Off Festival 2011

Szósta edycja Off Festivalu już przeszła do historii, w tym roku nie zabrakło również dobrej muzyki, świetnych występów, multum wrażeń, lanego grolsha i… deszczu.

Warpaint

Tak samo jak w poprzednich latach katowicki festiwal trwał 4 dni, z których trzy ostatnie uświetniła moja osoba. Zatem wszystkich szukających relacji z Current 93 odsyłam do googla by szukali dalej, ja zajmę się pozostałymi koncertami z Doliny Trzech Stawów. Pierwszy dzień według moich wcześniejszych planów miał być dniem najmniej obfitym w koncerty, w praktyce okazało się inaczej. W tym roku zacząłem od występu grupy L.Stadt, która grała na scenie leśnej. Szczerze powiedziawszy nie znałem tej grupy zbytnio wcześniej poza dwoma oczywistymi kawałkami (Londyn i Death of a Surfer Girl – z tego zagrali tylko ten drugi). Jednak podczas 30-minutowego występu nie nudzili i wypadli całkiem w porządku. Następnie powędrowałem pod scenę główną gdzie po raz czwarty chciałem zobaczyć „my favourtie polish band”, czyli The Car is On Fire. Wymagań nie miałem dużych, gdyż wiedziałem na co ich stać i czego mogę się spodziewać. Jednak w porównaniu do występu z 2009 roku wypadli raczej słabiutko, scena mBanku okazała się dla nich za duża tak samo jak podczas Open’era w 2007 roku, gdzie również grali na największej scenie. Następnie powróciłem na scenę Leśną gdzie grać miał Lech Janerka, i jedyne co mogę powiedzieć o tym występie to tylko tyle, że Lech Janerka jest w dobrej formie i już zapowiedział następne występy. Poza tym dodam, że ten występ absolutnie nic nie zmienił w moim życiu i z pewnością raczej nie będę po nim fanem Janerki. Fani rewolucji i awanturnicy mogli dalej się bawić podczas koncertu Dezertera, ja natomiast wstąpiłem do Namiotu prezydencji (ah te polityczne zaangażowanie, widział ktoś w tym roku Buzka?) by zobaczyć występ grupy Glasser, jednak potworny zaduch i raczej nie przekonujący początek wypędził mnie stamtąd.

Junior Boys

Skuszony dobrymi opiniami udałem się na koncert Warpaint. Przed samym wyjazdem słuchałem ich płyty z poprzedniego roku „The Fool”, jednak do samego końca nie byłem pewien czy warto poświęcić na ten występ 50 minut. Poświeciłem i nie był to czas zmarnowany, bo na żywo materiał z płyty brzmiał jeszcze lepiej. Widać było, że czwórka dziewoj ze Stanów Zjednoczonych również dobrze się bawiła. Zachęcały do tańca i ogólnie sprawiły na mnie dobre wrażenie, jednak czas się zmywać. Już za moment mój headliner dnia, czyli Junior Boys. Ustawiłem się w miarę blisko by nie przegapić niczego z tego koncertu, znałem ich materiał i oczekiwałem świetnej, tanecznej zabawy. Zaczęli nie najlepiej bo od 10- minutowego spóźnienia, jednak później z minuty na minutę było coraz lepiej by zakończyć fenomenalnym Banana Ripple, który samy z siebie porywa do szalonego tańca. Nie zabrakło ich najlepszych kawałków jak i materiału z nowej płyty All It’s True. Brakowało mi tylko Second Chance, liczyłem, że odegrają właśnie ten kawałek podczas bisu, jednak o bisie nie było mowy. Kanadyjski duet wspomagany na żywo przez perkusistę dał jeden z lepszych koncertów tegorocznego festiwalu, do tej pory mam w głowie falsetowe okrzyki „No You never, No You never…”.

Omar Souleyman

Chęć zobaczenia czegoś „innego” pokierowała mnie by przez chwilę zobaczyć prawdziwy, progresywny, techniczny metal w wykonaniu Meshuggah, jednak na dłuższą metę nie zniósłbym tego natężenia agresji i hałasu w moich uszach. O 23:00 byłem już pod sceną eksperymentalną, gdzie miała wystąpić ciekawostka dnia czyli Omar Souleyman. Namiot napełnił się po brzegi (standardowo), wszyscy byli ciekawi co zaprezentuje Syryjczyk. Nawet kolesie z Junior Boys, którzy występ kręcili obok mnie. Koleś miał własnego konferansjera!!!, który w języku angielskim zapowiedział występ gwiazdy prosto z Bliskiego Wschodu. Wspomagany przez jednego muzyka od „czarnej roboty” Omar kręcił się po scenie i po prostu dawał „czadu”. Ludzie świetnie zareagowali. Hity z Jazeraa Nights brzmiały świetnie, że trudno było być obojętnym na to co się dzieje. Zwłaszcza, że parkietowa podłoga falowała i uginała się pod napływem tańczącej i skaczącej publiki. Ufff, to był kolejny świetny i niezapomniany występ. Tuż po północy byłem już na świeżym powietrzu, gdzie przez najbliższą godzinę chłonąłem dźwięki grane przez Mogwai. To był ich drugi występ na Offie i wydaje mi się, że lepiej się zaprezentowali niż w 2008 roku, jednak może to dlatego, że „Hardcore Will Never Die, But You Will” jest lepszą płytą niż „Hawk is Howling”? Jak zwykle ludzie narzekali, jednak należy pamiętać, że to zespół specyficzny i to nie tylko dlatego, że nie mają wokalu. Setlista była idealna, nie zabrakło Mogwai Fear Satan czy też Haunted by Freak jak i najfajniejszych piosenek z nowej płyty (Rano Pano chociażby). Na koniec wpadłem na początek Low, który grał koncert dedykowany Andy’emu Kotowiczowi z Sub Popu, mimo, że grali fajnie to jednak zmęczenie wygrało i tym samym pierwszy dzień festiwalu dla mnie się skończył.

Drugi dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu D4D, czyli Dick4Dick. Miałem okazję już tyle razy ich zobaczyć i ani razu tego nie zrobiłem, dlatego zmobilizowałem się tym razem i zobaczyłem jak to wygląda tym razem. Nie było źle, jednak również bez porywów. Materiał z nowej płyty brzmiał raczej średnio poza wyróżniającym się Love is Dangerous. Czas na piwo. O 17:50 grał Blonde Redhead, bardzo wcześnie, jak na nich za wcześnie. Pomimo problemów technicznych zagrali fajną setlistę obfitą w hity z „23”. Jednak nie było tej magii, nie było tego klimatu na który wszyscy czekali. Kolejne rozczarowanie padło godzinę później, gdy się okazało, że koncert Polvo został przesunięty na godzinę 2:15. O tej porze koncert ten był tylko dla największych hardkorów.

Neon Indian

Jednak przed klęską sobotę uratowały wieczorne koncerty. Pierwszy na scenie leśnej Neon Indian dał świetny, pełen energii występ. Nie zabrakło największych hitów takich jak: Deadbeat Summer, 6669 (I Don’t Know If You Know) oraz Psychic Chasms. Było kolorowo, tanecznie i niemal szalenie. W mojej ocenie jeden z lepszych występów tegorocznej edycji, aczkolwiek przyznam się, że miałem obawy jak zabrzmi na żywo mój ulubiony album z 2009 roku. Obawy były całkowicie nie uzasadnione, Alan Palomo wykonał świetną robotę, chodź momentami stosował różnorakie zagrywki pod publikę. O 22:00 zjawiłem się pod sceną główna by zobaczyć legendę gitarowego grania, czyli Gang of Four. Nie zawiedli, pomimo tatusiowego wieku Brytyjczycy pokazali, że wciąż wymiatają i są niczym dynamit na scenie. Był to żywiołowy występ, podczas, którego przypomnieli takie klasyki jak: Damaged Goods, Ether czy Natural’s Not in It z debiutanckiego albumu Entertainment! Była to niezapomniana podróż w przeszłość. Zdecydowanie na plus.

Primal Scream

Jednak to nie koniec sobotnich wrażeń. O 23:05 miał zaczynać na Scenie Leśnej Destroyer, czyli Daniel Bejar i spółka. Dlaczego warto było być na tym gigu? Każdy kto słyszał najnowszą płytę Kaputt wie, że ta płyta jest świetna. Destroyer zachwycił nas grając właśnie w większości numery z tego krążka. I jak to brzmiało! To odpowiedź na wcześniej zadane pytanie, ten brodaty kudłacz, który wygląda dość niepozornie potrafi chwycić za serca. Wytworzyła się właśnie ta magia, na która wszyscy czekali podczas występu Blonde Redhead. Gdy tak słuchałem Bejara i jego nutek wspomniał mi się występ Menomeny sprzed trzech lat, utrwaliło to mnie tylko w przekonaniu, że warto było tutaj się zjawić. Choć co do tego nie miałem żadnych wątpliwości, bo w ten występ celowałem od samego początku. Tak samo jak celowałem w występ dnia, czyli Primal Scream, który miał odegrać swój legendarny album Screamedalica. To był zdecydowanie najżywszy, najenergiczniejszy, najbardziej taneczny występ tegorocznej edycji Off Festiwalu. Album ten w wykonaniu live brzmi jeszcze lepiej niż na płycie, zwłaszcza opener Movin’ On Up i te okrzyki „My light shines on”. Zespół grał jakby bez opamiętania, nie zważał na to, że już są 20 minut po czasie. Publice też się podobało, żywym tego dowodem było wspólne odśpiewanie Come Together. I mimo, że mogły pojawiać się problemy z prądem to zespół grał swoje i czarował publikę. Brawa dla pani robiącej chórki, to kobieta to prawdziwy wulkan.

Deerhoof

Trzeci dzień i ostatni zarazem zacząłem dość wcześnie przy żarzącym słońcu. Pierwszy zaplanowany koncert Ringo Deathstarr obejrzałem już o 15:35 na Scenie Leśnej. podczas 30 minutowego koncertu pokazali się z bardzo dobrej strony, grając energiczny, żywiołowy koncert. Były w tym jaja i sam zespół z pewnością lepiej się zaprezentował niż The Pains of Being Pure At Heart dwa lata temu. Kto nie było na Ringo, niech żałuje. Przez te półgodziny poczuliśmy prawdziwy teksas. Z resztą sami członkowie grupy czuli się jak w swoim domu. Następnie zespół Biff grał soundtrack do obserwacji akrobacji w powietrzu wykonywanych przez samoloty oraz zmagań na boisku, gdzie szpile rozgrywały drużyny offowiczów. Jednak tą sielankę przerwała gwałtowna burza, przez co występ Abradaba grający set K44 został przełożony na godzinę 2:15, to był cios. Gdy przestało padać (nie na długo jak się okazało później) zawędrowałem pod scenę główną mBanku. Zespół Liars wystąpił z 20 minutowym opóźnieniem, jednak nie przeszkadzało to im zagrania dobrego koncertu. Wokalista Angus Andrew był swego rodzaju Zlatanem Ibrahimoviciem tego zespołu, gwiazdą w pełnym tego słowa znaczenia.

Public Image Ltd

Następny przystanek to koncert grupy Deerhoof. I główne w tym momencie moje zachwyty kieruje perkusiście grupy, który na obkrojonym sprzęcie bębnił jak oszalały. Natomiast Satomi Matsuzaki została określona Hendrixem tego zespołu. Mimo, że nie słucham ich na co dzień to wiedziałem, że mogę liczyć na energiczny koncert i taki też zastałem. Brawo. O 22 byłem już ponownie pod sceną główną, gdzie miał zagrać dEUS, moje tegoroczne odkrycie (mocno eleganckie spóźnienie). Nawet padający deszcz nie mógł mnie wygonić spod sceny. Zespół z pewnością pokazał, że myślenie o Belgu jako o nudziarzu jest mocno naciągane. Tom Barman okazał się prawdziwym liderem z krwi i kości, starał się odciągnąć uwagę widzów od coraz mocniej padającego deszczu. I udało mu się to! Skakał, biegał, zachęcał do tańca podczas Favourite Game, co chwile zmieniał gitarę, żartował sobie (Barbara Streisand). Ludzie z zaplecza mieli pełne ręce roboty prazy tym kolesiu. Poza tym przedstawił nam swojego gitarzystę Mauro Pawlowskiego, który ma polskie korzenie. Ostatnim koncertem tego dnia dla mnie (głównie z powodu deszczu) był Ariel Pink Haunted Graffiti. Gdy zobaczyłem tego rozczochrańca w czerwonym sweterku wiedziałem, że będzie koncert „w jego stylu”. Mimo uporczywego deszczu, ludzie świetnie się bawili. Bo jak się okazało, jego muzyka jest w pewnym sensie muzyką deszczową. Idealnie się wkomponowała w warunki atmosferyczne, a sam nieobliczalny Ariel Pink ogrywał po kolei hiciory z Before Today i udowodnił po raz kolejny, że jest totalnym świrem. Na Public Image Ltd. deszcz odebrał całkowicie chęci.

Podsumowując. Z pewnością na plus po raz kolejny urok miejsca Doliny Trzech Stawów, powiększona oferta gastronomiczna, żywiołowe, taneczne i rozróżnicowane koncerty. Jednak pojawia się także sporo minusów. Off słynną zawsze z punktualności, w tym roku zdecydowanie za dużo było opóźnień. In minus również przesunięcia tak ważnych koncertów jak Polvo i Abradaba, pogoda w 70 % dopisała. Gdzie hip-hop? Too much metal, It’s too much for me (wiadomo kawaleria szatana wraca do łask). No i na deser problemy z parkingiem. Oj, oj mimo to Off Festiwal uważam za udany i nie czuje się rozczarowany, zwłaszcza, że zobaczyłem kilka na prawdę wybitnych koncertów.

Off Festival 2010

Jubileuszowa bo piąta edycja najbardziej alternatywnego festiwalu w Polsce odbyła się tym razem w Katowicach. Było więcej ludzi, więcej kiełbasy i więcej dobrej muzyki. Artur Rojek zadbał o to by każdy entuzjasta muzyki znalazł coś dla siebie każdego dnia podczas pobytu w Dolinie Trzech Stawów. Czas na podsumowanie muzycznego wydarzenia o którym trąbiłem na stronie od czerwca.

The Horrors

Off rozpoczął się już w czwartek, jednak nie posiadałem karnetu czterodniowego by zobaczyć klubowy występ ludzików z Matmos. Dla mnie festiwal zaczął się w piątek od występu Cieślaka z księżniczkami. Maciej Cieślak jest już żyjącą legendą polskiej muzyki offowej. Lider Ścianki, członek Lenny Valentino, poza tym takie muzyczne projekty jak Kings of Carmel, Wyjebani w Dobrej Wierze i teraz Cieśłak i Księżniczki. Muszę przyznać, że początek brzmiał bardzo uroczo. Trzy panie wspomagające Cieślaka grały lekko i nie nudziły a sam boss, który na Offie zbierał pokłony był w dobrej formie wokalnej. Troszkę przeszkadzał upał w namiocie i jęki Waglewskich w tle, które zagłuszały ekipę Cieślaka. Warto odnotować, że podczas tego koncertu miała premiera debiutanckiej płyty, której piosenki mieliśmy okazję usłyszeć na żywo. Następny występ to jedyna okazja by zobaczyć po raz pierwszy w Polsce człowieka o którym mówi się w kategorii zbawcy alternatywy. o 17:50 swoje 5 minut miał Toro y Moi. Chaz Bundick, który w ponad 40 minutowym gigu zmieścił najlepsze kawałki z Causers of This zachwycił Katowicką publikę. Przy akompaniamencie perkusji i basu brzmiał bardzo fajnie i tanecznie. Troszkę wokal gdzieś funkcjonował za muzyką, ale jak na debiutanta, który nagrywa niemal dziesiątkowe płyty było bardzo wesoło. Ludziom się podobało. W końcu pierwszy koncert na powietrzu pod gołym niebem. Na Scenie głównej mBank grał angielski zespół The Horrors. Wiązałem duże nadzieje z ich występem, gdyż spodobali mi się na płycie Primary Colours. I co by tu powiedzieć? Zawiedli troszkę. Początek mieli bardzo obiecujący, Mirror’s Image czy też Who Can Say zabrzmiało tak jakbym tego chciał, ale im dalej koncert trwał tym było nudniej. Kolesie straszyli jak na horrorsów wypada swoimi mega fujfuj obcisłymi gaciami a gitarzystwa wymachiwał nóżką jak nastoletnia fanka Green Day. Muszą się wiele jeszcze nauczyć.

Lenny Valentino

Następnie próbowałem obejrzeć występ Fennesza, który miał być jednym z tych występów które były zainspirowane twórczością Chopina. Wiadomo, rok Chopinowski. Niestety pomimo chęci i fajnych brzmień zachęcających nie udało mi się nawet wejść pod scenę eksperymentalną. Udałem się zatem sprawdzić Art Brut na Scenie Leśnej. Słuchałem ich wcześniej i przyznaje, że Anglicy to nie moja drużyna. Koncert mimo to był żywiołowy i śmiało można było poskakać. Rozrywkowo było jednak nie dla mnie, przerwa na piwo. O 21:40 miał rozpocząć się koncert dnia czyli powrót po 4 latach Lenny Valentino. Jednak opóźniający się występ i padający deszcz skierował mnie do namiotu by zobaczyć Duńczyków z Efterklang. Nie żałuję, koncert był na wysokim poziomie. Bardzo fajna setlista składająca się z samych hitów grupy. Wspomagał ich w paru utworach Czesław Mozil na akordeonie. Widać, że członkom Efterklang się podobało. Publiczności również. Z pewnością wrócą jeszcze kiedyś do Polski. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ostatnią piosenkę Lenny’ego, który się spóźnił i nie zagrał bisu, mimo, że publika się domagała.

Raekwon

Wpadłem również na koncert legendy The Fall. Jednak Mark E Smith był mocno zmęczony życiem, zawiódł mnie ten występ. Troszkę czegoś innego oczekiwałem. Miało być jak to mówił Rojek „Niegrzecznie” a było mętnie i nijako. Sam zespół dobrze grał aczkolwiek poczciwy Mark E Smith snuł się po scenie nie wiedząc co robić. Równo o północy rozpoczął się występ Tindersticks. Słuchając ich płyt nie trafili zbytnio do mnie. Na koncercie jednak fajnie brzmieli jako tło muzyczne do rozmów gdzieś zdala od  tłumów pod sceną. Trzeba było oszczędzać siły na Raekwona, który w 100% miał dać czadu. Członek legendarnej grupy Wu Tang Clan spóżnił się o 10 minut, jednak w tym czasie urozmaiceniem było słuchanie krzyków wypitego „obrońcy krzyżów”, który krzyczał „precz z islamem”. W końcu pojawił się nasz czarny ziomek z swoim dj. Rapował nieźle, podoba mi się jego muzyka. Pomimo częstego nawijania „so yo” „ohhh shit” „for America” „What’s up Poland, make some noise” „I’m so fuckin drunk” i przerwy na… hmmm przyznał, że rzygał w tym momencie, ale my i tak wiemy, że robił kupkę „Good shit” to było całkiem fajnie. Można było się pobujać i pomachać ręką. No i przecież „Wu Tang Clan ain’t nuthin to fuck with”. Raekwon to stara szkoła rapu, warto było zobaczyć jak to się robi w NYC. Na koniec nasz fałdkowany murzynek zaprosił wszystkich do Nowego Jorku. Może jeszcze wróci do Polski. Zachwycał się naszymi górami jak i naszą polską vodką. Publika też nie była sztywna, wielu znało teksty MC z Nowego Jorku. The Chief mimo, że momentami oderwany od rzeczywistości „Don’t fuck with the policja” to dawał radę pobudzić widownie, która nie była jednak w spuści portach. Na tym zakończyłem pierwszy dzień OFF Festivalu.

Muchy

Drugi dzień rozpoczął się dla mnie nieco później. Sobotni dzień nie zapowiadał biegania od sceny do sceny, jednak perełki trzeba było zobaczyć. Muchy grające pod słońce niestety zaczęły trochę później przez rozmowy z przedstawicielami miasta Katowice. Poza tym nastąpiły problemy w trakcie drogi do Katowic. Cóż, występ sprzed dwóch lat na Offie bardziej mi się podobał. Trochę gwiazdy się z nich zrobiły, doszedł kolejny do grania. Nie wiem czy taka podwójna perkusja przełożyła się na jakość. Utwory brzmiały inaczej, zwłaszcza perkusja. Wcześniej bardziej mi się podobało. Rozumiem jednak chęć eksperymentowania. Skórka trochę irytował swoim gwiazdorzeniem, Wiraszko wyglądał wczorajszo, ale fajnie zmieniał tekst by było ciekawiej. Nie zabrakło jednak Zapachu Wrzątku, Przesilenia i Najważniejszego dnia także nie ma co narzekać. Kolejny event to Scena Leśna i angielska formacja folkowa Tunng. Przyznaje się, że nie słysząłem ich wcześniej przed koncertem. Zachęcony dobrymi opiniami postanowiłem sprawdzić i nie zawiodłem się. Zespół Tunng to moje odkrycie tego festiwalu. Na żywo zabrzmieli bardzo przyjemnie, sama radość dla ucha. Bez jakiegokolwiek hałasu. Grali głównie utwory z swojej najnowszej płyty …And Then We Saw Land, która wyszła w tym roku.

Mew

Po raz pierwszy Hey widziałem na Offie dwa lata temu, szczerze powiedziawszy to nie zachwycił mnie wtedy ten koncert. W tym roku było stanowczo lepiej. Nie słuchałem ich najnowszej płyty, ale podczas koncertu chyba zagrali całą, albo większość kawałków. Musze przyznać, że pomimo piskliwego głosu zawstydzonej Nosowskiej, która to dziękowała lub przepraszała, że nie jest wodzirejem to Hey brzmiał momentami ciekawie. Nie grali hitów, tylko swój nowy materiał. Na żywo brzmiało to fajnie, przez moment nawet chciałem sprawdzić na płycie, ale póki co to mi się nie chce. Duński Mew natomiast zagrali świetny koncert. Przyjemnie się słuchało najlepszych kawałków grupy i obserwowało murzynka na scenie, który tańczył w rytm muzyki Mew. Wyglądało to bardzo efektownie. Koleś miał lepsze ruchy od samego świętej pamięci Michaela Jacksona. Widać a przede wszystkim słychać, że zespół z Danii jest zarówno dobry na koncertach jak  i na płycie. Podobało mi się brzmienie, wokalista brzmiał idealnie tak jak na krążkach grupy. W tle śmigały różne wizualizacje, które idealnie komponowały się z muzyką i popieprzającym tańcerzem na scenie. Z pewnością jeden z lepszych występów Off, które udało mi się zobaczyć. Bo jak wiecie, nie idzie wszystkiego zobaczyć.

Dinosaur Jr

I właśnie o północy nastąpił taki problem. Grały dwie grupy, które chciałem sprawdzić. Wybór był jednak oczywisty. Dinosaur Jr mimo, że mieli problemy z sprzętem to zagrali dobry koncert. Grupa No Age użyczyła im gitar, gdyż ich sprzęt nie dotarł na czas do Katowic. Podczas strojenia instrumentów przed występem basista żalił się, że to nie jego bas. J Macis jednak powiedział, że postara się wyciągnąć z gitary na tyle ile się da. Widać, że chłopki są profesjonalistami. Pomimo wielu wiosen na koncie to potrafili odegrać świetnie najlepsze kawałki grupy zarówno z nowych płyt jak i tych klasycznych. I tak nie zabrakło Over It jak i Little Fury Things. Trójka indie legend przez godzinny występ dała czadu takiego jak wszyscy się spodziewali. Nie był to show, kontakt z publiką był wręcz zerowy. Dinosaur zagrał po prostu dobrą muzę przy której spora grupa ludzi skakała. Było rockowo. Perkusista walił ostro bębny, czego nie zdradza jego tatusiowaty wygląd. Grupa z Massachusetts była pewniakiem i z pewnością nikt nie czuł się zawiedziony ich występem. Zaraz po koncercie tłum ludzi rzucił się na koszulki z wielką krową i napisem Dinosaur. W tym czasie występował Radio Dept. Podobno jednak występ był średni, także nie żałowałem swojego wyboru. Zdążyłem jeszcze zobaczyć początek Lali Puny. I gdyby nie to, że noce w Katowicach nie są ciepłe jak w Los Angeles i zmęczenie to chętnie bym został zobaczyć do końca. Bo niemiecki zespół grał na prawdę ślicznie. Było słodko. William Basinski o 2:50 to już tylko dla hardkorów. Rok temu jeszcze bym wytrwał, tym razem chciałem jak najszybciej pod kołderkę.

O.S.T.R.

Dzień trzeci rozpocząłem od wizyty Sceny Eksperymentalnej. Znowu niestety nie udało mi się wejść, ale nie tylko mi. Spora rzesza ludzi czatowała przed namiotem. W środku występował The Tallest Man On Earth. Na płycie nie podobał mi się za bardzo najwyższy człowiek świata jednak live brzmiał o niebo lepiej. Koleś supportował Bon Iver i teraz wiem dlaczego. Było fajnie, żartował o dużej ilości gitar, które jeszcze ma w zanadrzu. Gdyby nie fakt, że scena główna zagłuszała mi ten akustyczny występ Szweda to zostałbym do końca. W sumie przed namiotem ludzie narzekali, że takie fajne koncert muszą się odbywać na takich małych scenach. A Ludzi były masy. Na scenie głównej występował O.S.T.R. po raz drugi na Offie. Nasz najbardziej indie raper rapował z żywym zespołem. Nie znam jego dyskografii, ale poleciały kawałki z najnowszej płyty ostrego Tylko dla Dorosłych. Zatem nie zabrakło np Spij Spokojnie. Nie jest on złym raperem. Rapuje na poziomie, czasem nie zrozumiale, ale koleś podobno jest najlepszy w freestylu. Trochę czasami już irytował swoimi gadkami między utworami, trochę za dużo nawijał o swoim synu. Ogólnie było spoko, fajnie się siedziało na trawce w słońcu, słuchało ostrego i obserwowało samoloty na niebie.

The Raveonettes

Po piwkowej przerwie wróciłem pod scenę Leśną, gdzie miał grać No Age. I co by tu rzec o tym występie? Zagrali bardzo energicznie, żywiołowo i hałaśliwie. Wokal był nieco zagłuszony przez natłok dźwięków perkusji, gitary i syntezatora. Był to chyba pierwszy mój koncert gdzie wokalistą był perkusista. Zawsze byłem ciekaw jak to wygląda na żywo. Chłopaki nagrali dobrą płytę i to właśnie z Nouns leciały głównie utwory, ale muszę jeszcze wiele razem zagrać koncertów. Mimo, że hardkorom skaczącym pod sceną z pewnością się podobało to miłośnikom muzyki stojącym z tyłu nie koniecznie. Nie do końca mi się podobało brzmienie na żywo, jednak No Age to był jeden z tych koncertów na którym trzeba było być. Zaraz po nich występował duński duet The Raveonettes. Zastanawiałem się jak będzie wyglądał ich występ. Było bardzo prosto perkusja składająca się z werbla, toma i talerza. Dwie gitary, bas. Wystarczyło na tyle by zabrzmieć bardzo przyjemnie. Nie zawiedli. Był to udany koncert, nie zabrakło utworów z legendarnego już niemal Whip It On jak i tych nowszych piosenek, które pasowały do siebie. Momentami było energicznie, momentami grali urocze gitarowe ballady. Słuchając ich obiecałem sobie przesłuchać ich całą dyskografię. Także mogę stwierdzić, że było lepiej niż dobrze.

The Flaming Lips

I ostatni występ na który czekałem z wypiekami na twarzy. Nie tylko ja. Już długo przed koncertem pod sceną zgromadziła się chmara ludzi. Mowa o The Flaming Lips. Największej gwieździe tegorocznego Offa i chyba w ogóle Offa. Już przed samym występem była świetna zabawa pod sceną gdy jedna strona odbijała balonem (mi się odbił od głowy) a druga strona skandowała „lewa strona daj balona”. Na scenie snuł już się Wayne Coyne, widać było, że też chciałby już zacząć. I zaczęło się. Musze przyznać, że to był chyba największe show na jakim byłem. Porównywalne do występów Muse, z tym, że tutaj było bardziej widowiskowo. Już od samego początku kiedy to członkowie zespołu wychodzili z wielkiego błyszczącego ekranu a lider grupy przebrnął po tłumie w wielkiej dmuchanej bańce. Następnie poleciał deszcz konfetti a wszędzie było widać kolorowe balony. The Flaming Lips już przyzwyczaili swoich fanów do takich występów. Ekipa wspomagająca ubrana w pomarańczowe dresy i tańcząca po bokach również fajnie się prezentowała. Było kolorowo. Dominował pomarańczowy i żółty kolor. Nie zabrakło wielkiego niedźwiedzia na którym siedział mistrz ceremonii. Jak i wielkiego „Grzybka z Mario” i smoka. Były również lasery z wielkich łap lidera flamingów. Jeżeli chodzi o show, spetaktl, widowisko to muszę wystawić ocenę celującą. Ale przecież to nie wszystko. A muzyka? Muzyka nie odstawała od show ani o krok. Nie zabrakło największych hitów grupy. Zagrali najlepsze piosenki z Embryonic. Nawet moje ulubione See The Leaves. Nie zapomnieli zagrać She Don’t Use Jelly czy też odśpiewane z tłumem Yoshimi Battles The Pink Robots. Na sam koniec zostawili największy przebój Do You Realize, które odegrane wraz z sypiącym się konfettim z nieba było wymarzonym zakończeniem koncertu jak i samego OFF Festivalu. Jak na gwiazdę przystało był to najlepszy gig festiwalu.

Czas na krótkie podsumowanie. OFF już raczej pozostanie w Katowicach. Przynajmniej do 2016 roku. Było z pewnością lepiej niż rok temu. Nie zabrakło gwiazd jak i dobrych, porządnych alternatywnych projektów. Sama Dolina Trzech Stawów była stanowczo za mała by pomieścić takie tłumy ludzi. Wydaje mi się, że było więcej ludzi niż w 2008 roku kiedy Rojek zaprosił Mogwai, of Montreal, CLinic itd. Sceny zagłuszały się nawzajem. Ten problem musi zostać rozwiązany jeżeli sam festiwal ma się rozrastać. Strefa gastronomiczna również nie była w stanie pomieścić tak dużej ilości ludzi, zwłaszcza godziną wieczorową. Nad takimi podstawowymi sprawami trzeba jeszcze popracować. Rozumiem, że to pierwszy raz w Katowicach. Z pewnością sytuacja się ta poprawi. Jednak na muzykę nie mogę narzekać, a ona była tam najważniejsza. Warto było być.

Radiohead – Poznań, 25.08.2009

radioheadpoznanOK. Emocje powoli opadają. Można po długich kontemplacjach, przemyśleniach w końcu opisać to co się mi wydarzyło w Poznaniu. A było tego sporo. Niestety nie widziałem masturbujących się taksówkarzy. Głównie chodzi o emocje, które odczułem. I to właśnie ich było najwięcej.

Przybyłem do Poznania wcześniej by poznać tutejszą miejscówkę, zobaczyć ziomków Peji, poczuć tak zwany SLU (szacunek ludzi ulicy). Tego dnia towarzystwo ziomali znikło w tłumie fanów Radiohead. Przewinął się gdzieś tam jeden samochód z łuperami wydalającymi poznańskie bity i to na tyle. Pozdro! He He. Nie no dobra. Jechałem tam dla Radiohead. Jak 40 tysięcy innych ludzi. 15 lat czekania. Ja aż tego tak nie odczułem. W 1994 roku byłem jeszcze analfabetą. Generalnie wiadomość o koncercie radiogłowych była newsem roku. Wcześniej krążyły plotki, że Open’er, że za rok itd. Dopiero Poznaniowi udało się tego dokonać chytrze promując akcję Poznań dla Ziemi. I mamy już Thoma, przyjaciela przyrody razem z chłopakami na scenie w Parku Cytadela.

Moderat. Zespół, który podobno sam Yorke faworyzował jako support. Przez godzinę próbowali rozweselić Poznańską widownię swoimi późno Kraftwerk-owymi kawałkami. I w sumie początek nawet dawał radę. Tylko słońce grzało niemiłosiernie jeszcze no a poza tym wszyscy czekali już na Radiohead to co będą marnować siły na tańcowanie do Niemców z laptopami? Przyznam szczerze, że dłużył mi się ten występ. Drugie pół godziny było niemiłosiernie męczące. Czekałem aż tylko się ulotnią ze sceny. W końcu się doczekałem. Słońce zaszło. Ludzi przybyło. Zrobił się klimat.

I zaczęło się! Wyszli. Pierwsze dźwięki 15 step. Thom zaczyna śpiewać. I nagle pojawiają się te dziwne myśli, niedowierzania. Czy to prawda? To Thom Yorke tam podskakuje i śpiewa? Czy to Ed O’Brien stroi z gitarą? Johnny Greenwood bawi się syntezatorem? Colin Greenwood schowany przy perkusji smyra palcem po basie? Phil Selway uderza pałeczkami w bębny? To się dzieje na prawdę. Niesamowite uczucie. Kiedy już tochodzi do ciebie prawda, zaczynasz łączyć się z muzyka w jedną całość.

radioheadpoznan2A było czego słuchać. Jeżeli o mnie chodzi to setlista marzenie. Marzył mi się Paranoid Android, Karma Police, The National Anthem, 2+2=5, cokolwiek z The Bends (moja ukochana płytka) i Creep. Nie taki zwykły Creep. Taki ostatni, ostateczny cios by zamknąć wszystkim usta mówiące ostatnio wyłącznie o Jacksonie, U2, Madonnie. No i sen się spełnił! To co chciałem zagrali. Przeglądałem setlisty z Austrii i Czech. Różniły się, ale niektóre kawałki to były pewniaki. Duża ilość In Ranibows. Licznie Z Kida A i Hail To The Thief. Różnie to było z OK Computer a The Bends często pomijane. Pablo Honey zapomniane. Na szczęście w Poznaniu każda płyta miała swojego przedstawiciela. Street Spirit godnie zastąpił Just czy Fake Plastic Trees. Można trochę żałować No Suprises, ale bardziej byłbym płakał gdyby nie zagrali Paranoid Android. Nie ważne. Dobór piosenek był idealny.

Brzmienie? Niesamowite! Jeżeli chodzi o nagłośnienie to było super. Wszystko, pięknie, klarownie. Chłopaki od nagłośnienia spisali się. Teraz scena. Jaka ona ogromna! Jeżeli chodzi o dekoracje, przebili Muse z Openera, ale trzeba oddać to ekipie Bellamy’ego, że oni musieli mnie bawić na festiwalu. Jednak ekrany z wizualizacjami, mimo, że pomysłowy podział na ekraniki to niezbyt funkcjonalny w kontekście: „Jestem w trzecim sektorze i mam metr dwadzieścia”.Ja mam to szczęście, że byłem w dwójce i mam troszkę więcej niż metr dwadzieścia. Wracając do dekoracji, podobały mi się te olbrzymie sople.

Jak zaprezentował się sam zespół? Yorke i ekipia w świetnej formie. Upatrywałbym tego w kilku przyczynach. Pomijając fakt, że są oni jednym z najlepszych zespołów na żywo i nie na żywo to trzeba wspomnieć, że Radiohead miał przerwę w koncertowaniu. Przed Poznaniem pojawił się w Austrii i Czechach. Nie było tego zmęczenia. Odgrywanie kawałków nie było tak nużące. Niektórzy mówią, że kiepski kontakt z publiką, że tylko „Thanks” i „Thank You”. Hmmm. WTF? Przecież Yorke tam czarował! Jego sarkastyczne chichoty, gadki, zaczynanie kawałków od „OK!”. Publiczność głośno reagowała na każde jego zachowanie. W czym problem panowie i panie? Thom rządził i dzielił tego dnia w Poznaniu. Co chwile to mu inny instrument przysuwali a on brał i grał jak najlepiej umie. Czy to gitara, perkusja, organy, pianino. Thom zagra na wszystkim. Dodajmy do tego, że śpiewał niesamowicie i jeszcze wpadał w taneczne napady epilepsji. Miło było też popatrzeć jak Johnny Greenwood szarpie za gitarę przy Creep albo jak klęczy przy syntezatorze podczas Idioteque. Colin mimo, że schowany od czasu do czasu zebrał się na odwagę by poskakać z basem. Mimo, że nie biega z nim jak natchniony to dobrze było go słyszeć przy takich basowych szlagierach jak The National Anthem czy Myxomatosis. Ed oczywiście robił świetne chórki a Phil przez ponad dwie godziny bez wytchnienia nie tracił pędu przy uderzaniu w perkusje.

W zasadzie najlepszy koncert jaki widziałem do tej pory w tym roku. Myślę, że za niedługo będę mówił, że najlepszy w moim życiu. Organizacja koncertu jak zwykle pozostawiała wiele do życzenia. Najbardziej nurtowało mnie pytanie dlaczego 7 złotych? i dlaczego Żywiec? Dodajmy do tego 50 minutowe opuszczanie koncertu w kolejce poruszającej się w tempie metr na minute i pojawia się mała frustracja. Nie u mnie. Ja byłem szczęśliwy i wzruszony po koncercie.