10 najlepszych horrorów minionej dekady

Rok nieubłaganie dobija końca, a razem z nim kończy się kolejna dekada. W związku z tym rozpoczynam na blogu pasmo podsumowań. Na pierwszy rzut mój ulubiony gatunek filmowy – horror. Przed wami lista 10 najlepszych filmów grozy z lat 2011-2020. Każda pozycja obowiązkowa do nadrobienia! Udanej lektury.

Babadook / The Babadook (2014, reż. Jennifer Kent). O tym jak owocna w dobre filmy grozy była miniona dekada udowadnia już pierwszy tytuł na mojej liście. Australijsko-Kanadyjska produkcja opowiada historię matki samotnie wychowującej syna. Trud wychowywania, praca, tęsknota za zmarłym w wypadku mężem wykańcza główną bohaterkę. Jednak jakby tego było mało jej 7-letni syn uważa, że w szafie czai się potwór. I coś jest na rzeczy, bo Amelia grana przez Essie Davis też zaczyna „coś” widzieć. Pytanie tylko czy zmora jest rzeczywista? Czy może to i tak już wykończona psychika płata figle? Film Jennifer Kent budowany jest na niedopowiedzeniach. Można go interpretować na dwojaki sposób i w tym tkwi w nim jego siła. Poza tym czy was też postać babadooka przyprawia o ciarki?

Coś za mną chodzi / It Follows (2014, reż. David Robert Mitchell). 19-letnia Joy poznaje nowego chłopaka. Niestety wraz z pierwszym zbliżeniem nastolatka otrzymuje oprócz rozkoszy pewnego rodzaju klątwę, która chce ją zabić. Jedynym sposobem by się jej pozbyć to odbycie stosunku z inną osobą i przekazanie „morderczej pałeczki” dalej. Film Mitchella mocno dosadnie używa metafory nastoletniego seksu jako niebezpieczeństwa. Pomysł by widmo śmierci przybierało różne formy i do skutku podążało za ofiarą jest ciekawym rozwiązaniem. Film czerpie sporo z podobnym sobie horrorów jak chociażby „The Ring” i pokaże próbę przerwania nieszczęsnej klątwy. „It Follows” trzyma w napięciu, potrafi przestraszyć i w oryginalny sposób buduję napięcie. Już pierwsza scena filmu ukazująca śmierć nastolatki wzbudza nasze zainteresowanie i pokazuje, że będziemy mieć do czynienia z dobrym horrorem. Niestety finał filmu jest nieco rozczarowujący, ale nie zmienia to faktu, że pierwsza dziesiątka zestawienia należy się dziełu z 2014 roku.

Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii / The VVitch: A New-England Folktale (2015, reż. Robert Eggers). Akcja filmu toczy się w Nowej Anglii w 1630 roku. 5-osobowa rodzina jest zmuszona do opuszczenia osady i osiedlenia się na odległym terenach z trudną do uprawy ziemią. Na domiar złego znika najmłodszy, nie dawno urodzony członek rodziny. Kryzys pogłębia również zniszczony plon. Eggers w swoim filmie z 2015 roku nieśpiesznie ukazuje horror i grozę. Nie zobaczymy tutaj hektolitrów krwi, jumpscare’ów ani też tytułowej wiedźmy zabijającej dzieci. Eggers buduje grozę na niedopowiedzeniach oraz mrocznym klimacie tamtych czasów. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam horrory osadzone w starych czasach (I nie chodzi mi o XIX wiek, ale czasy dawniejsze). Tytułowa wiedźma może być odpowiedzią na wszystkie nieszczęścia, ale nie musi i to jest w tym filmie wspaniałe. Filmowy debiut Any Taylor-Joy to jako ciekawostka.

Dom w głębi lasu / Cabin In The Woods (2011, reż. Drew Goddard). Grupa znajomych wyjeżdża na weekend do tytułowego domku w głębi lasu. Nie wiedzą jednak, że są pionkami w krwawym rytuale. Film Goddarda to ciekawe połączenie horroru z elementami komediowymi, które świadomie naśmiewa się z utartych schematów wprowadzonych przez filmy grozy. Być może nie każdemu przypadnie do gustu tego typu seans, ale jeżeli ktoś jest maniakiem gatunku (JAK JA) to z przyjemnością będzie punktował kolejne nawiązania pojawiające się w „Domu w głębie lasu„. Co prawda film zaczyna się jak milion podobnych mu slasherów. Grupka nastolatków jedzie na weekend w dzicz, jeden jest mięśniakiem, jeden jara, jest i wyzwolona laska… itd. NUDY! To już przecież było! Ciekawie zaczyna się robić dopiero od momentu, gdy dowiadujemy się, że jest to część makabrycznego rytuału prowadzonego przez korporacje, która ratuje świat. Od tej chwili zaczyna się jazda bez trzymanki i prawdziwa uczta dla każdego fana horroru.

Dziedzictwo. Hereditary / Hereditary (2018, reż. Ari Aster). Wraz z śmiercią seniorki w rodzinie Annie i Steve’a zaczynają się dziać niepokojące rzeczy. To być może najlepszy film na liście, a na pewno najlepszy film podejmujące tematykę satanizmu i opętania ostatnich lat. Siła obrazu Ari Aster tkwi w szczegółach i by móc w pełni czerpać z jego seansu, należy go zobaczyć przynajmniej dwa razy (Ja tak zrobiłem). Historia tutaj opowiedziana może być interpretowana wielorako, jednak reżyser co chwilę podrzuca nam drobne wskazówki by zrozumieć całość. Poza cudownymi zdjęciami mamy tutaj dobrą robotę aktorską. Poza popisem aktorskim grającej matkę rodziny Toni Collette jesteśmy pod wrażeniem Milly Shapiro, która nietypową urodą i swoim zachowaniem budzi w nas niepokój od początku filmu. Na prawdę mocna rzecz.

Lament / Gok-seong (2016, reż. Hong-jin Na). W odległej koreańskiej wiosce dochodzi do szeregu makabrycznych zgonów. Dodatkowo część mieszkańców popada w obłęd. Lokalny, leniwy stróż prawa Jong-goo pomimo braku wiedzy i doświadczenia w tego typu sprawach próbuje rozwikłać zagadkę. O tym, że w Korei Południowej robi się dobre horrory wiadomo nie od dziś. Dlatego też nie dziwi, że znalazło się tutaj miejsce dla jednego reprezentanta z Dalekiego Wschodu. „Lament” to idealny przykład jak należy zaskakiwać widza. Film rozpoczyna się dość niepozornie, by nie używać słowa „nudno”. Jednak finał rekompensuje nam to idealnie i jest to zupełnie odwrotna sytuacja jak w przypadku 95 % obecnie produkowanych filmów grozy, gdzie emocje kończą się wraz z końcem zwiastuna. Dodatkowo, jak to w azjatyckim kinie otrzymujemy gatunkowy miszmasz. Sporo tutaj kryminału, który przeplata w sobie elementy horroru, dramatu rodzinnego jak i komedii. Świetnie oddany klimat deszczowej, koreańskiej prowincji wprawia zachwyt równie tak samo jak udane kreacje aktorskie.

Lighthouse / The Lighthouse (2019, reż. Robert Eggers). W odległej od cywilizacji latarni prace rozpoczyna dwójka mężczyzn. Jeden starszy i doświadczony, drugi młodszy z tajemnicą. Przed nimi cztery trudne tygodnie odosobnienia, które będą próbą charakteru i zdrowia psychicznego. Piękny, czarno-biały film Eggersa to surrealistyczna opowieść o samotności i demonach przeszłości. „Lighthouse” ma cudowny, surowy klimat i swoimi dziwnymi wizjami ładnie nawiązuje do najważniejszych filmów Davida Lyncha. Jednak to co najważniejsze w tym filmie to gra aktorska. To co tutaj wyrabia dueta Willem Dafoe – Robert Pattinson przechodzi ludzkie pojęcie. O ile starszy z duetu pokazał już nie raz swoje zdolności to młodszy kompan dopiero od nie dawna udowadnia, że istnieje życie po „Zaćmieniu„. Ciężko nazwać ten film czystym horrorem, gdyż cała groza skupia się na tym co siedzi w głowach głównych bohaterów. Tylko w sumie, czy nie jest to straszniejsze od całej gromady wilkołaków, wampirów i ufoludków?

Niewidzialny człowiek / The Invisible Man (2020, reż. Leigh Whannell). Cecilia Kass (Elisabeth Moss) ucieka pewnej nocy od swojego męża-tyrana. Wkrótce potem dowiaduje się, że były mąż popełnia samobójstwo. W tym samym czasie zaczynają się dziać trudne do wytłumaczenia rzeczy… Film Leigh Whannell idealnie ukazuje metaforę przemocy domowej. Szanowany, inteligentny, przystojny mąż katuje swoją żonę. Tej jednak nikt nie wierzy, bo on przecież…. nie żyje. Elisabeth Moss, która idealnie się sprawdza w rolach ciemiężonych kobiet (legendarna rola w „Opowieści Podręcznej„) gra tutaj pierwsze skrzypce. Universal od jakiegoś czasu odświeża swoje legendarne horrory z lat 30, ale dopiero teraz udało się zrobić to dobrze. „Niewidzialny człowieka” z 2020 roku powinien stanowić podręcznikowy przykład jak należy robić remake filmowy. Zaletą omawianego obrazu jest fakt, można rozpatrywać go jako horror o niewidzialnym tyranie z nożem, ale również jako dramat z elementami thrillera o przemocy domowej.

Suspiria / Suspiria (2018, reż. Luca Guadagnino). Kolejny kapitalny remake na mojej liście. Szerzej o tym filmie pisałem już tutaj, ale pokrótce przypomnijmy dzieło włoskiego reżysera. Do prestiżowej niemieckiej szkoły baletu przybywa z Stanów Zjednoczonych Susie Bannion (Dakota Johnsons). Na miejscu odkrywa, że miejsce tym rządzą złowrogie siły. Film Guadagnino wyróżnia niesamowity, mroczny klimat zarówno rządzonej przez twardą rękę Madame Blanc (Tilda Swinton) szkoły baletowej jak i samego podzielonego przez mur Berlina. Piękne zdjęcia uzupełnione są przez hipnotyczną muzykę Thoma Yorke’a z Radiohead. Film cieszy oko, ucho oraz serce. Na osobne zdanie zasługuje gra aktorska. Tilda Swinton wcieliła się w tym filmie w podwójną rolę: mężczyzny i kobiety! Oczywiście w obu wyszła fenomenalnie. Najbardziej jednak urzekła mnie Dakota Johnson, którą jak się okazuje wspaniale wypada w filmach grozy! Wciąż jestem fanem oryginału Dario Argento, ale wersję Guadagnino uważam za jeden z najlepszych remake’ów jaki powstał.

Uciekaj! / Get Out (2017, reż. Jordan Peele). Rose Armitage (Allison Williams) zabiera swojego czarnoskórego chłopaka Chrisa Washingtona (Daniel Kaluuya) na weekend do rodzinnego domu w celu zapoznania z rodzicami. Pozorne miłe nastawienie i uprzejmość nie daje spokoju Chrisowi, który coraz częściej czuje, że chodzi tutaj o „coś” więcej. Moja żona po seansie stwierdziła, że nie powiedziała by: „Idźcie se do kina na Uciekaj„. Ja wam powiem zupełnie coś odwrotnego – Zobaczcie koniecznie film „Uciekaj„! Reżyserski debiut Jordana Peele’a to idealna kombinacja horroru, thrilleru i komedii. która świetnie odnajdująca się w tematyce współczesnego rasizmu. Od początku seansu film trzyma nas w napięciu i niepewności, prowadząc do ciekawego i momentami zabawnego finału całości. Nie ma tutaj miejsca na oklepane schematy, gdyż reżyser od początku stawia na swoją, własną drogę. Dowodem na to jest jego kolejny, równie udany film „To My„. Dla mnie jednak „Uciekaj” jest pewnego rodzaju kamieniem milowym w gatunku i pewnego rodzaju powiewem świeżości dla horroru.

Na koniec garść wyróżnień, czyli filmy, które otarły się o listę top 10:

The Woman (2011, reż. Lucky McKee), The Lords of Salem (2012, reż. Rob Zombie), V/H/S 2 (2013, reż. Simon Barrett, Gwiazdy w oczach / Starry Eyes (2014, reż. Kevin Kolsch), Co Robimy W Ukryciu / What We Do In Shadows (2014, reż. Taika Waititi / Jemaine Clement), mother! (2017, reż. Darren Aronofsky), Shelley (2016, reż. Ali Abbasi). To przychodzi po zmroku / It comes at night (2017, reż. Trey Edward Shults), Ciche Miejsce / A Quiet Place (2018, reż. John Krasinski), Domek w górach / The Lodge (2019, reż. Severin Fiala), Ekstaza / Bliss (2019, reż. Joe Begos)

10 koncertów na których mogłem być, a nie byłem i teraz żałuje…

Życie to ciągłe decyzje. Jedne gorsze, drugie lepsze. Z niektórych jesteśmy zadowoleni, z innych nie bardzo. Tak samo bywa z chodzeniem na koncerty. Ile razy odpuszczałem poniektóre występy w myśl, że jeszcze będzie okazja… Oczywiście tej „okazji” już nigdy nie było. Czasami dobrze jest się kierować w myśl zasady z filmy „Yes Man” i mówić sobie za każdym razem TAK. Przed wami lista koncertów, które mogłem zobaczyć a na które ostatecznie się nie wybrałem i teraz żałuje.

Sufjan Stevens (5.05.2011 / Warszawa). No cóż, zacznę chyba od mojego największego bólu… Mija prawie 10 lat od ostatniej wizyty Sufjana Stevensa w Polsce. Muzyk zagrał „podobno” kapitalny występ w Teatrze Polskim w Warszawie. Nie będę ukrywał, że jestem ogromnym fanem Stevensa i wielbię jego twórczość od początku. Swego czasu to jego twarz zdobiła blogowe logo (a to już coś znaczy!). Dlaczego nie pojechałem jednak do Warszawy? Trochę zniechęcająca była odległość 315 km, miejsce koncertu (wtedy nie zachwycała mnie wizja występu w Teatrze…) i cena biletów, która (o ile się nie mylę) wahała się w granicach 150 zł. W tamtym czasie za tą kwotę mogłem nabyć 3-dniowy karnet na OFF Festival (albo całkiem pokaźny zapas alkoholu…). Do tej pory pluje sobie w brodę, gdyż Stevens już nigdy potem nie przyjechał do Polski. Co więcej usłyszeć nowe utwory z „Age of Adz” i stare hity z „Illinois” czy też „Seven Swans” w otoczeniu desek teatru to musiało być coś pięknego…

Cut Copy (22.04.2014 / Warszawa). O moim statusie uwielbienia dla australijskiego bandu pisałem już w ostatnim wpisie podczas recenzji ich ostatniej płyty. Co więcej to zespół, który także lubi moja żona. W tamtym czasie planowałem zaręczyny z moją obecną żoną i koncert Cut Copy był jedną z opcji. Ostatecznie postawiłem na wycieczkę do Wiednia, niemniej żałuje, że nie wybrałem się jednak na ten koncert do warszawskiego Basenu. Tak jak w przypadku Stevensa, Australijczycy już nigdy nie wrócili do naszego kraju i chyba nie prędką wrócą…

Fleet Foxes (13.11.2011 / Chorzów). Ulubiony zespół indie-folkowy? I to w dodatku w mieście gdzie się urodziłem? Co poszło nie tak, że nie pojawiłem się na tym występie? Do tej pory nie rozumiem tego… Fleet Foxes zagrali w Teatrze Rozrywki w Chorzowie w ramach Ars Cameralis. Nie dość, że sam śląski festiwal spuścił z tonu i już nie zaprasza tak głośnych nazw to i sam Fleet Foxes dwa lata później zawiesił działalność… Co prawda grupa Robina Pecknolda wróciła do grania, ale do Polski już nigdy potem nie wrócili…

Uffie (10.02.2012 / Szczyrk). Na początku lutego 2012 roku miała miejsce impreza Burn in Snow w Szczyrku. W związku z zmaganiami na snowboardzie zaplanowana była także impreza muzyczno-taneczna. Wystąpiła m.in. Uffie, chłopaki z Hot Chip oraz Kamp! Line-up ciekawy i to wszystko w położnym 60 km od mojego domu Szczyrku. By dodać dramaturgii dodam, że wstęp był bezpłatny. Tylko ostatni dzban mógł się tam nie wybrać… i w sumie ja… Na swoją obronę dodam tylko, że 8 lat temu były surowsze zimy niż obecnie. Było dużo śniegu, temperatura spadała do -20 a ja dysponowałem wtedy samochodem marki Fiat Uno, który przy takich warunkach odpuszczał jazdę. Nie raz się zdarzało, że musiałem wchodzić do auta przez bagażnik, gdyż wszystkie zamki były zamrożone… To był w sumie ostatni moment by zobaczyć Annę Katarzynę w dobrej muzycznej formie zanim zajęła się rodzeniem dzieci.

Animal Collective (13.10.2008 / Katowice). Zacznę od tego, że w momencie koncertu nie byłem takim fanem muzyki Animal Collective jak obecnie. Co więcej cena 60 złotych za bilet była w tamtym momencie dla mnie zaporowa. Jednak żałuje, że nie udałem się jednak do katowickiej Hipnozy na ten występ. Z całą pewnością miałbym więcej do opowiadania wnukom na starość. Zwłaszcza, że Panda Bear i spółka spóścili obecnie z tonu i już nie wydają tyle nowej muzyku co kiedyś. Ich ponowna wizyta w Polsce, a zwłaszcza na Śląsku może nie prędko nastąpić. O ile nastąpi… ŻAL.

Tyler, The Creator (20.08.2015 / Katowice). Tauron Nowa Muzyka to festiwal, który uwielbiam. Od paru, dobrych lat bywam na tej imprezie w ramach dziennikarskiej akredytacji, której w 2015 roku niestety nie otrzymałem…. Oczywiście nie przyszło mi do głowy by kupić bilet chodź na jeden dzień by zobaczyć mojego ulubionego rapera z ameryki. No waśnie, bo Tyler, The Creator to obecnie jeden z najlepszych graczy w dziedzinie rapu. Co prawda w 2015 roku dopiero się rozkręcał, ale już wtedy jego „Cherry Bomb” mocno mi się podobało. Wiem, że festiwalowy występ pewnie nie byłby doskonały, ale to zawsze lepsze niż nic…

Opener Festival 2013 (03-06.2013 / Gdynia). W ramach wyjątku dodaje tutaj cały festiwal. Dlaczego akurat ten? Po pierwsze uważam, że na papierze to była najlepsza edycja Openera EVER. Po drugie z mojego miasta wyjechała ekipa na ten festiwal, także było z kim jechać. A co przegapiłem? M.in. These New Puritans świeżo po wydaniu „Field of Reeds„, pierwszy występ w Polsce Blur, zawsze genialne Queens of The Stone Age z Joshem Hommem, Arctic Monkeys grające „AM„, genialnego Kendricka Lamara oraz legendarnego Nicka Cave’a. Poza tym wystąpili tam też Kings of Leon, Animal Collective, Miguel, Johnny Greenwodd, Tame Impala, Violets, The National… Jednym słowem było grubo.

Ścianka (28.10.2006 / Mikołów). Ostatnio pisałem o swoim rozczarowaniu związanym z niedawnym występem Ścianki w Katowicach. Okazuje się, że w chwili gdy jeszcze grali piosenki, których nie usłyszałem na żywo w Królestwie zespół występował w moim mieście. Co więcej bilet kosztował tylko dyszkę, odbywał się w barze gdzie regularnie zalewam „mordę” a na drugie danie serwowano Tymona Tymańskiego z zespołem Transistors. Żal tym większy, gdyż przekonałem się niedawno, że tamta Ścianka już nie wróci… No, ale co zrobić gdy było się w tym czasie tępym licealistą….

…And You Will Know Us by the Trail of Dead (04.08.2018 / Katowice). …Trail of Dead powinien w sumie pojawić się na tej liście jeszcze w ramach koncertu z 11 kwietnia 2013 roku, gdy występowali w wrocławskim Firleju. Postawiłem jednak na występ z Off Festiwalu z dwóch powodów. Po pierwsze grali rzut beretem od mojego domu, a po drugie mieli zagrać całą, legendarną już płytę „Source Tags & Codes„. Występ marzenie, dlatego tym bardziej mi przykro.

Wavves (06-09.08.2009 / Mysłowice). Na koniec mały bonus w postaci odwróconej sytuacji. W pierwszy weekend sierpnia 2009 roku byłem w Mysłowicach, jednak nie było tam Nathana Williamsa i spółki! Wavves odwalili wtedy niezłą szopkę podczas festiwalu Primavera i odwołali resztę występów. Na szczęście zespół się pozbierał i zaczął nagrywać o wiele lepszą muzykę . Mimo to wciąż czekam na ich pierwszy występ w Polsce. Przyrzekłem sobie nawet, że jeżeli kiedykolwiek zapowiedzą się w Polsce to pojadę, choćby nie wiem co. Także, Panie Williams teraz twój ruch!

10 Najlepszych filmowych remake’ów

Nie jestem fanem remake’ów. Uważam, że jest ich za dużo a znaczna większość z nich nie jest potrzebna, gdyż nie wnosi nic nowego do tematu. Przyznaje jednak, ze jest parę odświeżonych tytułów, które robią wrażenie. Przed wami 10 najlepszych remake’ów, które bardzo dobrze, że się ukazały.

Cape Fear / Przylądek Strachu (1991, reż. Martin Scorsese). W zasadzie od tego filmu wziął się pomysł na tą listę. W zestawieniu 8 najlepszych filmów Martina Scorsese wspomniałem, że ów thriller jest remakem filmu o tym samym tytule z roku 1962. Oczywiście pierwowzór jest równie wyśmienity, gdyż możemy w nim zobaczyć pojedynek dwóch kapitalnych aktorów. Z jednej strony Gregory Peck, a z drugiej niezapomniany Robert Mitchum (Który pojawia się również w nowej wersji!). W odświeżonej wersji, która pojawiła się ponad 30 lat później widzimy świetną kreacje Roberta De Niro, który mierzy się z Nick’em Nolty i jego rodziną. Przypomnijmy jeszcze fabułę ów dzieła: Z więzienia wychodzi Max Cady (W tej roli De Niro), który został skazany na 14 lat więzienia za gwałt. Jego zamiarem jest zemsta na adwokacie, który nie zdołał go obronić przed wyrokiem skazującym. Adwokat Sam Bowden wraz z rodziną będzie musiał stoczyć nierówną walkę z psychopatycznym zwyrodnialcem. „Przylądek Strachu” to przede wszystkim genialny thriller w którym Scorsese świetnie uchwycił poczucie nieustannego zagrożenia. Może kosmiczne potwory i wampiry potrafią wystraszyć widza w kinie, jednak nie ma nic straszniejszego od psychopaty po którym można się spodziewać absolutnie wszystkiego!

The Fly / Mucha (1985, reż. David Cronenberg). Naukowiec Seth Brundle (W tej roli Jeff Goldblum) pracuje nad maszyną do transformacji. Podczas jednej prób, nieumyślnie do kabiny transformacyjnej dostaje się mucha w wyniku czego jej DNA krzyżuje się z DNA głównego bohatera. Od tego momentu będziemy świadkami jego transformacji w owada. Od razu trzeba zaznaczyć, że ten obraz udanie mógł sfilmować tylko jeden twórca – David Cronenberg. W końcu to prekursor i specjalista od tzw. „body horroru”. Reżyser bardzo realistycznie i dramatycznie ukazał przemianę naukowca w muchę. Z jednej strony to co widzimy było obrzydliwe i straszne, z drugiej jednak groteskowe i śmieszne. „Mucha” na stałe wpisała się do kanonu horroru i stanowi jedno z najważniejszych dzieł Cronenberga, dlatego nie mogło jej zabraknąć na liście. Co więcej remake ten jest znacznie lepszy od swojego pierwowzoru z 1958 roku.

Funny Games U.S. (2007, reż. Michael Haneke). Przykład „Funny Games” to dość specyficzny remake. Po pierwsze twórcą pierwowzoru jest również Michael Haneke, czyli reżyser nakręcił na nowo ponownie swój film. Czy zrobił to lepiej? Ciężko powiedzieć, gdyż nowa wersja jest w zasadzie odzwierciedleniem 1:1 pierwowzoru. Różnią się tylko aktorzy i język w jakim się porozumiewają. W pierwotnej wersji z 1997 roku aktorzy mówią po niemiecku. Kolejna wersja, która ukazała się 10 lat później była w zasadzie umożliwieniem zobaczenia tej historii szerszemu gronu widzów poprzez użycie języka angielskiego. Fabuła przedstawia historię rodziny wypoczywającej w domu nad jeziorem. Pewnego dnia ich spokój zostaje zaburzony przez wizytę dwójki dziwnie zachowujących się młodych mężczyzn Paula i Petera. Wciągają oni rodzinę Farberów w niezwykle okrutną i brutalną grę. Od razu zaznaczę, że nie cierpię tego typu filmów w którym silniejszy pastwi się psychicznie i fizycznie nad bezbronnymi. Zawsze trzymam mocno kciuki za zemstę i rewanż w tej sytuacji, a Haneke niestety stosuje tutaj bardzo perfidny chwyt filmowy o którym nie chcę spoilerować. Tego typy filmy zawsze kosztują mnie wiele nerwów, jednak jednocześnie doceniam kunszt jakim się wykazał reżyser. „Funny Games U.S.” to nie jest ukazanie zwykłe ukazanie przemocy dla rozrywki, to pokazanie, że zło może czaić się totalnie wszędzie. Zwłaszcza pod przykryciem przyjaznej twarzy.

Heat / Gorączka (1995, reż. Michael Mann). Nie wszyscy wiedzą o tym, ale „Gorączka” to ulepszona wersja filmu „Wydarzyło się w Los Angeles” z 1989 roku, również w reżyserii Michaela Manna. Podobno pierwowzór był za długi (Trwał 3 godziny) w związku z czym film pocięto. Nie przypadło to do gustu Mannowi, który 6 lat później zrealizował film na nowo z większym budżetem i lepszą obsadą aktorską. „Heat” jest uznawany z jeden z najlepszych filmów sensacyjnych w historii kina. Jest tutaj wszystko czego możecie się spodziewać od dobrego kina akcji. Realistyczne sceny batalistyczne, wartka akcja, pościgi, napięcie, dobrze napisane postacie i arcymistrzowska obsada. Do tej pory można się kłócić kto zagrał lepiej? Czy był to Al Pacino w roli porucznika Vincenta Hanny. Czy może Robert De Niro jako przestępca Neil McCauley? A poza nimi przecież pojawili się jeszcze: Val Kilmer, John Voigt czy też Natalie Portman. Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście tego dzieła to musicie je koniecznie nadrobić.

Invasion of Body Snatchers / Inwazja łowców ciał (1978, reż. Philip Kaufman). Film Philipa Kaufmana jest remakem obrazu „Inwazja Porywaczy Ciała” z 1956 roku. Kwestią sporną jest, który obraz jest lepszy, gdyż oba weszły na stałe do panteonu kina grozy. Na Ziemię przybywają kosmici, którzy planują zająć naszą planetę. By pozbyć się mieszkańców planety postanawiają ich skopiować. Dużą robotę w tym filmie robi niezmordowany Donald Sutherland grający Matthew Bennella, który postanawia postawić opór obcej rasie. W filmie pojawia się także młody Jeff Goldblum oraz Brooke Adams. „Inwazja łowców ciał” to obecnie klasyczna pozycja horroru science-fiction. Pomimo upływu ponad 40 lat od premiery to film wciąż robi pozytywne wrażenie i dobrze się go ogląda.

Scareface / Człowiek z Blizną (1983, reż. Brian De Palma). Klasyk kina, który jest remakem filmu o tym samym tytule z 1932 roku w reżyserii Howarda Hawksa. Co więcej, szykuje się kolejna wersja, którą wyreżyseruje Luca Guadagnino. Film opowiada historię Tony’ego Montany (w tej roli niesamowity Al Pacino), kubańskiego uchodźcy, który trafia do Stanów Zjednoczonych na początku lat 80. Wraz z przyjacielem Mannym starają się przebić w kryminalnym świecie słonecznego Miami. Wkrótce Montana przejmuje miejsce miejscowego bossa mafijnego Franka Lopeza i dzięki kontaktom z Sosą, baronem narkotykowym, staje się wpływowym milionerem. Film Briana De Palmy to klasyka kina gangsterskiego i jeden z najlepszych filmów reżysera. Sam film mocno odcisnął swoje piętno na popkulturze, stając się pożywką dla wielu nawiązań. Graliście chociażby w GTA Vice City czy też oglądaliście serial „Policjanci z Miami„? Jeżeli tak, to wiecie, że jest tam wiele nawiązań do „Człowieka z Blizną„. Co więcej film stał się potężną odskocznią w karierze Michelle Pfeiffer, która grała dziewczynę Montanty – Elvirę.

Scent of a Woman / Zapach Kobiety (1992, reż. Martin Brest). Film w reżyserii Martina Bresta to remake włoskiego dramatu „Profumo di donna” z 1974 roku. Do tej pory budzi on dość skrajne emocje, gdyż posiada za równo wielu zwolenników jak i przeciwników. Dla mnie jednak obraz z 1992 roku jest warty zobaczenia, pomimo wielu mankamentów, które posiada. Fabuła opowiada historię niewidomego, emerytowanego pułkownika Franka Slade’a (w tej roli niesamowity Al Pacino), który postanawia spędzić bogaty w rozrywki weekend by następnie skończyć ze swoim życiem. Towarzyszem tej wyprawy będzie młody student Charlie Simms, który dodatkowo stoi przed dylematem w sprawie szkolnej afery. Wspólna wyprawa, pomimo początkowy spięć zamieni się w nowy początek dla obu postaci. Przede wszystkim warto zobaczyć ten obraz dla samej roli Pacino, który dostał za nią Oscara. W filmie pojawia się także młody Philip Seymour Hoffman, jednak jego rola jest drugoplanowa i należy ją traktować bardziej jako ciekawostkę. Sama historia wzbudza zainteresowanie i jest to jeden z tych obrazów, który po seansie daje odrobinę do namysłu.

The Ring / Krąg (2002, reż. Gore Verbinski). Amerykański „The Ring” jest remakem japońskiego horroru „Ringu” z 1998 roku. Fabuła skupia się na tajemniczej kasecie VHS, która krąży niczym miejska legenda. Każdy kto obejrzy dziwaczny film na kasecie ginie w tajemniczych okolicznościach po 7 dniach. Sprawę kasety bada reporterka Rachel Keller (w tej roli Naomi Watts), która po obejrzeniu kasety ma równy tydzień by rozwikłać zagadkę i uratować życie swoje, oraz syna. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że udany remake horroru to bardzo rzadka rzecz. Tutaj jednak Verbinskiemu udało się idealnie przenieść pierwowzór do amerykańskich kin nie robiąc obciachu. Dziwaczna taśma wywołuje gęsią skórkę, a mroczny klimat i zagadka wzbudzają naszą ciekawość. Co więcej film jest autentycznie przerażający i w tamtym czasie wzbudzał ogromne emocje.

The Thing / Coś (1982, reż. John Carpenter). „Coś” Carpentera, jednego z moich ulubionych reżyserów to klasyk zarówno horroru jak i kina sci-fi. Film jest remakem obrazu z 1951 roku „The Thing From Another World” w reżyserii Christiana Nyby. Poza tym w 2011 roku powstał prequel, który ciężko uznać udanym. Jednak wracając do dzieła Carpentera, tutaj nie ma już żadnych wątpliwości co do jakości samego filmu. Badacze z USA na Antarktydzie trafiają na dziwne znalezisko w lodzie. Okazuje się, że głęboko pod lodem przeżyła obca forma życia, która potrafi przybierać różne formy. Pod kamuflażem ciał załogi będzie starało się zabić każdą osobę na stacji badawczej.  Film ten przede wszystkim straszy widza niesamowitymi efektami specjalnymi, które na tamte czasy robiły ogromne wrażenie. Co więcej dostajemy piękne, śnieżne ujęcia oraz sporo wartkiej akcji z Kurtem Russelem w roli głównej. „Coś” to także niesamowite poczucie napięcia (Przypominam scenę z badaniem krwi!) oraz gęsty klimat osaczenia, alienacji i odosobnienia. To jeden z tych filmów, które mam w swojej kolekcji na półce – czyli dzieło niezwykle ważne i godne polecenia!

Nosferatu: Phantom der Nacht / Nosferatu wampir (1979, reż. Werner Herzog). Trzeba przyznać, że tematyka wampiryczna i sama postać Drakuli zostały przez kinematografię aż zanadto wyeksponowane. Ta sama historia przedstawiana po raz kolejny od nowa już ze 10 czy 20 raz nie budzi tych samych emocji. Jednak niemieckiemu reżyserowi udało się nie popaść w banał i w ciekawy sposób kolejny raz przedstawić postać księcia ciemności. Herzog w zgrabny sposób nawiązał do pierwowzoru Murnau zawierając w swoim wiele z niemieckiego ekspresjonizmu łącząc go ze swoim charakterystycznym stylem. Niemiec ukazał wampira jako postać dramatyczną, pełną nieszczęścia i bólu egzystencji. Nie jest to zwykły potwór, a postać, której współczujemy. W tym miejscu należy wyróżnić kapitalną rolę Klausa Kinskiego oraz jego charakteryzacji. Ekscentryczny aktor nie należał do łatwych osób, jednak wszystkie jego role w filmach Herzoga były wybitne. Rolę ukochanej wampira powierzono wyśmienitej Isabelle Adjani, która również dobrze spełniła swoją rolę. Film posiada także ciekawy, gotycki klimat. Zdjęcia kręcono w Niemczech i Europie środkowo-wschodniej, dlatego też lepiej on oddaje ducha tej historii aniżeli obrazki z angielskich lasów w produkcjach wytwórni Hammer czy też studia Universala. Klasyka gatunku kina grozy, którą należy znać.