Kylie Minogue

Po Sufjanie Stevensie pora na przegląd dorobku innego artysty. Tym razem padło na moją ulubioną artystkę pop Kylie Minogue, której fanem jest od czasów kiedy to jeszcze całe dnie biegałem w dresiku. Artystka trafiała do mnie swoimi przebojowymi singlami oraz (a może głównie?) urodą. W tamtym czasie na pytanie Britney Spears czy Christina Aguliera? odpowiadałem Kylie Minogue!

Kylie (1988). Oglądając zdjęcia Kylie z tego okresu przeciera się oczy ze zdumienia. Australijka jest jak wino, im starsza tym lepsza. Jednak nie zapominajmy, że ta płyta jest konsekwencją sławy jaką zdobyła grą w serialu „Sąsiedzi”. Słuchając debiutu „Kylie” ma się wrażenie jakby był to album bez historii. Typowa produkcja dla wczesnych lat 80 nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym poza dwoma pierwszymi piosenkami. „I Shoudl By So Lucky” i „The Loco-Motion” to fajne single z dość naiwnym tekstem. Jednak dalsze pozycje nie wyróżniają się niczym poza słodkim brzmieniem. Mimo to warto zapoznać się z debiutem Australijki, gdyż był to początek dla jej dalszej i bogatej kariery muzycznej. Ocena: 5/10.

Enjoy Yourself (1989). Nie minął rok a Kylie ponownie wkroczyła do akcji. „Enjoy Yourself” jednak nie był krokiem do przodu a jedynie utrzymaniem obecnej pozycji. Album ten jest mocno podobny do debiutu. Święta trójca: Atiken, Stock i Waterman, która była odpowiedzialna z poprzedni krążek wiedziała, że ta muzyka się sprzeda dlatego nie wprowadziła większych zmian na „Enjoy Your Self”. Z pewnością plusem tego albumu jest fakt, że kompozycje na nim zawarte są taneczne, energiczne i rewelacyjnie sprawdzają się jako żywa definicja muzyki pop z tego okresu. Jednak dla kogoś kto czekał na coś nowego „Enjoy Yourself” będzie rozczarowaniem, a szkoda bo sam tytuł płyt nakazuje się cieszyć. Mimo wszystko piąteczka się należy bo to całkiem przyjemny teen pop. Ocena: 5/10.

Rhythm of Love (1990). Zdecydowane najlepsza płyta, która wyszła spod rąk wcześniej wspomnianej trójki Atikena, Stocka i Watermana. Produkcja jest bardziej żywiołowa, głos Kylie jakby pewniejszy. To z pewnością był krok do przodu, jednak w tym momencie nie mogliśmy jeszcze wiedzieć, że Kylie stanie się jedną z legend muzyki pop. Najlepsze utwory na płycie? Z pewnością „Things Can Only Get Better” wyróżnia się ponad resztę (ta gitara!), jednak jest to album bardziej kompletny i równy w porównaniu do „Kylie” i „Enjoy Yourself”. Jeżeli chodzi o początek kariery Kylie (kiedy jeszcze miała te swoje niesforne kędziory na głowie a uśmieszek nie znikał z jej buźki) to jest to mój ulubiony jej album z tego okresu. Ocena: 6/10.

Let’s Go to It (1991). Rok 1991 przyniósł parę zmian. Przede wszystkim zmienił się wygląd Kylie, która wraz z wejściem w lata 90 stała się bardziej „sexy”. Kylie dojrzewa nie tylko wizualnie porzucając image słodkiej, fajnej dziewczyny ze sąsiedztwa, ale także muzycznie. Na „Let’s Go to It” bierze niektóre sprawy w swoje ręce i w ten sposób staje się współtwórcą niektórych utworów. Obok nazwisk Atikena, Stocka i Watermana pojawia się w końcu podpis Minogue. W tym momencie pokazuje swój potencjał, czego efektem będzie późniejszy sukces Australijki. Póki co „Let’s Go to It” był płytą średnią, nie wiele wnoszącą do muzyki pop. Jednak dla fanów jej wcześniejszej twórczości jest to nie lada kąsek. Mi osobiście do gustu przypadł utwór „Give Me Just a Little More Time” oraz „I Guess I Like It Like That”. Ocena: 5/10.

Kylie Minogue (1994). Gdy słyszymy jak brzmi opener tej płyty, czyli „Confide In Me”, jak brzmi sam głos Kylie to wiemy, że ten album jest definitywnie kolejnym etapem w karierze piosenkarki. To już nie Kylie tylko Pani Minogue. Inną zmianą jest brak Atikena, Stocka i Watermana. Produkcją zajęli się zupełnie inni ludzie tacy jak Dave Seaman czy Brett Anderson. Natomiast Kylie Minogue dalej próbuje sama tworzyć piosenki. Czwarta płyta wydaje się być bardziej stonowana, nie tak energiczna, ale wciąż popowa. W zasadzie melodie i brzmienie zawarte na „Kylie Minogue” nie odbiegają od tego co się dzieje w tym czasie w muzyce pop, ale warto posłuchać tej płyty dla tych paru fajnych, popowych ballad takich jak „Put Yourself In My Place” czy też „Dangerous Game”. Ocena: 6/10

Impossible Princess (1997). „Impossible Princess” (tytuł płyty nawiązują do śmierci księżny Diany) to pierwszy konkretny i na prawdę dobry album w dorobku Kylie, który świadomie mogę polecić każdemu entuzjaście muzyki elektronicznej. W tym czasie muzyka pop brzmiała inaczej, do mainstreamu przebiło się wiele motywów wyjętych z techno. Była to pewnego rodzaju rewolucja muzyki elektronicznej, której dostrzeżono zalety i zaczęto kombinować jak to połączyć ze współczesnym popem. Na albumie po raz pierwszy pojawiają się piosenki, które Minogue sama stworzyła od początku do końca. „Too Far” pokazuje dojrzałość jaką osiągnęła Australijka w tworzeniu piosenek, natomiast „Say Hey” zaskakuje nas swoim minimalizmem. Nad produkcją czuwali muzycy zespołu Manic Street Preachers, co słuchać wyraźnie w gitarowym „Some Kind of Bliss” czy też „I Don’t Need Anyone”.„Impossbile Princess” to dobra płyta. Ocena: 8/10.

Light Years (2000). Wejście w nowe milenium Kylie miała mocne. Chodzi mianowicie o singiel „Spinning Around”, który wepchnął Kylie Minogue do czołówki światowego mainstreamowego popu. Ten pierwszy, wielki przebój rozpoczął złotą erę w dorobku Kylie. Jednak „Light Years” to nie płyta jednego utworu. Jest to dobry, taneczny album na którym znajdziemy disco w najlepszym jego wymiarze. Takie „Your Disco Needs You” to świetny kawałek określany „najlepszym utworem disco od lat 70”. I trudno mi z tą tezą się nie zgodzić bo mamy tutaj do czynienia z naprawdę kapitalnym kawałkiem. Wystarczy wsłuchać się w ten patetyczny refren albo ten świetny mostek z okolic 1:51. Przy tworzeniu tej płyty pomagał Robbie Williams, który nawet zaśpiewał jeden gitarowy kawałek z Kylie „Kids”. Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? „Loveboat” oraz „Under the Influence of Love” to fajne piosenki, zresztą jak cała płyta. Ocena: 8/10.

Fever (2002). To na prawdę gorący album, wypełniony po brzegi pierwszorzędnymi hiciorami. Któż z nas nie zna „Can’t Get You Out of My Head”? Największego przeboju Kylie. Poza tym rewelacyjne „Come Into My World” (chyba mój ulubiony utwór na płycie), taneczne „Love At First Sight”, pełne fajnych hooków „In Your Eyes” i na koniec mieszające gatunki „Burning Up”. „Fever” to zdecydowanie najlepszy, najbardziej przebojowy album w dorobku Australijskiej wokalistki. Pójdę nawet dalej i powiem, że jest to jeden z najlepszych albumów popowych mijającej dekady. Łączy on w sobie dojrzałość z nastoletnim szaleństwem. Świetne, taneczne podkłady idealnie się komponują z głosem wokalistki. Poza parkietowymi killerami można tutaj usłyszeć kilka innych dobrych utworów. Takie „Your Love” to fajna gitarowa piosenka, której nie powstydzili by się specjaliści od tego typu grania. Jeżeli miałbym wskazać jakiś jeden album nasiąknięty seksem to wskazałbym „Fever” Kylie Minogue. Kylie, która zaczynała od teen-popu dzięki temu wydawnictwu stała się światową divą popu i symbolem seksu nowego milenium. Ocena: 9/10

Body Language (2004). Po tak świetnie przyjętym albumie jak „Fever” oczekiwania były ogromne. Kylie troszkę rozczarowała recenzentów mimo, że „Body Language” to  na prawdę dobry i równy album. Single na nim zgromadzone nie są tak rażące taneczna radością jak na poprzednim krążku. Ciężko porównywać „Slow” na którym nie wiele się dzieje do takiego „Love At First Sight”, ale jest parę piosenek, które sobie całkiem nieźle radzą. Chociażby „Choclate” jest równie „sexy” jak kompozycje z „Fever” i spokojnie mógłby znaleźć się na tej płycie. Innym dużym plusem jest „Red Blooded Woman” z rewelacyjnym refrenem. Z pewnością te synth-popowe kawałki są na dobry poziomie a Kylie mimo wszystko pokazała klasę podczas gdy reszta czołówki mainstreamowej muzyki opierała się głównie na mniej lub większych skandalach. Chyba za to głównie kochamy Panią Minogue. Ocena: 8/10.

X (2007). Po genialnym „Fever” i jeszcze w miarę fajnym „Body Language” w dorobku Kylie przytrafiła się słabsza płyta, która okazała się strzałem kulą w płot. Osobiście bardzo lubię single zgromadzone na tej płycie. „2 Hearts” to fajna, rozkręcająca się piosenka, gdzie Kylie lansuje się na Marlin Monroe (odsyłam do teledysku), „In My Arms” to jeden z tych utworów, który utrzymywał mnie przy życiu kiedy musiałem słuchać rano w pracy RMF FM, natomiast „Wow” możliwe, że jest najlepszą piosenką w całym dorobku Kylie. Jednak poza tymi trzema utworami nie znalazłem niczego szczególnego na „X”. Niby jest fajnie, melodyjnie, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Brakuje mi tutaj tego czegoś co wcześniej tak bardzo ceniłem u Kylie. Ocena: 5/10.

Aphrodite (2010). Po mało udanym „X” Kylie wzięła się w garść. Zostawiła w spokoju te zabawy w Marlyn Monroe, zacisnęła pośladki i wzięła się ostro do roboty. Efekt? Całkiem przyjemna, fajna popowa płyta „Aphrodite”. Opener i zarazem pierwszy singiel promujący „All The Lovers” oparty na zwykłym pitu pitu działa. Reszta jest kompatybilna. Prostymi środkami do celu. Z pewnością jest lepiej niż na poprzednim albumie. Gdy oglądam współczesne gwiazdy pop ciesze się, że jest jeszcze Kylie Minogue, która wciąż zachowuje klasę i nagrywa fajne piosenki, które ucieszą każdego. Mocne punkty na płycie? „Everything Is Beautiful” – tekst może naiwny i prosty, ale jak ten kawałek brzmi. „Too Much” – czy nie brzmi to jak ten ostatni utwór od Rihanny i Calvina Harrisa? (Kylie była pierwsza). Poza tym na plus… w sumie każda piosenka na tej płycie jest plusem. Każda coś ciekawego wnosi. Brawo, Australijka nie schodzi od ponad 10 lat poniżej dobrego poziomu. Ocena: 7/10.

David Lynch – esencja twórczości, czyli 5 filmów, które trzeba zobaczyć.

David Lynch – amerykański reżyser, producent, aktor, scenarzysta, twórca muzyki. Istny człowiek orkiestra, geniusz obrazów z pogranicza snu i jawy. Jedna z ciekawszych postaci kina i telewizji, którą warto przedstawić. Poniżej znajdziecie pięć recenzji, które przybliżą wam piątkę jego obrazów, które wypadałoby zobaczyć.

The Elephant Man / Człowiek Słoń (1980). Zachowując chronologię powstawania, należałoby zobaczyć pierwszy film Lyncha, który zyskał ogromne uznanie oraz został uhonorowany Cezarem za najlepszy film zagraniczny. Oczywiście swoją wielkość Lynch zaprezentował już 3 lata wcześniej reżyserując Eraserhead / Głowa do Wycierania, jednak moja lista rozpocznie się od mocno wzruszającego Człowieka Słonia. Film ten oparty jest na prawdziwej historii Johna Merricka. Merrick, który cierpi na nietypową chorobę (jego ciało jest w dużym stopniu zdeformowane) jest atrakcją w cyrku jako „człowiek słoń”. Doktor Frederick Treves (Anthony Hoopkins) postanawia pomóc Merrick’owi. Akcja rozgrywa się końcówce XIX wieku i tu już pojawia się pierwszy duży plus za zobrazowanie tła wiktoriańskiej Anglii oraz rewolucji przemysłowej, która nabierała tempa. Dodatkowego klimatu dodaje fakt, że film jest od początku do końca czarno-biały. Charakteryzacja Johna Hurta, który wcieli się w rolę człowieka słonia również robi wrażenie. Dlaczego ten film warto zobaczyć? Jest to bardzo smutny a zarazem ciekawy obraz ukazujący problem inności, zrozumienia, akceptacji. Film świetnie ukazuje jak John Merrick pragnie żyć szczęśliwie i „normalnie”. Sceny z jego udziałem to istne wyciskacze łez. David Lynch przez pierwsze półgodziny świetnie tworzy napięcie i nastrój  oczekiwania na „człowieka słonia”, dalsza część jest już ukazaniem Johna Merricka w pełnym jego wymiarze. Poza scenami snów i pierwszą sceną filmu ukazująca kobietę przewróconą przez słonia brakuje tu typowego surrealizmu a la David Lynch, co sprawia, że film ten jest przyjazny każdemu widzowi i idealnie nada się na seans dla całej rodziny.

Blue Velvet (1986). Na początek troszkę o fabule. Jeffrey Beaumont (Kyle MacLachlan) znajduję kawałek odciętego ucha. Po zaniesieniu znaleziska na miejscowy komisariat postanawia wraz z nową poznaną koleżanką Sandy Williams (Laura Dern) rozwiązać tajemniczą zagadkę, która kryje się za odciętym uchem. Doprowadza go to do poznania Dorothy Vallens (Isabella Rossellini) i szalonego zwyrodnialca Franka i jego kumpli. Film klasyczny, świetnie pokazujący pewne relacje międzyludzkie oraz cielesność a jednocześnie opowiadający ciekawą historię pełną intryg i tajemnic. Tajemnica to słowo klucz w działalności Davida Lyncha. Bez pewnej dozy niewiedzy na pewne tematy filmy tego reżysera mogłyby stracić na wartości. Po drugie symbolika. Jej też nie zabraknie w Blue Velvet, nie jest może tak wyeksponowana w tym filmie jak w jego późniejszych dziełach, ale pojawia się. Na pochwałę zasługuje świetna kreacja Kyle’a MacLAchalana, który świetnie pokazał fascynację śpiewaczką Dorothy Vallens a także muzyka Angelo Badalamentiego, którego współpraca z Panem Lynchem była mocno owocna także w późniejszych dziełach reżysera. Z całą pewnością film z 1986 roku jest pozycją obowiązkową.

Twin Peaks: Fire Walk With Me (1992). Serial Miasteczko Twin Peaks, którego twórcami byli David Lynch i Mark Frost był kamieniem milowym w dziedzinie serialu. Jego charakterystyczna budowa, sposób toczenia się akcji, trudność w odbiorze spowodował, że nie był to serial masowy a wręcz elitarny. Z każdym następnym odcinkiem wyodrębniała się grupa społeczna, dla której ten serial był arcydziełem. Poza tym Lynch był jednym z pierwszych reżyserów kina, który swoją twórczość przeniósł na odbiorniki telewizyjne. Jego śladami poszli między innymi Martin Scorsese, Ridley Scott czy też Steven Spielberg. Przejdźmy jednak do samego filmu. David Lynch po zakończeniu dwu-sezonowego serialu Twin Pekas postanowił dać widzom „coś jeszcze”. Dlatego powstał Twin Peaks: Fire Walk With Me, który jest prequelem serialu. Pokazuje on wydarzenia, które zaistniały przed samym serialem. Zobaczymy między innymi śledztwo w sprawie morderstwa Teresy Banks jak i ostatnie dni życia Laury Palmer. Dla fanów serialu film ten powinien być łakomym kąskiem, obsadę stanowią praktycznie ci sami aktorzy, których znamy z Miasteczka Twin Peaks. Jednak Ci, którzy nie oglądali serialu także będą zadowoleni, gdyż obraz ten stanowi esencję twórczości Lyncha, pełną zagadek, sekretów, niedopowiedzeń i domyśleń. Mimo, że pojawiały się głosy, że Lynch za dużo dopowiedział do serialu to warto zobaczyć ten film ze względu na przytłaczającą atmosferę małego miasteczka Twin Peaks a także nerwowość scen z udziałem Laury Palmer i jej ojca.

Lost Highway / Zagubiona Autostrada (1997). To kolejny film Lyncha, gdzie zostałem zrobiony w bambuko. Od początku układałem sobie wszystko spokojnie w głowie, każdą scenę, każde wydarzenie. Wszystko próbowałem ułożyć w logiczną całość, jednak nic z tego. Końcówka filmu znowu zawirowała moim mózgiem a Pan Lynch po raz kolejny pokazał mi figę z makiem. Film przedstawia Freda Madisona (Bill Pullman), muzyka jazzowego, który podejrzewa swoją żonę Alice (Patricia Arquette) o to, że go zdradza. Małżeństwo dostaje dziwne kasety video z nagraniami z ich domu. Po pewnym czasie na jednej z nich ukazane będzie morderstwo Alice a Fred trafi do więzienia i zostanie skazany na karę śmierci. Jednak jak się później okaże to nie muzyk siedzi w celi tylko ktoś zupełnie inny… Od tego momentu zaczyna się dziać akcja pełna tajemnic. Po raz kolejny zobaczymy sceny z pogranicza rzeczywistości a fantazji głównego bohatera. Czasami mi się wydaje, że David Lynch pisze te scenariusze zaraz po przebudzeniu o 4 rano. Niedopowiedzenia w fabule mogą być minusem, jednak Lynch ukrył w tym filmie wiele wskazówek, które pozwalają ułożyć całość w logiczną kupę. Gdy już to każdy z nas zrobi spokojnie po seansie to wie, że film był genialny. Po raz kolejny udało się wytworzyć rewelacyjny klimat duszności i mroku dopełniony fragmentami piosenek Rammsteina. Chciałbym kiedyś pójść na piwo z Lynchem i pogadać o tym filmie.

Mullholand Drive (2001). Mullholand Drive to pierwszy film Davida Lyncha jaki obejrzałem. Jeszcze przed seansem nie wiedziałem czego się dokładnie spodziewać. Wiedziałem tylko jedno, że film ten jest wybitny. Niektórzy w swoich opiniach dzielili swoje życie na trzy etapy: przed Mullholand Dr, Mullholand Dr i post-Mullholand Dr. Zachęcony takimi zdaniami, zobaczyłem ten ponad dwu-godzinny obraz. Po obejrzeniu tego filmu mój mózg był jak wypluta guma do żucia. Nic do końca nie było takie jak na początku. Mimo, że film ten uznawany jest za jeden z tych, który najłatwiej idzie zrozumieć i logicznie poukładać to i tak wymaga od nas wysiłku intelektualnego. Akcja rozpoczyna się od wypadku samochodowego, przeżywa tylko kobieta – Rita (Laura Harring), która traci pamięć. Rita poznaje przypadkowo Betty (Naomi Watts), która niedawno przyjechała do Los Angeles by stać się „wspaniała aktorką”. Betty postanawia pomóc Ricie. Szczerze powiedziawszy nie widziałem nigdy tak zakręconego filmu. Ogromną zaletą Mullholand Dr jest to, że Lynch wymieszał w nim wiele gatunków. Mamy sceny typowo komediowe (historia reżysera Adama Keshera, scena z płatnym zabójcą) jak i wyrwane z najstraszniejszych horrorów (dziwna postać za restauracją). Reżyser tego obrazu stworzył świetny klimat narkotycznego Los Angeles. Sceny w teatrze czy też spotkanie reżysera z kowbojem na nowo definiują stwierdzenie „geniusz kina”. Dopełnieniem tego arcydzieła jest klimatyczna muzyka stworzona przez Angelo Badalamentiego. Ten film trzeba zobaczyć.

I tak na koniec trochę mniej serio twórczość Lyncha przedstawiona w dwie minuty:


Sufjan Stevens

Sufjan Stevens. Jeden z najbardziej uzdolnionych i płodnych artystów amerykańskiego niezalu. Wciągu 10 lat wydał osiem albumów długogrających, każdy został dobrze odebrany w środowisku muzycznym i dziennikarskim. W moim osobistym ranking Sufjan jest w czołówce wykonawców łączących folk z szeroką pojętą muzyką indie. Niniejszym wpisem spróbuję przedstawić albumy Amerykanina o litewskich korzeniach. Mam nadzieję, że uda mi się w ten sam sposób opisać innych ważnych artystów o których do tej pory nie miałem okazji wspominać. Miłej lektury i zachęcam do zapoznania się z twórczością Pana Stevensa.

A Sun Came! (2000). „A Sun Came!” to debiutancki krążek Sufjana Stevensa. Artysta nagrywając ten rewelacyjny album postawił sobie wysoko poprzeczkę a co najważniejsze w późniejszych latach zdołał ją przeskoczyć wielokrotnie pobijając wcześniejsze osiągnięcia. Sufjan zamieścił na tym albumie 21 utworów. Część utworów jest kilku sekundowymi skitam, które przeważnie pojawiają się na rap albumach. „A Sun Came!” to przede wszystkim mieszanka wielu instrumentów, brzmień i dźwięków, które nawiązują do różnych kultur. Taki „Demetrius” łączy w sobie rock’owe brzmienie z orientalnym transem. Natomiast „Ya Leil” to już typowy oriental bez żadnych domieszek. Na płycie dominują przeważnie akustyczne, gitarowe, folkowe utwory. Jednak nie brakuje mocnych odjazdów przy użycia gwizdka w „Satan’s Saxophones” czy też zastosowania elektroniki w utworze „Joy! Joy! Joy!”. Ta płyta pokazała tak na prawdę jakie zdolności w tworzeniu posiada Sufjan Stevens i jak potrafi być różnorodny. Ocena: 7/10

Enjoy Your Rabbit (2001). To drugi album w dorobku Sufjana Stevensa, który zupełnie różni się od debiutanckiego. Po pierwsze płyta ta jest zupełnie instrumentalna, a po drugie brzmienie jej jest w pełni nasycone elektroniką. Sufjan już na wcześniejszym albumie bawił się tego typu elektroniką, jednak dopiero teraz dał w pełni upust swoim zdolnościom w tej materii. I trzeba przyznać, że udało się. Kompozycję są nieprzewidywalne i ciekawe. Sufjan Stevens tym albumem oddał hołd kulturze Dalekiego Wschodu, gdyż poszczególne utwory swoimi nazwami nawiązują do chińskiego horoskopu, co wydaje się być pomysłem ciekawym. Jak się później okaże Sufjan Stevens nie raz nas zaskoczy swoją pomysłowością. Ocena: 7/10.

Greetings from Michigan: The Great Lake State (2003). Przy okazji wydania tego albumu Pan Stevens zapowiedział chęć nagrania po jednym albumie poświęconemu jednemu stanowi w USA, jak się okazało projekt zatrzymał się tylko na dwóch stanach: Michigan i Illinois. Jednak trzeba przyznać, że intencje były dobre a sam pomysł niespotykany w świecie muzyki. Ja jednak myślę, że jeszcze kiedyś Sufjan nagra coś o jakimś stanie. Wtrącę także pewną anegdotę dotyczącą Sufjana i tej płyty. Całkiem niedawno na zajęciach podczas oglądania dziewiętnastowiecznej mapy Stanów Zjednoczonych wspomniałem znajomemu o projekcie Sufjana Stevensa. Ów Znajomy wtedy zapytał co to znaczy „alternatywny wykonawca”, czy oznacza to, że jeździ on autobusem? Otóż nie. Odpowiedź tkwi w twórczości Sufjana Stevensa i pomimo, że ta cała gadka o projekcie 50 Stanów była tylko akcją promocyjną to sam materiał zgromadzony na tym albumie jest unikatowy. „Greetings from Michigan” to opis rodzimego stanu Sufjana (Urodził się w Detroit – miasta Robocopa oraz miasta przeżywającego ostatnio proces wyludniania). W Stanach Michigan ze względu na swój krajobraz jest nazywany „Stanem Wielkich Jezior” (coś a la nasze Mazury). I tego akcentu nie zabrakło na tym właśnie krążku, jest on opisem przyrody jak i ogólnym zarysem samego Michigan. Teksty nawiązują do typowych problemów społeczeństwa nie tylko amerykańskiego. Ponadto nadal przychodzi nam zachwycać się bogatą barwą brzmień. Ten koncept album był ogromnym krokiem w przód dla Sufjana Stevensa. Ocena: 9/10.

Seven Swans (2004). Na kolejny album Sufjana fani nie musieli czekać długo, gdyż pojawił się rok po wydaniu bardzo dobrego Michigan. Jak się okazało następny krążek nie wpisywał się w „projekt 50 Stanów” a jego problematyka nawiązywała do sfery religijnej. Czwarta płyta w dorobku artysty jest jakby skromniejszy w brzmieniu w porównaniu do wcześniejszych „bogatych” i „grubych” wydawnictw. Słodki, chłopięcy głos Sufjana Stevensa łączy się tutaj z miłymi żeńskimi chórkami, fortepianem, lekko podkreśloną perkusją, która momentami zanika. Oczywiście nie zabrakło banjo, które stało się takim znakiem rozpoznawczym Stevensa obok czapki z daszkiem i doklejonych skrzydeł. Najlepsze określenie na „Seven Swans” to słowo mistyczny. Sufjan Stevens zawarł tutaj wiele przemyśleń dotyczących sfery sakralnej a same teksty nawiązują do chrześcijaństwa: „Abraham, put off on your son. / Take instead the ram /until Jesus comes” czy też „And when we are dead, we all have wings / We won’t need legs to stand”. Płyta ta mocno wpływa na nasze myśli i zmusza do refleksji nad pewnymi sprawami, pomaga nam w tym w pewnym sensie minimalizm brzmienia, ale i także świetne teksty Sufjana Stevensa. Esencją tego krążka jest tytułowe „Seven Swans”, które pięknie się rozwija od spokojnego dźwięku banjo i głosu Sufjana do mocno patetycznego uniesienia, gdzieś w okolicach 4:34. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś po prostu niesamowitym. Ocena: 9/10.

Illinois (2005). Piąty album w dorobku artysty jest nie tylko powrotem do idei projektu 50 stanów, ale także powrotem do bogatej i ciekawej aranżacji utworów i szerokiej gammy instrumentów wykorzystanych przez Stevensa. Osobiście uważam ten album za najlepszy w dorobku Sufjana Stevensa, który spiął się tutaj na wyżyny swojej zdolności tworzenia genialnych piosenek. Cały album jest genialny i bezbłędny. Słowa to za mało by opisać uczucia towarzyszące tej płycie. Dla mnie ten krążek ma „wewnętrznego ducha”, który zachwyca swoim bogatym brzmieniem. Sufjan Stevens opisał na nim Stan Ala Bundy’ego, który jest sąsiadem stanu Michigan. Opis jest ten różnorodny, bo z jednej strony jest „JOHN WAYNE GACY, JR.” – jeden z najokrutniejszych i najbardziej znanych zabójców seryjnych XX wieku w Stanach Zjednoczonych a z drugiej „THE SEER’S TOWER”, czyli najwyższy wieżowiec USA. Najwięcej braw album zebrał za rewelacyjny utwór „Chicago”, który do tej pory jest uznawany za największy „hit” artysty. Jednak każdy utwór na tym albumie tak na prawdę jest fenomenalny. Podoba mi się spokój i sposób prowadzenia narracji w Casmir Pulaski Day. Na duże brawa zasługuje intro albumu złożone z dwóch pierwszych utworów, które rewelacyjnie wprowadza nas w świat przedstawiony przez Stevensa. Dużą wyobraźnią wykazał się Sufjan także pisząc te absurdalnie długie tytuły piosenek, których nazw wolę nie przytaczać ze względu na ich długość. Konstrukcją album ten przypomina debiut Stevensa, mamy mnogą ilość tytułów (22) oraz pojawiające się co jakiś czas kilku sekundowe przejścia. Dalsze opisywanie Illinois nie ma sensu, tą płytę należy posłuchać. Tych, których zniechęcą zakręcone tytuły i ilość utworów proszę o chwile cierpliwości i skupienia, z pewnością polubicie tą płytę tak jak ja ją polubiłem. Ocena: 10/10.

The Avalanche: Outtakes & Extras from the Illinois Album (2006). Czyli tak jak w tytule – jest to zlepek odrzutów z poprzedniej płyty oraz kilku dodatkowych piosenek. Album ten pokazuję tak na prawdę jak bogaty wybór miał Sufjan Stevens przy wyborze 22 utworów, które miały stworzyć rewelacyjne Illinois. Pozostałe piosenki, mniej pasujące i mniej rewelacyjne utworzyły właśnie to wydawnictwo. Mimo ich solidności i równości oraz zaprezentowania Chicago w trzech różnych wersjach, nadal są to utwory, które z jakiegoś powodu nie znalazły się na Illinois. Siłą rzeczy nie może to być album na miarę poprzednich i jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem, nad którym nie ma sensu głębiej się rozwodzić. Można to potraktować jako album „kopalnia”, czyli każdy będzie mógł poszukać czegoś dla siebie. Ocena: 5/10.

The BQE (2009). Ten album to kolejny ciekawy pomysł Sufjana Stevensa w karierze. The BQE to płyta składająca się wyłącznie z intrumentalnych, symfonicznych utworów. Czyli jest to całkowicie coś nowego, czego wcześniej nie mieliśmy u naszego bossa alternatywy. Jednak bądźmy szczerzy, Stevens po nagraniu tylu świetnych płyt i genialnego „Illinois’ mógł sobie pozwolić na tego typu odstępstwo. Pomimo, że ten pomysł momentami zahacza o banał i raczej nie jest czymś co fani „Illinois’ przyjmą owacjami na stojąco to ja w sumie rozumiem chęć stworzenia przez Stevensa czegoś na miarę klasyki. Na tego typie muzyce nie znam się za bardzo i nie jestem w temacie, ale uważam, że płyta ta może się spodobać poniektórym fanom o wrażliwej, romantycznej i klasycznej duszy. Dla mnie jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem i ciekawostką oraz przerwą w napiętym grafiku tworzenia absolutów przez Stevensa. Ocena: 6/10.

The Age of Adz (2010). O tej płycie pisałem już rok temu tutaj.