod względem technicznym nie mam absolutnie nic do zarzucenia „RTJ3„. Historię opowiadane przez Killer Mike brzmią prawdziwie, a sposób w jaki je wygłasza wzbudza szacunek. Czarnoskóry raper z „lekką” nadwagą śmiało może walczyć o fotel prezydenta USA. EL-P ponownie zrobił dobry kawał muzyki, szczególnie do gustu przypadł mi mroczny „2100” z fajną gitarką w środku. Ponadto na wyróżnienie zasługują: „Everybody Stay Calm” oraz energiczne „Panther Like A Panther„. Skoro wymieniłem już tyle plusów, to co w tym albumie jest nie tak? Sprawa jest prosta. Pomału czuć wypalenie formuły. Ten album nie oddziałuje na mnie tak samo jak dwa poprzednie. Pierwsza wersja „RTJ” brzmiała surowo, trochę chaotycznie i wyglądała na brudnopis z zajebistymi pomysłami, które zostały w pełni rozwinięte na „RTJ2„. W tych albumach było to „coś”, co wywoływało wypieki na twarzy i szybsze bicie serca. Na trójce to „coś” pojawia się tylko momentami, i tego mi chyba najbardziej brakuje.

Podsumowując Killer Mike i El-P wydają dość dobry, przyzwoity album. Jednak formuła Run The Jewels pomału się wypala. Pytanie co zrobią z tym raperzy? Mam nadzieję, że przy następnym albumie znajdą rozwiązanie. Ocena: 6/10.