Iggy Azalea – The New Classic

Iggy-AzaleaRok 2014 nie jest zbyt łaskawy dla hip-hopowych wykonawców. Do najciekawszych albumów z tego gatunku należy zaliczyć wydawnictwa od: clipping, Curren$y’ego, Schoolboy Q, The Young Fathers, Future’a,  Mesa oraz The Roots. Jednak patrząc na poprzednie lata ogólny rachunek wychodzi poniżej kreski. Na własnym przykładzie zauważyłem, że do łask ponownie dochodzą syntezatory i gitary. Hip-hop ma się średnio a dobrym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest debiutancki album australijskiej raperki Iggy Azalea.

Do przesłuchania „The New Classic” skłonił mnie singiel „Fancy” nagrany we spółce z fenomenalną Charli XCX. Utwór oparty na minimalistycznym podkładzie z świetnym refrenem angielki przypominającym „Hollaback Girl” Gwen Stefani był na tyle wciągający, że postanowiłem poznać resztę. Cały materiał po przesłuchaniu okazał się mocno nierówny. Otóż Iggy Azalea żongluje na przemian hip-hopem i komercyjnym popem (co nie uważam za złe) w sposób dość rutynowy i mało atrakcyjny. Do lepszych momentów albumu należy z pewnością zaliczyć wspomniane „Fancy„, „Work” oraz „100„. Najlepszy na płycie jednak okazuje się utwór „Goddess” w którym znajdziemy fajny początek nawiązujący do „Brown Girls in the Ring” Boney M. Reszta utworu to świetne basy oraz kapitalna solówka gitarowa. Poszukując dalszych pozytywów należy również wspomnieć „Black Widow” z gościnnym występem Rity Ory, który stanowi rasowy, letni banger.

iggy-azalea-the-new-classicDruga strona medalu to miałkie, eminemowskie „Nothing is Imbossible„. Już samo to hasło sprawa, że płaczę z żalu. Nic nie jest niemożliwe? Serio? Mało przekonywujące jest również „Change Your Life” z mega nudziarzem T.I. Ogólnie sporo tu kawałków, które w zamyśle miały być letnimi hitami, parkietowymi wymiataczami jak „Bounce„. Zamiast tego stanowią one zwykłe zapełniacze. Iggy Azalea chciała z impetem wejść na rynek muzyczny, jednak momentami wypływa na radiowe mielizny. Szkoda, bo czuć w tym potencjał.

Autorka omawianego materiału jest Australijką, jednak praktycznie tego nie słyszymy (poza akcentem) na płycie. Młoda raperka dość szybko opuściła rodzinny Mullumbimby i zawędrowała do Stanów Zjednoczonych, czyli miejsca gdzie najlepiej się żyje z rapowania. Nie słyszymy również na płycie wpływów jej idoli jakimi byli 2 Pac i Missy Eliott. Klasyczny hip-hop został tutaj zastąpiony nowym brzmieniem rapu spod znaku wszystkiego co się mieści pod pojęciem SWAG. Dodatkowo utwory za sprawą popowych refrenów są „radio friendly”. Jednak te połączenie nie sprawdziło się we wszystkich utworach, gdyż romans z komercją zawsze jest ryzykowny. Nie zmienia to faktu, że na „The New Classic” są dobre momenty, których słuchałem z miłą chęcią. Pomimo tego ocena będzie średnia a debiutancka płyta Australijki jak wskazywałaby nazwa nie jest żadną nową klasyką rapu. Ocena: 5/10.

 

Przegląd filmowy #6

communion 1989Communion / Wspólnota (1989). Filmów o kosmitach powstało na pęczki. Wystarczy wspomnieć takie klasyki jak cała seria Obecego, Predatora, „Plan dziewięć z kosmosu„, „Marsjanie Atakują„, „Znaki„, „Coś„, „Dystrykt 9” itd. Były to obrazy lepsze i gorsze. Mało jednak w dziejach kinematografii jest godnych polecenia pozycji mówiących o problemie ludzi uprowadzonych przez kosmitów. Takim filmem jest bez wątpienia „Wspólnota” Philippe’a Mora. Pisarz Whitley Strieber (Christopher Walken) wybiera się wraz z rodziną i przyjaciółmi na weekend do domku na wsi. Już pierwszej nocy bohaterowie są świadkami dziwnych wydarzeń. Rankiem następnego dnia postanawiają wrócić do domu, jednakże dalsze zachowanie Striebera budzi obawy wśród małżonki i syna. „Wspólnota” to nie jest typowy film o kosmitach w którym straszy się widza nieznanymi potworami czy też widmem zagłady ludzkości. Wszystko opiera się o psychikę głównej postaci granej przez wybornego jak zawsze Walkena. Whitley początkowo swoje zachowanie tłumaczy napięciem i stratą weny twórczej. Z czasem jednak przypomina sobie coraz więcej faktów związanych z uprowadzeniami przez kosmitów. Przez większość czasu jesteśmy obserwatorami codziennych zmagań pisarza oraz jego leczenia, które przybiera za każdym razem inne, nowe formy. W finale bohater odkrywa prawdę nie tylko o życiu pozaziemskich, ale o sobie. Podobały mi się sceny uprowadzenia, które pomimo tego, że mocno się zestarzały to zachowały surrealistyczny klimat. Na plus należy zaliczyć również dobrą pracę kamer. W pamięci zwłaszcza zapada scena świateł w domku na wsi oraz spaceru Striebera z synem przez korytarz w halloween. Dla francuskiego reżysera film ten był pewnego rodzaju odbiciem po mocno nie udanych dwóch częściach „Skowytu”. Jeżeli jesteś fanem Christophera Walkena i chcesz zobaczyć inny film o kosmitach niż „Dzień Niepodległości” to stanowczo polecam. Ocena: 7/10.

mystic_riverMystic River / Rzeka Tajemnic (2003). Clint Eastwood to nie tylko wybitny aktor, ale i świetny reżyser. Za kamerą debiutował już w 1971 roku i od tamtej pory nakręcił m.in. takie perełki jak: „Bez przebaczenia„, „Za wszelką cenę” czy też „Gran Torino„. Oczywiście wielu jego fanów woli go jako aktora, by zmienili jednak zdanie odsyłam do obejrzenia filmu „Rzeka Tajemnic„. Obraz ten opowiada historie trójki przyjaciół, których drogi po latach się ponownie krzyżują. Jednoczy ich śmierć córki Jimmy’ego Markum (Sean Penn) właściciela osiedlowego sklepu z kryminalną przeszłością. Dochodzenie w sprawie morderstwa prowadzi Sean Devine (Kevin Bacon), który wraz z swoim partnerem podejrzewa trzeciego z grupy przyjaciół Dave’a (Tim Robbins). Najmocniejszą stroną tego filmu jest historia, która została oparta na podstawie opowiadania Dennisa Lehane’a. Intryga zawarta w filmie jest ciekawa, wciągająca i zaskakująca. Do pewnego momentu mamy wyrobioną opinię co do tego „kto zabił”. Jednak później pojawiają się nowe wątki, które burzą wszystko to czego byliśmy pewni. Poza tym „Rzeka Tajemnic” ma kapitalny klimat brudnego Bostonu. Eastwood pokazuje nam szare ulice, małe pomieszczenia domków oraz tytułową rzekę, która pełni metaforę oddzielenia przeszłości od przyszłości. Fabuła nie skupia wyłącznie się na śmierci córki jednego z przyjaciół, gdyż jest wiele pomniejszych wątków, które budują tą wspaniałą i zarazem tragiczną historię. W filmie wystąpiło wielu świetnych aktorów, na szczególne brawa zasłużył Tim Robbins, który idealnie odegrał ojca pogrążonego traumą z dzieciństwa. Poza tym należy wyróżnić niezawodnego Seana Penna oraz Toma Guiry’ego. Jeżeli poszukujecie zaskakującego thillera to jest to pozycja dla was. Ocena: 8/10.

in fearIn Fear / Trwoga (2013). Tom (Iain De Caestecker) wraz z świeżo poznaną Lucy (Alice Englert) postanawiają się wybrać na muzyczny festiwal. Po drodze postanawiają przenocować w hotelu umieszczonym na odludziu. Niestety gubią drogę, co gorsza okazuje się, że ktoś ich śledzi. Podczas przemierzania irlandzikch, ciemnych dróg potrącają Maxa (Allen Leech), który ucieka przed tajemniczymi tubylcami. Zabierają młodzieńca do samochodu, jednak pozostaje pytanie czy wszystko co mówi jest prawdą? Film Jeremy’ego Loveringa trzyma w napięciu od początku seansu, pomimo tego, że fabuła obrazu nie jest zbyt oryginalna. Wątek niebezpiecznego i tajemniczego autostopowicza wykorzystał w pełni klasyk horroru „The Hitcher„. Ponadto motyw zgubienia drogi pojawiał się w wielu filmach, między innymi: „Dead End„, „Wrong Turn” czy też „Enter Nowhere„. W „In Fear” nie ujrzymy za wiele krwi, a całą tajemnica opiera się na nie wiedzy. Dopiero zakończenie filmu wyjaśni w jaką pułapkę wpakowała się młoda dwójka. Film jest pozbawiony wątków pobocznych, co całkowicie wychodzi na plus. Od początku do końca skupiamy się na emocjach Toma i Lucy. Widz nie powinien się nudzić podczas seansu, gdyż w miarę upływu czasu dowiadujemy się „więcej” na temat bohaterów i miejsca w którym się znaleźli. Obraz Loveringa ma wspaniały, jesienny, mroczny klimat. Przez około 80 minut obserwujemy tajemnicze irlandzkie drogi. Ponadto udzielają się nam odczucia niepewności oraz izolacji. Ocena: 6/10.

The Kurws – Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu

the-kurwsJuż trzy lata temu chwaliłem grupę The Kurws określając ich debiutancki album „Dziura w Gettcie”  jako najciekawsze polskie wydawnictwo 2011 roku. Dostrzegłem wówczas w nich zarówno coś ambitnego jak i ironicznego. Niestety nie zagrali hymnu Polski na Euro 2012 jak im życzyłem, ale odwiedzili kawał Europy (Głównie tereny południowe i wschodnie) a po trzech latach wydali drugi, jeszcze lepszy od pierwszego album.

Właśnie siedzę, jem jabłko polskiej produkcji i słucham po raz któryś tam „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzy„. Strasznie zagmatwany ten materiał. Sporo tu chropowatego brzmienia, suchych gitar i nieoczywistych rozwiązań. Pierwsza płyta, mimo, że bez tekstów była znacznie łatwiejsza w odbiorze. Ta również nie posiada słów, jednak została wzbogacona brzmieniowo między innymi przez dodanie klawiszy i syntezatorów. Muzyka na „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” jest mroczna. Wystarczy wsłuchać się w wstęp do „Kolosa na glinianych nogach” by poczuć lekki dreszczyk jak przy japońskich, czarno-białych horrorach z lat 60. Ciężko jednoznacznie przydzielić ten materiał do jakiejś kategorii muzycznej. Jest to pewnego rodzaju połączenie muzyki punkowej z jazzem. Znajdziemy tutaj wpływy zarówno Gang of Four jak i Glenna Branki. Sporo tu również nawiązań do nowojorskiej sceny podziemnej z lat 80.

wszystko co stałe rozpływa się w powietrzuJako, że piosenki nie posiadają warstwy lirycznej to głównym punktem szerokich interpretacji stały się tytuły utworów. Tak samo jak na poprzednim albumie, tytuły te są mocno intrygujące. Jednakże tym razem stały się on tak jakby bardziej polityczne. Dlatego też wielu recenzentów za sprawą takich nazw jak „Strefa Euro” czy „Kolos na glinianych nogach” węższy w tym materiale eurosceptycyzm. Gdy dodamy do tego fakt, że większość państw, które odwiedza grupa to zaścianek Unii Europejskiej to łatwo możemy dojść do wniosku, że grupa obrała taką drogę by szerzyć swoje antyeuropejskie poglądy w krajach, które nie zachorowały jeszcze na eurocenty. Oczywiście w tym momencie ubarwiam historię, ale przecież od tego są recenzenci. By oceniać i interpretować. Osobiście nie szukam w tych tytułach na siłę politycznego przekazu, jednak w porównaniu do „Dziury w Gettcie„, gdzie niektóre nazwy piosenek bawiły to tym razem jest to bardziej wyśmiewanie. „Tasiemiec niejadek„, „Nie było koła w państwie Inków„, „Weltgeist” – niby jednoznacznie to brzmi, ale można pogłówkować.

Podsumowując The Kurws nagrali album na bardzo dobrym poziomie. Czuć, że materiał jest w pełni przemyślany. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że masteringiem zajął sięJohna Greenhama. „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” to płyta mroczna, duszna, trudna w odbiorze oraz niezwykle wciągająca i intrygująca. Zawiera ona również niezwykle frapujące tytuły piosenek. Szkoda, że została trochę niezauważona przez większość mediów. Może po czasie, gdy rozpadnie się strefa euro a Ukraina zostanie w całości przejęta przez Putina to ktoś zechce odkurzyć ten materiał. Póki co daje wysoką ocenę i życzyłbym sobie w przyszłości usłyszeć ich na żywo w jakimś ciasnym i mało eleganckim klubie. Ocena: 8/10.

Posłuchaj