Zbrodnia i kara w Belfaście – recenzja serialu The Fall

The Fall” – to kryminalny serial dostępny w serwisie Netflix. I tutaj pojawia się już pierwsze pozytywne zaskoczenie, gdyż w mojej opinii poziomem jest on bardziej zbliżony do produkcji HBO aniżeli tych spod znaku czerwonego N. Wytłumaczenie jest dość proste, nie jest to produkcja Netflix a BBC. Stąd to złudzenie. Przejdźmy jednak do fabuły.

W stolicy Irlandii Północnej – Belfaście grasuje seryjny morderca, ochrzczony przez media dusicielem z Belfastu. Jego łupem padają młode, wykształcone, z dobrą pracą kobiety o ciemnych włosach. Morderca poza samym mordem lubuje się w kolekcjonowaniu damskiej bielizny, podglądaniu a także pozowaniu ciał swoich ofiar. Miejscowa policja postanawia skorzystać z pomocy londyńskiej inspektor Stelli Gibson (w tej roli świetna Gillian Anderson, czyli Scully z Archiwum X).

Widz od samego początku wie kim jest morderca. Jest nim Paul Spector – miejscowy psycholog (W tej roli Jamie Dornan), który ma dwa wcielenia. Z jednej strony jest przykładnym mężem i ojcem dwójki dzieci. Z drugiej, bezwzględnym i psychopatycznym mordercą kobiet. Obserwujemy jego losy od początku serialu, jednocześnie przyglądając się policyjnemu śledztwu. I tutaj pojawia się problem, bo o ile liczymy, że policja złapie tego drania to jednocześnie kibicujemy Spectorowi, gdyż jest on w zasadzie głównym bohaterem tego kapitalnego serialu. Oczywiście brzydzi nas jako bezduszny morderca, jednak jako ojciec i mąż wiedzie całkiem normalne życie, dlatego też życzymy mu dobrze, by nie ucierpiała jego rodzina.

Na jego tropie jest przenikliwa i doświadczona Gibson. Gillian Anderson gra tutaj dość specyficzną, bo męską rolę. I jest to efekt całkowicie zamierzony, gdyż ma na celu ukazanie równouprawnienie kobiet. Stella Gibson to kobieta z jajami, która zna się na swojej robocie, nie daje sobie w kaszę dmuchać, jest zimna (aczkolwiek nie zawsze), elegancka, taktowna i lubi niezobowiązujący seks z świeżo poznanymi mężczyznami. Taki brytyjski szeryf w spódnicy. Co więcej ściga nikczemnika, który morduje właśnie kobiety. Jej doświadczenie w łapaniu tego typu przestępców jest nieodzowne w śledztwie.

No dobra, spytacie czemu ten serial jest taki dobry skoro chwyta się tak ogranego już tematu jak seryjny morderca w mieście? Jego główną zaletą jest precyzyjność w jaki sposób ukazuje losy bohaterów. Nie ma tutaj nieustannej akcji, ani cliffhangerów jak w „Grze o Tron„. Tempo jest nieśpieszne, sporo tutaj dialogów i przemyśleń. A samo śledztwo opiera się na szczegółach i małych detalach. Jednak każda z tych rzeczy zebrana do kupy ma znaczenie w dalszych wydarzeniach. Jakby to powiedział Tomasz Hajto – to są właśnie te detale. Pomimo żółwiego tempa serial angażuje i wciąga. Postacie są dobrze napisane i rozbudowane. Nikt tutaj nie jest jednowymiarowy. Spector jako psycholog pomaga ludziom i jednocześnie zabija, Stella Gibson jest profesjonalistką aczkolwiek także popełnia błędy i nie zawsze jest przykładem do naśladowania, żona Spectora to uwielbiana położna jednak w pewnym momencie kryje męża z kolei Jim Burns (w tej roli John Lynch) to w zasadzie dobry policjant, który nadużywa alkoholu i jest uwikłany w polityczny skandal.

Na przestrzeni lat 2013-2016 powstały trzy sezony „The Fall„. Ich struktura przypomina inne wielkie dzieło telewizji „The Wire„. Każdy serial skupia się na innym aspekcie. Pierwszy ukazuje mordy i bezradność policji, drugi skupia się na schwytaniu i przesłuchiwaniu, trzeci sezon z kolei ukazuje aspekty medyczne oraz prawne. Oczywiście nie jest to produkcja idealna, gdyż ma również swoje wady. Jedną z nch na pewno jest zupełnie nie potrzebny wątek „polityczny” w pierwszym sezonie. Nie wnosi on absolutnie nic do całości, dlatego też zrezygnowano z niego całkowicie w późniejszych odcinkach. Nieco rozczarowujący był dla mnie także finał. Tutaj nie będę zdradzał szczegółów, ale przyznam, że spodziewałem się większego WOW. Aczkolwiek jestem w stanie zaakceptować koniec jaki sprezentowali dla mnie twórcy.

Podsumowując, „The Fall” to dzieło wybitne, opierające swoją siłę na szczegółach, klimacie Belfastu i świetnie napisanych postaciach. Jeżeli nie lubicie zwariowanej jazdy bez trzymanki a jednocześnie intrygują was seryjni mordercy, to powinniście sprawdzić ten serial.

Przegląd kulturalny – Na co czekać w 2023 roku?

Stary rok za nami, nowy przed nami. Co ciekawego nas czeka w 2023? Oto mały przewodnik kulturalny, gdzie znajdziecie listę premier filmowych, serialowych, muzycznych i wydawniczych zapowiedzianych na przyszłe dwanaście miesięcy.

FILM

Rok w kinie zapowiada się całkiem obiecująco. Z nowym filmem wraca Chritopher Nolan, czyli koleś, który przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu. Tym razem na warsztat bierze biografię Roberta Oppenheimera – amerykańskiego fizyka, którego uważa się za „ojca bomby atomowej”. W głównych rolach: Cillian Murphy, Florence Pugh, Emily Blunt, Matt Damon, Robert Downey Jr. czy też Rami Malek. Na papierze wygląda to dobrze. Premiera filmu „Oppenheimer” przewidziana jest na lipiec 2023, czekamy! Dużo dobrego kina spodziewam się także po „Barbie” Grety Gerwig. Duet Margot Robbie – Ryan Gossling może się okazać zaskakujący. Premiera także w lipcu. Dla fanów thrillerów sci-fi poleciłbym „65” w reżyserii Scotta Becka oraz Bryana Woodsa. Twórcy „Cichego Miejsca” pokażą tym razem historię astronauty, który rozbija się na obcej planecie. Szybko okazuje się, że trafił na ziemię w okresie prehistorycznym. Film produkuje Sam Raimi, muzykę zrobił Danny Elfman a w głównej roli Adam Driver.

Poza tym otrzymamy standardowo sporo kina super bohaterskiego i wielu filmowych kontynuacji. W tym pierwszym gronie pojawią się m.in. „Strażnicy Galaktyki vol. 3„, „Aquaman i Zaginione Królestwo„, „Spiderman poprzez multiwersum„, „Ant-Man i Osa: Kwantomania„, „The Marvels„, „Shazam! Gniew bogów” czy też „The Flash„. Jeżeli chodzi o filmowe sequele to na ekrany kin trafią: „Indiana Jones i tarcza przeznaczenia„, „John Wick 4„, „Szybcy i Wściekli 10„, „Creed III”, „Transformers: Przebudzenie bestii” oraz „Mission: Impossible – Dead Reckonin„. Ja osobiście najbardziej wyczekuje drugiej części „Diuny” od Dennisa Villeneuve’a. Pierwsza część może i była nudnawa, ale była widowiskowym popisem dla oka. Mam nadzieję, że druga część zaserwuje nam nieco więcej fabularnych ciekawostek. Premiera przewidziana na listopad.

A co tam w kinie grozy? Numer jeden, który wyczekuje to „Renfield” Chrisa McKaya. W tej komedii-horrorze zobaczymy niezastąpionego i niestrudzonego Nicolasa Cage’a. Premiera 14 kwietnia w USA. Poza tym ukaże się szósta część „Krzyku„, „Evil Dead Rise„, remake „Egzorcysyty„, druga część kiepskiej „Zakonnicy„. O „Cocaine Bear” już donosiłem w social mediach. Wciąż nie wiadomo nic na temat spin-offu „Cichego Miejsca„. Natomiast w lutym pojawi się horrorowa wersja Misia Puchatka. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey” w reżyserii Rhysa Waterfielda wejdzie do kin tuż przed Walentynkami.

Z innych gatunków filmowych warto wspomnieć takie tytuły jak „Mała Syrenka”, „Super Mario Bros”, „Wonka„, „Napoleon„, „Missing” czy też „The Old Way„. Będzie się działo i będzie w czym wybierać.

SERIAL

Jeżeli chodzi o nowości to najbardziej wyczekiwana produkcja to oczywiście „The Last of Us„. Produkcja HBO oparta o grę komputerową pojawiła się na małym ekranie 15 stycznia i już zbiera pochwalne recenzje. Poza tym ciekawie zapowiadają się takie seriale jak: „Mrs. Davis„, „White House Plumbers” oraz „Daisy Jones & The Six„. Ponad to nowe sezony otrzymamy od takich dzieł jak: „Sukcesja„, „Biały Lotos„, „Belfer„, „Detektyw„, „Ty„, „Squid Game” oraz „Wiedźmin„.

MUZYKA

Pora na premiery muzyczne zaplanowane na ten rok. Na pierwszy rzut potwierdzone premiery z alternatywy. 20 stycznia ukaże się album „La La Land” legendarnej już indie-rockowej grupy Guided by Voices. Tego samego dnia dnia ukaże się także „Lobos” od zapomnianych już We Are Scientists W styczniu pojawi się także „One Day” od Fucked Up oraz „A Reckoning” Kimbry. Ciekawie zapowiada się najnowszy album Young Fathers „Heavy Heavy„. Premiera longplaya od szkockiego tria przewidziana jest na początek lutego. W tym samym miesiącu ukażą się także takie płyty jak: „Get Up Sequences Part Two” The Go! Team, „Raven” Keleli, „This Stupid World” Yo La Tengo czy też „Cracker Island” Gorillaz. W marcu z kolei ukaże się najnowszy krążek Lany Del Rey „Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd„. Nie potwierdzone są jeszcze daty nowych wydawnictw od takich artystów jak: The Killers, Fidlar, Swans czy też Wild Nothing. Póki co, czekamy.

Jeżeli chodzi o rapsy to potwierdzona jest już nowa płyta Macklemore’a. Płyta „Ben” ukaże się 3 marca. Osobiście wyczekuje nowej płyty od A$AP Rocky’ego „Don’t Be Dumb„. Poza tym nowe wydawnictwa zapowiedzieli Travis Scott, Doja Cat, J.Cole, Slowthai oraz Cardi B. Jeżeli chodzi o rodzimy rynek to wyczekuje nowej płyty od Zdechłego Osy. „Breslau Hardcore” ukaże się 17 lutego.

Jak co roku wskrzeszone zostaną także muzyczne dinozaury. Nowe płyty wydają m.in. The Smashing Pumpkins, John Frusciante, Metallica, Anthrax, Depeche Mode, Europe czy też Noel Gallagher’s High Flying Birds. W popie ukażą się z kolei takie płyty jak: „Rush!” Maneskin, „Diamonds & Dancefloors” Avy Max, „Gloria” Sama Smitha, „Higher Than Heaven” Ellie Goulding oraz „Trustfall” Pink. Nowości możemy także spodziewać się od Kylie Minouge i Jennifer Lopez. Będzie się także działo w mocnym brzmieniu. 24 marca ukaże się „93696” od Liturgy. Poza tym nowe płyty wydają Daath, Obituary, Dope czy też Haken.

KSIĄŻKA

Jeżeli chodzi o nowości wydawnicze to przede wszystkim czekam na przełożoną premierę z minionego roku „Obcy: Wyjście z Cienia” Tima Lebbona. Niemniej Wydawnictwo Vesper, które specjalizuje się w moim ulubionym gatunku jakim jest horror zapowiedziało już wydanie „Piąty Kier” Dana Simmonsa oraz „Niewidzialnego Człowieka” H.G. Wellsa. Z kolei w drugim moim ulubionym gatunku jakim jest sport, SQN zapowiedział wydanie biografii fińskiego skoczka narciarskiego Janne Ahonena. Z kolei In rock poleca historię polskiego metalu w książce „RZEŹPOSPOLITA” Piotra Dorosińskiego. Jak widać zapowiada się ciekawy rok także pod względem wydawniczym.

Stara krew i nowa krew pewnego seryjnego mordercy – dlaczego warto zobaczyć serial „Dexter”

Pod koniec minionego roku ukazał się serial „Dexter: New Blood„, który stanowił kontynuację losów Dextera Morgana, znanego wcześniej z serialu „Dexter” (emitowanego w latach 2006-2013). Nie mogłem jednak zasiąść do produkcji Showtime nie oglądając wcześniejszych losów głównego bohatera. Dlatego też nadrobiłem serial o którym było głośno w czasach mojej licealnej edukacji. Jeżeli też macie podobne serialowe braki to poniżej znajdziecie odpowiedź dlaczego warto nadrobić „Dextera„.

Przede wszystkim „Dexter” to oryginalny pomysł na przedstawienie historii seryjnego mordercy. Do tej pory mieliśmy raczej do czynienia z produkcjami, gdzie główne role odgrywali policjanci oraz detektywi będący na tropie psychopatycznych zabójców. Tutaj sytuacja jest odwrotna. Główną postacią jest Dexter Morgan – seryjny morderca. Co prawda działa on wedle kodeksu swojego zmarłego ojczyma, policjanta. Według niego może mordować wyłącznie osoby, które zasłużyły na śmierć (mordercy, gwałciciele, pedofile) a jakimś cudem przechytrzyły system prawny. Dlatego też główny bohater jest postrzegany przez widzów jako postać pozytywna, gdyż działa jako kat, który wymierza sprawiedliwość. Co więcej Dexter pracuje w policji z Miami, gdzie jako technik kryminalistyczny dodatkowo pomaga łapać przestępców. Na jego korzyść przemawia także fakt, że jest troskliwym i opiekuńczym ojcem i mężem. Generalnie nie sposób nie sympatyzować z… seryjnym mordercą.

Drugi pozytywny aspekt produkcji Showtime to świetnie napisane postacie drugoplanowe. Mamy całkiem ciekawy zbiór osobowości pracujących w Metro Police Miami. Sierżant Batista, to wiecznie wyluzowany sierżant o wielkim sercu. Wcielający się w tą rolę David Zayas od tej pory zawsze będzie mi się kojarzył z luźnymi koszulami i kapeluszem. Vince Masuka (w tej roli C.S. Lee) to świetny technik kryminalistyczny o dość specyficznym (wulgarnym) poczuciu humoru. Z kolei postacie Joeya Quinna oraz Marii LaGuerty to zmienne ukazywanie pozytywnych i negatywnych aspektów. Przykładowo postać grana przez Desmonda Harringtona to z jednej strony skorumpowany glina, spółkujący z prostytutkami, któremu ciężko zaufać, z drugiej natomiast dobry kumpel i angażujący się partner. Wiele postaci nie jest jednoznacznych, przez co serial nie ukazuje świata tylko przez czarno-biały pryzmat.

Na osobny akapit zasługują postacie z „rodzinny” Dextera. Ciekawym zabiegiem są rozmowy głównego bohatera ze swoim zmarłym ojczymem – Harrym. On jako jedyny zna sekret Dextera i mimo, że już nie żyje to wciąż potrafi mu doradzić. Pełni on tutaj rolę sumienia, które mówi co robić w danej sytuacji i zadaje właściwe pytania. Siostra Debra (W tej roli Jennifer Carpenter) to postać, którą najciężej było mi polubić. Nieco chaotyczna, pretensjonalna i wiecznie wpychająca swoje serce w złe miejsce na przestrzeni wszystkich sezonów zanotowała największy progres. Od zwykłej, nieco nieudolnej policjantki z „obyczajówki” do hardkorowej pani porucznik. Dużą zmianę zanotowała także partnerka Dextera – Rita. Początkowo stanowiła ona idealne alibi dla Dextera, jednak z czasem stała się czymś więcej w życiu głównego bohatera.

Słów kilka o samym głównym bohaterze granym przez Michaela C. Halla. Fakt, że gość jest przystojny, inteligenty, pracuje w policji i morduje tylko tych złych sprawia, że generalnie wszyscy go lubią. Jednak był momenty w serialu (z każdym sezonem było ich więcej), w których była ukazywana jego zła strona. Świetnie to ukazywał jeden z odcinków w którym Dexter wyrusza na łowy poza miasto by dorwać syna Arthura Mitchella. Jego postać zmieniała się także na przestrzeni poszczególnych sezonów, jednak ostatecznie prawda na temat jego żądnej krwi natury dokopała widzowi. Trochę przypominało mi to przedstawienie Waltera White’a z „Breaking Bad„. Na początku kibicujemy gościowi by na końcu go znienawidzić za to co odwalił.

No i na koniec kilka kwestii technicznych. Przede wszystkim ujęcia ciepłego, wilgotnego Miami. Oglądając ten serial czujemy ten upał i pogryzienia od komarów. Dobrze jest zobaczyć serial, który nie ma miejsca w Nowym Jorku lub LA. A Floryda wydaje się być doskonałą odskocznią od często powielanych schematów. Swoje dodaje także muzyka, zwłaszcza motyw przewodni, który pojawia się pod koniec każdego odcinka. Fajnie, że został on zachowany także w najnowszym „Dexter: New Blood„. Nim jednak do niego przejdę to parę negatywnych uwag odnośnie Dextera – bo mimo, że serial mi się bardzo podobał to nie ustrzegł się wad.

Przede wszystkim irytować mogą małe głupotki jak zastrzyk, który w ciągu nanosekundy powala na ziemię czy też łatwość z jaką udaje się Dexterowi uciec z opresji bez szwanku. Prawdą jest także, że w pewnym momencie serial staje się nużący. Pierwsze cztery sezony są na kapitalnie wysokim poziomie, kolejne już mniej wciągają. Cebulą jednak na torcie jest finał serialu, który pozostawia po sobie ogromny niedosyt i rozczarowanie. Dlatego też twórcy powracają do tematu i ukazują losy Dextera 10 lat po wydarzeniach z Miami w najnowszym serialu „Dexter: New Blood„. O nim słów parę poniżej (mogą być SPOILERY).

Dexter zmienia tożsamość i miejsce pobytu. Jako Jim Lindsay pracuje w sklepie z bronią i mieszka w małej mieścinie Iron Lake w stanie Nowy Jork. Od blisko 10 lat pozostaje w morderczej wstrzemięźliwości. Generalnie jest gitarka, ma nową dziewczynę – miejscową szefową policji, mieszka w drewnianej chatce w lesie i wszyscy go lubią. Wszystko jednak zaczyna się psuć, gdy powraca do niego „mroczny pasażer” nakazujący mordować. W dodatku odnajduje go jego własny syn Harrison, który także przejawia krwiste słoności, a w okolicy giną kolejne młode dziewczyny. Generalnie fajnie, że pojawił się ten serial bo parę spraw zostało dopowiedzianych i wyjaśnionych. Poza tym, jeżeli ktoś oglądał Dextera w latach 2006-13 to mógł na pewno zatęsknić za naszym mordercą. Całość zaczęła się obiecująco i potrafiła ponownie wciągnąć. Szkoda tylko, że twórcy popełnili ponownie ten sam błąd – zakończyli całość pozostawiając ogromny niedosyt. Mimo to warto sięgnąć po tą produkcję, a jeszcze bardziej warto wrócić do oryginalnego „Dextera” i przypomnieć sobie serial kręcony w starym, dobrym stylu.