10 Najlepszych Seriali Minionej Dekady

Oto moja subiektywna lista 10 najlepszych produkcji telewizyjnych z lat 2011-2020. W grę nie wchodzą seriale, które zaczęły być transmitowane w latach wcześniejszych jak chociażby „Breaking Bad„, który powstał w 2008 roku czy też „The Walking Dead„, który został transmitowany w 2010 roku.

Artyści (2016, tw. Monika Strzępka, Paweł Demirski). Na początek jedyna polska produkcja na mojej liście. Co prawda w ostatnich latach było kilka ciekawych rodzimych pozycji serialowych jak np. „Wataha„, „Belfer„, „Kruk. Szepty słychać po zmroku” czy też „Ślepnąc od świateł„. Ja jednak chciałbym wyróżnić produkcję Telewizji Polskiej, które stworzyło dzieło unikatowe. „Artyści” to historia Marcina Koniecznego, który zostaje nowym dyrektorem Teatru Popularnego w Warszawie. Postaci odgrywanej przez Marcina Czarnika przyjdzie przejść przez wiele trudności w pracy w nowym miejscu. Zaczynając od trudnych osobowości aktorów, poprzez urzędników, recenzentów, pracowników teatru a kończąc na duchach mieszkających w teatrze. „Artyści” to przede wszystkim ciekawa i dobrze opowiedziana historia, ukazana w nietuzinkowy i klimatyczny sposób. Aktorzy dają radę odgrywając zróżnicowany wachlarz ludzkich osobowości a specyficzny klimat starego teatru odczujemy na własnej skórze tuż przed telewizorem.

Czarnobyl / Chernobyl (2019, tw. Craig Mazin). Całkiem możliwe, że to najlepszy serial z wymienionych na liście. Produkcja HBO ponownie zabiera widza w lata 80. Z tym, że w te mniej kolorowe i sentymentalne. Mamy w końcu 1986 rok w bloku wschodnim, gdzie przez zaniedbania dochodzi do prawdopodobnie największej katastrofy ekologicznej wywołanej przez człowieka. „Czarnobyl” nie bawi się tutaj w superbohaterskie kino czy też w katastroficzne widowisko w stylu Emmericha. Bardziej przypomina dokument, który z dystansem przedstawia kolejne kulisy tej tragedii. Każdy z 6 odcinków skupia się na innej stronie awarii w elektrowni atomowej. Ukazuje on dramatyczne następstwa wybuchu, pracę strażaków i efekt przebywania w napromieniowanym miejscu, heroiczną pracę wykonaną przez górników, smutny wątek odstrzału napromieniowanych zwierząt oraz kulisy procesu skazującego winnych dramatu. To zdecydowanie najlepsza produkcja omawiająca temat Czernobyla.

Czarne Lustro / Black Mirror (2011, reż. Charlie Brooker). Dzieło stworzone przez brytyjskie BBC, jest już niemal legendą. „Czarne Lustro” to serial w którym każdy odcinek opowiada odmienną historię. Mianownikiem łączącym każdy z epizodów jest fakt, że ukazuje on człowieka w przyszłości, gdzie będą towarzyszyć różnego rodzaju nowinki techniczne czy też społeczne. Co tu dużo mówić? Większość z odcinków „Czarnego Lustra” to arcydzieła małego ekranu. Wciągające, szokujące, wstrząsające a czasami rozczulające i bawiące historię to żywy komentarza na to jak zmiany technologiczne wpływają na nasze życie. Najlepszy odcinek? Nie jestem w stanie wymienić. W tym serialu zawarto tyle ciekawych pomysłów na przyszłość, że strach myśleć, który z nich stanie się wpierw rzeczywistością. Ba, niektóre elementy już zaczęły się dziać. Zwłaszcza miniony rok pokazał, że żyjemy w czarnym lustrze…

Detektyw / True Detective (2014, tw. Nick Pizzolatto). Na początku zaznaczę, że nominacja dotyczy wyłącznie pierwszego sezonu serialu. Detektyw opowiada historię policyjnego śledztwa w sprawie morderstwa dokonanego na kobiecie. Co więcej historia toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, gdyż detektyw Rust Cohle (genialna kreacja Matthew McConaughey’a) w przesłuchaniu policyjnym odwołuje się do wydarzeń z przeszłości. Główne atut tej produkcji to fenomenalny klimat Luizjany z lat 90. Jest mrocznie, tajemniczo i możemy się spodziewać całej gammy symboli zawartych w tym serialu. Historia wciąga a dwójka głównych bohaterów to przykład bezbłędnej interpretacji swoich bohaterów. Szkoda, że drugi sezon całkowicie zawiódł a trzeci nie wskoczył na genialny poziom jedynki…

Gra o Tron / Games of Throne (2011-2019, tw. David Benioff / D.B. Weiss). „Gra o Tron” to prawdopodobnie najgłośniejsza i najpopularniejsza produkcja ostatnich lat. Dlatego też ciężko było nie umieścić jej na mojej liście (aczkolwiek pierwotnie jej tutaj nie było :3). Jeżeli jakimś cudem nie słyszeliście o ów serialu to pokrótce kilka słów co to jest. Serial Benioffa i Weissa to adaptacja książki Georgea R.R. Martina „Pieśn Lodu i Ognia„. Akcja toczy się w krainie Westeros, gdzie kilka rodów walczy o tytułowy żelazny tron. Pierwsze sezony ów dzieła to idealny przykład jak trzymać w niepewności widza. Główni bohaterowie giną gęsto, często i niespodziewanie! Co więcej akcja jest wartka, sporo tutaj cliffhangerów, intryg oraz fabularnych zwrotów. Przy tym serialu nie można się nudzić… niestety tylko do czasu. Serial miał jeden poważny problem – czasowo przegonił wydarzenia z książki, którą Martin dopiero tworzył. Z powodu braku materiału źródłowego końcówka została pośpiesznie zakończona, i to w fatalnym stylu… Jednak do okolic 4-5 sezonu jest to dzieło wybitne.

Kalifat (2020, tw. Wilhelm Behrman). Szwedzki serial z minionego roku to głośny thriller/dramat, który opowiada o problemie terroryzmu ISIS ukazanym przez pryzmat dwóch światów. Pierwszy z nich to Szwecja – nowoczesne, europejskie państwo gościnne dla cudzoziemców zmaga się z problemem wywożeniem z kraju młodych kobiet do Syrii oraz przenikaniu terrorystów do umysłów młodych ludzi. W tym miejscu poznajemy Sulle, jej młodszą siostrę Lishę oraz koleżankę Kerimę. Młode dziewczyny podatne na wpływ Ibbe pragną walczyć za muzułmańską wiarę i wyjechać do Syrii. Z drugiej strony widzimy opętane wojną Syrię, gdzie mieszka młode małżeństwo Pervin i Husama. Ona pragnie za wszelką cenę wrócić do Szwecji, gdzie kiedyś mieszkała. On natomiast siedzi po uszy w jednostce planującej akcje terrorystyczne. Główną zaletą serialu jest fakt, że trzyma cały czas w napięciu. Obie historie wciągają nas na tyle, że chcemy koniecznie zobaczyć następny odcinek. Poza tym czy jakaś inna produkcja ukazywała problem terroryzmu przez pryzmat zwykłych ludzkich problemów?

Ostatni Taniec / The Last Dance (2020, reż. Jason Hehir). Są trzy powody by zobaczyć ten serial. Po pierwsze Michael Jordan. Po drugie Scottie Pippen. A po trzecie Denis Rodman. Któż z nas w młodości nie chciałby być jednym z nich na placu? Ewentualnie kimś z ekipy Los Angeles Lakers. Lata 90 to przede wszystkim koszykówka w wykonaniu Chicago Bulls! Żaden inny serial nie pokaże wam tak dobrze ducha tamtych czasów i powodów dla których MJ stał się legendą sportu. „Ostatni Taniec” to przede wszystkim historia ostatniego mistrzowskiego sezonu byków, a także droga na szczyt Jordana i Chicago Bulls. To 10 odcinków po których zapragniecie znowu założyć swoją koszykarską czapkę z daszkiem i porzucać do kosza.

Rick i Morty / Rick and Morty (2013, tw. Dan Harmon). Jedyna animacja na liście pokazuje, że tego typu produkcje wciąż mają sens. „Rick i Morty” to historia przygód dziadka-szalonego naukowcy Ricka wraz ze swoim nieco niezdarnym wnukiem Mortym. Dwójka głównych bohaterów wędruje głównie po rożnych galaktykach w celu przeżywania przygód. Dan Harmon jedzie tutaj po bandzie pokazując bohaterów od najgorszej strony. Nie zabraknie wulgaryzmów, seksu, przemocy, gore oraz nieziemsko szalonych przygód. Legendarny stał się zwłaszcza odcinek z ogórkiem. Odnajdziemy tutaj wiele nawiązań do kultury i kinematografii, a serial potrafi dać w kość swoimi nieszablonowymi rozwiązaniami.

Stranger Things (2016, tw. Matt Duffer). Stranger Things opowiada historię grupy przyjaciół z małego miasteczka Hawkins, którzy poszukują zaginionego kolegi. Co więcej w miasteczku nie dzieje się najlepiej, gdyż coraz więcej ludzi ginie bez śladu a wszystko wskazuje, że ma to związek z eksperymentami dokonywanymi w pobliskiej elektrowni. „Stranger Things” to genialny serial (pierwszy sezon!) z kilku powodów. Po pierwsze idealnie łączy kino familijno-przygodowe z horrorem. Przygody młodocianych bohaterów świetnie się przecinają z grozą i tajemnicą zawartą w serialu. Po drugie Matt Duffer idealnie rozczula widza przypominając mu dzieciństwo. Akcja toczy się w latach 80, dlatego też nie zabraknie wielu sentymentalnych momentów przypominających tamta epokę. Co więcej twórca serialu czerpie pełnymi garściami z produkcji z lat 80, takich jak „Stand By Me” czy też „Goonies„. Kolejny powód dla którego powinniśmy się zdecydować na seans „Stranger Things” (Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście tego serialu) to klimatyczna muzyka oraz świetny dobór aktorów. Pomijając świetnie odegrane role główne przez aktorski narybek warto zwrócić uwagę na Davida Harboura odgrywającego rolę lokalnego szeryfa, Dacrego Mongomery’ego wcielającego się w Billy’ego czy też Winonę Ryder, która przypomniała o sobie w godny sposób. Czy są mankamenty tego widowiska? Standardowe. Każdy kolejny sezon jest niestety coraz słabszy…

Zadzwoń do Saula / Better Call Saul (2015, tw. Vince Gilligan). Zacznę od niezbyt mile widzianej, ale zyskującej na popularności opinii, że ten serial jest lepszy od ‚Breaking Bad„. Zwłaszcza po ostatnim sezonie akcje serialu poszybowały w górę. Dlaczego wspominam o BB? Otóż „Better Call Saul” to prequel wydarzeń znanych z serialu o przygodach Waltera White’a. Skupia się on głównie na prawniku Jimmy McGillu, który w BB znany jest jako Saul Goodman. Początkowe odcinki opowiadają o jego trudnej relacji z starszym bratem – Chuck’em, który jest szanowanym i niemalże legendarnym prawnikiem. W dalszej części serial skupia się na przemianie Jimmy’ego w Saula i jego relacji z Kim Wexler. Ponadto pojawiają się tutaj wątki mafijne, gdzie ponownie prym wiedzie charakterystyczny właściciel restauracji serwującej kurczaki – Gustavo Fring a także poznajemy historię Mike’a Ehrmantrauta. Dla fana „Breaking Bad” będzie to ponowne wrócenie do tamtego nieco surrealistycznego świata stworzonego przez Vince’a Gilligana i zobaczenie tych samych twarzy. Natomiast jeżeli ktoś wcześniej nie widział BB, to równie będzie zadowolony, gdyż to wciągająca historia, która momentami wzrusza a momentami śmieszy.

Turbo zakończenie Gry o Tron – recenzja 8 sezonu

Nie łatwo być twórcą „Gry o Tron„, serialu wręcz ubóstwianemu i przez wielu uważanego za najlepszy w dziejach. Telewizyjne widowisko o smokach i rycerzach ma miliony fanów na Świecie, których oczekiwania z każdym nowym sezonem rosły by osiągnąć szczyt przy finalnym sezonie. Ludzie pokochali te postacie, a w dobie możliwości internetu presja jest jeszcze większa niż chociażby paręnaście lat temu. Nie dziwi mnie więc reakcja rozczarowanych fanów potoczonym biegiem spraw, którzy wymyślili sobie by 8 sezon nakręcić jeszcze raz. Ponad milion ludzi podpisało petycję w tej sprawie! Nie pomaga też sam prowodyr całego show – George R.R. Martin, który mocno opieszale pisze najnowszy tom powieści. Co prawda pomagał on samym scenarzystom przy tworzeniu finału historii, ale czy takie samo będzie w jego książce? Ciężko stwierdzić. Jedno jest pewne, zakończenie serialu spotkało się raczej z zimnym przyjęciem. Czy zasłużenie? O tym poniżej. Ostrzegam, że mogą pojawić się spoilery.

Przyznam szczerze, że sam jestem rozczarowany tym jak ten serial się skończył. Jednak nie w ten sam sposób co miliony widzów, którym nie spodobało się, że finalna walka z Nocnym Królem była słabo widoczna, że John Snow nie pożegnał się w jednym odcinku z wilczurem czy też fakt, że Deanerys oszalała i stała się czarnym bohaterem. Najgorsze jest szczególnie to ostatnie, bo przecież tyle „madek” nadało imię swoim córkom na cześć bohaterki odgrywanej przez Emilię Clark. Podobnie jak Jakubowi Popieleckiemu z Filmwebu nie przeszkadzało mi to CO SIĘ DZiAŁO z bohaterami. W zasadzie odpowiadał mi ten bieg wydarzeń… W końcu to GRA O TRON! To serial, który chyba już zdążył przyzwyczaić, że żaden bohater nie jest bezpieczny i rzadko spotyka się tu happy endy. Większy problem miałem z tym JAK TO SIĘ DZIAŁO.

Generalnie uważam, że serial trzymał formę do 6 sezonu. Siódmy stanowił grę na czas i przeczekanie do finału. Ósmy miał natomiast być wielkim finałem. Niestety nie do końca się to udało. Wyraźnie czuć i widać gołym okiem jak bardzo szybko D.B. Weiss i David Benioff chcieli zakończyć ten serial i zająć się Gwiezdnymi Wojnami. 6 odcinków (pomimo, że długich) to stanowczo za mało by zamknąć udanie tyle ciekawych i angażujących widza wątków. Szczególnie boli mnie jak rozprawiono się z motywem armii Nocnego Króla. Hasło „Winter is coming” straszyło przecież przez 7 sezonów i człowiek spodziewał się więcej odpowiedzi niż pokazanie jednej epickiej bitwy. Nie dowiedzieliśmy się kim był Nocny Król i skąd ta motywacja zabicia Brana i zajęcia Westeros? Zimny ludek ze swoją armią umarlaków po prostu przyszedł i ostatecznie przegrał. A co się dzieje dalej? Otrzymujemy kolejną epicką bitwę o Królewską Przystań, która zamienia się w Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną. I to wszystko na przestrzeni 3 odcinków! Ostatni natomiast prezentują nam słodko-gorzkie zakończenie, które nie jest złe, ale mam poczucie, że to wszystko dzieje się za szybko. Na dobrą sprawę serial mógłby toczyć się do 10 sezonu i z pewnością skorzystałaby na tym cała historia. Swoją drogą, to ogromna rzadkość by mówić, że dany serial skończył się za szybko. Przeważnie działa to w odwrotną stronę.

Denerwuje także prostolinijne i zupełnie niewiarygodne zachowanie bohaterów. Trochę ciężko uwierzyć, że w końcowej scenie nikt nie chce ostatecznie tronu, o którym tak bardzo wszyscy marzyli. Tyrion – geniusz strategii myli się co chwile przez co jego pozycja słabnie a wszechwiedzący Varys nie domyśla się, że zostanie skazany na śmierć. Takich perełek jest oczywiście więcej. Przypomnę tylko podejście do smoków, które w każdym odcinku jest inne. Okazuje się, że łatwo jest zabić latającego gada by chwilę później uczyni go największym rozpierdalaczem w całym królestwie. Generalnie mógłbym się doczepić każdego wątku w tym serialu, a szkoda mi palców do opisywania tych wszystkich absurdów. Pomimo, że w 8 sezonie dzieje się dużo ciekawych rzeczy i ma ten serial swoje momenty to sposób w jaki jest to pokazane psuje odbiór całości. Trochę szkoda, bo lepsze zakończenie serialu mogłoby sprawić, że stawiało by się go w jednym rzędzie obok „Rodziny Soprano” czy też „The Wire„. A tak otrzymaliśmy coś na miarę „Zagubionych” – fajny serial, z kiepskim zakończeniem. Mam tylko nadzieję, że fani książki otrzymają coś znacznie lepszego.

10 najlepszych seriali od Netflixa

Wykupiliście sobie dostęp do platformy streamingowej Netflix i nie wiecie co dalej? Spokojna głowa! Mam dla was listę 10 najlepszych seriali, które możecie zobaczyć na popularnym Netfliksie.

Better Call Saul (2015). Dla fanów „Breaking Bad” i nie tylko powrót do pustynnego i gorącego Albuquerque było bardzo dobrą wiadomością. Postać Saula Goodmana cieszyła się tak dużą popularnością, że twórcy serialu postanowili stworzyć spin-off. Tego typu akcje rzadko kończyły się udanie, ale w tym przypadku coraz częściej słyszy się głosy o wyższości „Better Call Saul” od „Breaking Bad„. Co prawda serial pokazuje nam historię adwokata jeszcze z czasu, gdy nazywał się Jimmy McGill i nie był prawnikiem jakim poznaliśmy go z przygód Waltera White’a. Do tej pory powstały cztery sezony, a twórcy wciąż grają na zwłokę i nie chcą pokazać transformacji. Odtwórca głównej roli Bob Odenkirk świetnie tym razem się sprawdził jako aktor dramatyczny, gdyż jak pamiętamy w „BB” jego epizody miały główniej wymiar humorystyczny. Podobno nawet początkowo był zamysł by „Better Call Saul” było sitcomem! Nie mniej warto się zapoznać, nawet jeśli wcześniej nie widziało się narkotycznych przygód z Albuquerque.

BoJack Horseman (2014). Przygody gadającego konia BoJacka to obecnie obok Ricka i Morty’ego jedna z najlepszych komediowych animacji. Tytułowy bohater to były aktor, który mieszka w Los Angeles i swoje najlepsze lata ma za sobą. Prowadzi życie niczym Hank Moody z Califonication – imprezy, alkohol, seks i narkotyki. Jednak jak łatwo się domyślić nie daje mu to szczęścia i wciąż poszukuje sensu w swoim życiu, przez co pakuje się nieustannie w tarapaty. Dużym plusem serialu jest świat przedstawiony, czy ludzie i ludzio-zwierzęta przedstawiający dalej cechy zwierząt. Poza tym to kapitalna satyra ukazująca bolączki społeczeństwa oraz popkultury. Koniecznie obejrzyjcie wersję z polskim dubbingiem, przez wielu jest on uznawana za przykład jak powinno się tłumaczyć tego typu produkcje.

Czarne Lustro /  Black Mirror (2011). Brytyjska produkcja stworzona przez Charliego Brookera to świetna ilustracja społeczeństwa ukazana przez pryzmat rozwoju technologii. Futurystyczne wizje ukazują głębię zachowań ludzkich oraz zmian jakie zaszły pod wpływem wszechobecnych nowinek technologicznych. Każdy odcinek to odrębni bohaterowie i całkowicie inne historie nie powiązane ze sobą w żaden sposób. Serial doczekał się 4 sezonów (łącznie 19 odcinków), więc dla kogoś kto jeszcze nie widział ani jednego epizodu nie jest to odstraszająca liczba nie do przejścia w jeden weekend. Odcinki zapadają w pamięć i dają na prawdę do myślenia. Najlepsze jednak jest to, że pomysły wykorzystane w tym serialu mogą tak naprawdę stać się naszą codziennością i bliżej im jednak do „Science” niż „Fiction”.

Dark (2017). Zeszłoroczna produkcja z Niemiec była dość głośnym serialem, który sporo rozgłosu uzyskał za sprawą sukcesu „Stranger Things„. Mimo, że wiele słyszałem o podobieństwach obu seriali to dla mnie są to zupełnie dwie różne rzeczy. Jedyną wspólną dla obu widowisk są lata 80. „Dark” jest znacznie mroczniejszym i trudniejszym w odbiorze dziełem telewizyjnym. Pomijając fakt, że dla polskiego widza ciężką sprawą jest rozróżniać bohaterów (których jest całkiem sporo i mają podobne imiona) to na dodatek istnieją oni na trzech płaszczyznach czasowych! Tak, to serial o podróżowaniu w czasie. A zwłaszcza o ciągu przyczynowo-skutkowym wywołanym przez ingerowanie w przeszłość. Osobiście serial zrozumiałem może w jakiś 70-80%, by całkowicie rozkminić o co w tym wszystkim chodziło potrzeba drugiego seansu. Niemniej jednak warto!

Dom z Papieru / La Casa Del Papel (2017). Hiszpańska produkcja to jeden z tych seriali, który wciąga od pierwszych sekund. Grupa kryminalistów pod dowództwem „Profesora” postanawia przejąć hiszpańską mennicę na jak najdłuższy czas by wyprodukować jak największą ilość banknotów EURO. Jednak nie będzie to zwykły skok jakich wiele było w kinie, ten jest zaplanowany co do najmniejszych szczegółów. Z każdym odcinkiem będziemy świadkami misternego planu grupy, która będzie manipulować nie tylko policją, ale i opinią publiczną. Dużym atutem serialu są nieustanne cliffhangery. Akcja toczy się bardzo sprawnie i ciągle się coś dzieje. Netflix skrócił oryginalne odcinki i podzielił całość na dwa sezony, przez co serial jest jeszcze bardziej dynamiczny. Bohaterowie są dobrze napisani i różnorodni, każdy odnajdzie swoich faworytów! Minusem są ciągłe romansy (jak to u latynosów), które nie wnoszą nic do głównego wątku (Może poza jednym). Poza tym dzieje się tam gigantyczna liczba absurdów i fabularnych głupot. Jednak gdy akcja toczy się tak błyskawicznie to nie mamy zbyt wiele czasu by się nad tym zastanawiać.

House of Cards (2013). Ostatnio było sporo szumu wokół serialu za sprawą afery związanej z Kevinem Spacey’em. Odtwórca głównej roli został wyrzucony z planu po tym jak został oskarżony o molestowanie seksualne. Twórcy nie zamierzali jednak przez to ucinać głowy kurze znoszącej złote jaja (lub też urywać kurze złotego jaja), i postanowili kręcić serial dalej, już bez Spacey’a. Efekt? Bardzo słabe (zasłużenie) recenzje ostatniego, szóstego sezonu serialu. Niemniej warto obejrzeć wcześniejsze 5 sezonów by odkryć, że historia bezwzględnego polityka Francisa Underwooda i jego żony to kapitalna opowieść o polityce, władzy i pieniądzach. A kto wie, może Kevinowi zapomni się jego grzechy z przeszłości (Jak Melowi Gibsonowi), wróci do łask widzów i producentów i ponownie zobaczymy go w serialu?

Rick i Morty / Rick and Morty (2013). Dawno nie widziałem jednocześnie tak pokręconej i zabawnej rzeczy jak ten serial. Na pewno słyszeliście wiele dobrego na temat tego widowiska, i że odcinek z ogórkiem najlepszy. To wszystko, to oczywiście prawda. Szalony naukowiec Rick wraz ze swoim wnukiem mazgajem Mortym przemierzają wszechświat w celu przeżywania nowych przygód. Każda z nich jest świetnie napisana, zrealizowana i zabawna. Oczywiście niektóre rzeczy są tak zawiłe, że ciężko załapać o co kaman, jednak nie przeszkadza nam to w pozytywnym odbiorze całości. Podobno wersja z napisami lepsza, dla mnie jednak (o dziwo!) wersja z dubbingiem jest równie dobra. Serial mimo, że jest animowany to nie jest oczywiście dla dzieci. Przekleństwa i wulgaryzmy lecą równo, i to w wszystko w rodzinie.

Stranger Things (2016). Jakiś czas temu pisałem o tym serialu w osobnej recenzji. Jednak od tego czasu pojawił się drugi sezon, który raczej nie zawiódł oczekiwań fanów i już teraz wszyscy czekają na dalsze losy bohaterów. Serial wciąż ma te same zalety. Jest mroczny, tajemniczy, wciągający, ale jednocześnie pozytywny, gdyż przypomina nam czasy dzieciństwa. Akcja w końcu toczy się w latach 80, także będzie sporo fajnych nawiązań i odniesień do popkultury (Pogromcy Duchów i Gremliny!). Poza tym opowiada o przyjaźni, tej dziecięcej, szczerej i prawdziwej. Piękna sentymentalna podróż w czasy dzieciństwa z lekkim dreszczykiem.

Mindhunter (2017). Któż z nas nie lubi Davida Finchera? Reżysera takich kapitalnych jak filmów „Se7en„, „Fight Club” czy też „The Game” po prostu nie sposób nie wielbić. To głównie jego nazwisko przykuło moją uwagę do „Mindhuntera„. Co prawda Fincher wyreżyserował tylko dwa pierwsze i dwa ostatnie odcinki seriali, jednak całość stoi na równym, wysokim poziomie. Obraz powstał na podstawie książki „Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI” autorstwa Marka Olshakera i Johna E. Douglasa. Opowiada historię dwójki policjantów Holdena Forda i Billa Tencha, którzy za pomocą rejestrowania rozmów z seryjnymi mordercami chcą opracować system ścigania największych zwyrodnialców a także dokonać analizy przyczyn ich postępowania. Z góry zaznaczam, że nie znajdziecie tutaj zbyt wiele wartkiej akcji. Co prawda pojawia się wiele morderców i spraw, o których wspomina dwójka głównych bohaterów. Jednakże wszystko bazuje na podejściu psychologicznym i przedstawieniu żmudnej, policyjnej pracy, która w rzeczywistości nie jest tak heroiczna jak w filmach.

Narcos (2015). Ekranizacji o życiu i interesach Pablo Escobara było już całkiem sporo. Dlaczego zatem warto przyjrzeć się „Narcos„? Przede wszystkim ze względu na niesamowitą realizację tego serialu. Mamy szybkie tempo, wartką akcję oraz udany zabieg narratorski, który przybliża widzowi świat przedstawiony. Tematy kryminalo-gangsterskie od zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem, tutaj smaku dodaje fakt, że te historie są zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Atutem serialu jest także fakt, że to kompozycja… zamknięta (Dla mnie i wielu innych osób jest to plus serialu, że nie trzeba nadrabiać wielu sezonów i dziesiątki odcinków). Serial skończył się po trzech sezonach a jego kontynuacją jest nowe widowisko „Narcos: Meksyk„. Jeżeli mamcie ochotę zobaczyć coś w mafijnej konwencji i jednocześnie dowiedzieć się co się działo w Kolumbii na przełomie lat 80 i 90 to warto na pewno sięgnąć po „Narcos„.