Patrick The Pan – Something of an End

Patrick The Pan - okładkaNa początek przyznam się, że jestem wiernym czytelnikiem head phones porno. Wiernym – gdyż mimo, że przez cały poprzedni rok pojawiły się tylko dwie notki (jedna w styczniu, a druga w sylwestra) to przynajmniej raz na dwa tygodnie zaglądałem tam z nadzieję na coś nowego. Przez długi czas widniała lista ulubionych albumów z 2011, aż do 31 grudnia. Wtedy dowiedziałem się, dlaczego blog został porzucony. Otóż Szadi (Piotr Madej) nagrał w swoim mieszkaniu płytę pod szyldem Patrick The Pan.

Brzmienie ów albumu zatytułowanego „Something of an End” nie było dla mnie większym zaskoczenie, gdyż wiedziałem jaką muzyką pasjonuje się 24-letni krakowianin. Zaskoczeniem jednak był fakt, że album ten jest wyjątkowo dobry na tle innych, podobnych projektów muzycznych. Piotr Madej nie popełnił standardowych błędów wielu młodych artystów/kapel, które często przesyłają mi swoje wypociny w nadziei na jakąś wzmiankę. Przykładowo liczne grono zespołów nawet fajnie zaczyna, ale im dłużej ich słuchamy to tym bardziej mamy ich dość. Przynudzają, smęcą, grają cały czas to samo i przekraczają cienką granice kiczowatości. Na „Something of an End” jest zupełnie inaczej. Im dłużej słuchamy tego krążka to tym bardziej jest ciekawie.

Zaskakujące jest również to, że cały album od początku do końca został stworzony w mieszkaniu Piotra. Płytę nagrał i wydał sam. Sam też ją sprzedaje (szczegóły tutaj). I zrobił to tak, że zupełnie nie słychać różnicy a w ruch poszedł zwykły mikrofon do Skype’a! Oczywiście natręt powie, że przy obecnej technice to nic takiego nagrać płytę w domu. Zgadza się, ale by taka płyta była dobra, trzeba mieć jednak talent. Piotr Madej taki talent posiada.

Poza talentem posiada również ciekawe pomysły i jeszcze ciekawsze inspiracje. „Something of an End” jest rozliczeniem z przeszłością młodego krakowianina, słychać tutaj wyraźnie wpływy Sigur Rós, Radiohead, amerykańskiego folku oraz Lenny Valentinto. Sam autor płyty śpiewa momentami jak Artur Rojek a najstarszy na płycie i jedyny zaśpiewany po polsku utwór „Hełm grozy” brzmi jak zagubiona piosenka z „Uwaga Jedzie Tramwaj!”

Ciężko jednoznacznie scharakteryzować tą muzykę. Znajdziemy tutaj wiele gatunków, przykładowo czwarty na płycie „Pov” brzmi jak połączenie Tindersticks z Fleet Foxes, „The Moon and The Crane” po klawiszowej części pierwszej nagle zamienia się w taneczną elektronikę, „Slowly” momentami brzmi jak Radiohead z okresu „Ok Computer”. Natomiast końcówka „Remains” (a zwłaszcza gitara) silnie przypomina nam wcześniej wspomniane Lenny Valentino. Przede wszystkim jednak znajdziemy tutaj sporo dobrej muzy, którą mogę polecić z szczerym sercem. Patrick The Pan ożywiło smętną ostatnimi czasy polską alternatywę. Mam nadzieje, że Piotrek się nie sprzeda nagrywając kolejną płytę (którą już ma w głowie) i zagra kiedyś na Offie (koncerty też mają się odbyć lada moment).  Ocena: 7/10.

Posłuchaj

 

 

Toro Y Moi – Anything in Return

toro-y-moi-anything-in-returnBrzmienie tej płyty nie jest dla mnie zaskoczeniem. Chaz Bundick zawsze oscylował z swoją muzyką w regionach sentymentalnej muzyki tanecznej. Tym razem jednak jest jakby mnie sentymentalnie a bardziej tanecznie. Nie każdemu przypadło to do gustu. Zamiast fachowej, rzetelnej i jednocześnie cholernie nudnej analizy literackiej przedstawie czym jest dla mnie (a w zasadzie z czym mi się kojarzy) „Anything in Return” Toro y Moi w kilku zdjęciowych migawkach.

toroymoinewalbum

Ocena: 7/10

New Order – Lost Sirens

New-Order-Lost-SirensSzkoda, że muszę pisać o tym wielkim zespole przy okazji tak słabiutkiej płyty.

New Order, czyli zespół składający się z byłych członków Joy Division, który nie trzeba nikomu przedstawiać. Nie miałem nigdy wcześniej okazji pisać o Joy Division (Trzeba kiedyś to nadrobić!) ani tym bardziej o jego kontynuacji jaką stanowi New Order. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, szkoda tylko, że w takich okolicznościach.

„Lost Sirens” to płyta do bólu przewidywalna, nudna, nic nie wnosząca do mojego życia. Nie jest to jednak żadne zaskoczenie dla tych, którzy, wiedzieli, że krążek będzie oparty na odrzutach z poprzedniego albumu. Początek jeszcze w miarę jakoś brzmi, zespół stara się być melodyjny, taneczny. Jednak im dalej w las tym ciemniej. Nie rozumiem jakimi kryteriami kierowali się byli członkowie Joy Division puszczając ten materiał? Od ostatniego roku z niepokojem się przyglądam wyczynom moich idoli. Wpierw akcja z Peterem Hookiem, który postanowił dla celów komercyjnych wrócić do odgrywania „świętości” Joy Division. Następnie dowiaduje się, że Disney wypuszcza t-shirty „zainspirowane” Joy Division. Później konflikt na linii Hook – New Order się zaostrza do retoryki nienawiści a teraz ta płyta… WTF?

Skok na kasę. To oczywiste i zarazem przykre. Kolejna wielka legenda upada. Nawet łagodne słowa Piotra Metza na temat „Lost Sirens” w ostatnim Wproście nic nie zmienią, to płyta po prostu słaba i nie potrzebna nikomu. Nie wliczając może ultrafanów, do których niestety się nie zaliczam. Nie widzę tutaj ani żadnych wartości, ani żadnego post scriptum. Dalsze słowa są zbędne, nie polecam. Ocena: 3/10.

Posłuchaj