7 Najlepszych filmów, w których zagrał Joaquin Phoenix

Joaquin Phoenix należy do grona najbardziej charyzmatycznych i nieprzewidywalnych aktorów współczesnego kina. Słynie z niezwykłej intensywności gry, umiejętności całkowitego zanurzenia się w odgrywane postacie oraz zamiłowania do ról nieoczywistych, często skomplikowanych psychologicznie. Na przestrzeni lat udowodnił, że potrafi odnaleźć się zarówno w kameralnych dramatach, jak i wielkich hollywoodzkich produkcjach, nie tracąc przy tym własnego, charakterystycznego stylu. Jego kreacje często pozostają w pamięci długo po seansie, ponieważ Phoenix nie boi się pokazywać swoich bohaterów jako ludzi pełnych sprzeczności, słabości i wewnętrznych konfliktów. Poniżej siedem ról, które najlepiej pokazują skalę jego aktorskiego talentu.

Gladiator (2000, reż. Ridley Scott). W „Gladiatorze” Joaquin Phoenix stworzył jedną ze swoich najbardziej wyrazistych i pamiętnych kreacji, wcielając się w Commodusa – człowieka rozdartego między pragnieniem władzy, zazdrością i desperacką potrzebą uznania ze strony ojca. Aktor znakomicie oddaje jego niestabilność emocjonalną oraz stopniowe pogrążanie się w okrucieństwie. Phoenix nie gra typowego jednowymiarowego czarnego charakteru – jego bohater jest jednocześnie arogancki, tchórzliwy, okrutny i rozpaczliwie samotny. Szczególnie mocno działa kontrast między pozorną pewnością siebie Commodusa a jego głęboko skrywanym kompleksem niższości. To właśnie dzięki tej niejednoznaczności kreacja Phoenixa stała się jednym z najmocniejszych elementów filmu i przyniosła mu pierwszą nominację do Oscara.

Osada / The Village (2004, reż. M. Night Shyamalan). W „Osadzie” Joaquin Phoenix wciela się w Luciusa Hunta, młodego mężczyznę żyjącego w zamkniętej społeczności, której mieszkańcy starają się za wszelką cenę utrzymać z dala od tajemniczego i niebezpiecznego świata znajdującego się poza jej granicami. Phoenix gra go z dużą powściągliwością, budując postać człowieka spokojnego, wrażliwego i jednocześnie pełnego wewnętrznych wątpliwości. Jego bohater nie jest typowym filmowym protagonistą – zamiast efektownych gestów czy bohaterskich deklaracji aktor stawia na subtelne spojrzenia, gesty i emocje skrywane pod pozornym spokojem. Szczególnie dobrze wypada w scenach, w których Lucius musi skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością, którą dotychczas znał. Phoenix nadaje tej postaci wiarygodność i emocjonalną głębię, dzięki czemu jego kreacja dobrze współgra z melancholijnym i niepokojącym klimatem filmu.

Spacer po linie / Walk The Line (2005, reż. James Mangold). Był czas, że z głośników nie schodził u mnie Johnny Cash. Nieżyjący już amerykański muzyk zdecydowanie zasługuje na osobny post na blogu. Tymczasem skupmy się na biograficznym filmie o nim, który jest moim zdaniem jednym z lepszych w tej materii. Odgrywający główną rolę Phoenix niemal całkowicie stapia się ze swoim bohaterem. Amerykanion nie ogranicza się do naśladowania legendarnego muzyka – oddaje jego charakterystyczną charyzmę, chłód i wewnętrzne rozdarcie, ale również słabości oraz uzależnienia, które przez lata wpływały na jego życie. Szczególnie imponujące jest to, że aktor samodzielnie wykonuje partie wokalne, dzięki czemu występy sceniczne mają autentyczną energię i nie sprawiają wrażenia typowej filmowej imitacji. Jego Cash jest człowiekiem pełnym sprzeczności – pewnym siebie na scenie, a jednocześnie zagubionym i potrzebującym bliskości poza nią. Phoenix nadaje tej postaci ogromną emocjonalność, a jego kreacja pozostaje jednym z najważniejszych powodów, dla których film tak dobrze działa jako opowieść o muzyce, miłości i walce z własnymi demonami. Rola przyniosła mu nominację do Oscara dla najlepszego aktora.

Królowie Nocy / We Own the Night (2007, reż. James Gray). Tym obrazem z kolei zachwyciłem się w okresie licealnym, gdy miałem fazę na kino „gangsterskie”. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku pod koniec lat 80. Film opowiada o Bobby’m Greenie (w tej roli Phoenix), menedżerze popularnego klubu nocnego, który stara się trzymać z dala od swojej rodziny – jego ojciec i brat są policjantami. Bobby prowadzi beztroskie życie, obraca się w świecie nocnych klubów i spotyka z Amandą, nie przejmując się zbytnio rodzinnymi oczekiwaniami. Sytuacja zmienia się, gdy nowojorska policja zaczyna prowadzić zdecydowaną walkę z rosyjską mafią, a Bobby zostaje zmuszony do wyboru między dotychczasowym życiem a lojalnością wobec rodziny. Film jest przede wszystkim historią rodzinnych więzi, lojalności i moralnych wyborów, ale jednocześnie oferuje sporo napięcia charakterystycznego dla kina gangsterskiego. Ważną rolę odgrywa relacja Bobby’ego z ojcem i bratem oraz jego stopniowa przemiana – z człowieka próbującego uciec od rodzinnej przeszłości w kogoś, kto musi się z nią zmierzyć. Warto też zaznaczyć, że Joaquin Phoenix nie gra tu człowieka całkowicie oderwanego od świata przestępczego – jego bohater funkcjonuje w środowisku klubowym, w którym interesy prowadzone przez gangsterów są czymś powszechnym, choć sam stara się zachować dystans. To właśnie konflikt między tym światem a jego rodzinnymi zobowiązaniami stanowi jeden z głównych motorów fabuły.

Ona / Her (2013, reż. Spike Jonze). W tym filmie Joaquin Phoenix wciela się w Theodore’a Twombly’ego, samotnego, wrażliwego mężczyznę, który po rozpadzie małżeństwa próbuje na nowo odnaleźć swoje miejsce w życiu. Phoenix świetnie oddaje jego emocjonalną kruchość, samotność i trudności w nawiązywaniu bliskich relacji. To rola wymagająca dużej subtelności, ponieważ znaczną część filmu aktor spędza, rozmawiając z głosem sztucznej inteligencji, którego fizycznie nie ma na ekranie. Mimo to Phoenix potrafi sprawić, że emocje Theodore’a są niemal namacalne – od początkowego zaciekawienia i fascynacji, przez radość i zakochanie, aż po niepewność i ból. Jego gra jest bardzo naturalna i pozbawiona przesadnego dramatyzmu, dzięki czemu historia niezwykłej relacji z systemem operacyjnym staje się przede wszystkim opowieścią o ludzkiej potrzebie bliskości. To jedna z najbardziej intymnych i delikatnych kreacji w dorobku aktora.

Joker (2019, reż. Todd Phillips). Najprawdopodobniej jest to najbardziej kultowy tytuł pod względem memiczności, odniesień w kulturze oraz pamiętnych pielgrzymek do Nowego Jorku, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na legendarnych już schodach w dzielnicy Bronx. Dla samego Phoenixa to również jeden z najważniejszych filmów, ze względu na statuetkę Oskara, którą zgarnął w kategorii najlepszy aktor. I nic dziwnego, gdyż stworzył jedną z najbardziej intensywnych i zapadających w pamięć kreacji w swojej karierze. Wciela się w Arthura Flecka, samotnego i pogardzanego przez otoczenie mężczyznę, który bezskutecznie próbuje odnaleźć się w społeczeństwie i marzy o karierze komika. Phoenix pokazuje jego stopniową przemianę w sposób niezwykle sugestywny – od człowieka wycofanego, kruchego i desperacko szukającego akceptacji do postaci całkowicie pochłoniętej przez własny gniew i poczucie odrzucenia. Aktor wykorzystuje zarówno mowę ciała, jak i charakterystyczny, niepokojący śmiech, aby pokazać psychiczne rozpadanie się bohatera. Szczególnie mocne są sceny, w których Arthur znajduje wreszcie poczucie siły i kontroli, choć prowadzi go ono w coraz bardziej destrukcyjnym kierunku. Phoenix nie próbuje jednak usprawiedliwiać swojego bohatera – zamiast tego tworzy postać jednocześnie przerażającą, tragiczną i głęboko niepokojącą.

Boo się boi / Beau Is Afraid (2023, reż. Ari Aster). Tutaj należy wspomnieć przede wszystkim o reżyserze. Ari Aster to przede wszystkim specjalista w kinie grozy. Ma na koncie takie kultowe dla tego gatunku tytuły jak: „Dziedzictwo. Hereditary” czy też „Midsommar. W biały dzień„. Omawiany tytuł z 2023 roku w zasadzie jest podobny do wymienionej dwójki. Tutaj także znajdziemy wiele niepokojących momentów, gęsty surrealistyczny klimat oraz całą mnogość odniesień i skojarzeń. Fabuła opowiada o opowiada o Beau Wassermannie, niezwykle lękliwym i samotnym mężczyźnie. Jego codzienne życie jest podporządkowane obsesyjnym obawom – przed ludźmi, światem zewnętrznym, chorobami, przypadkowymi zagrożeniami i przede wszystkim przed własną matką. Pewnego dnia Beau dowiaduje się o jej śmierci i postanawia wrócić do rodzinnego domu. Podróż, która początkowo wydaje się prostym przedsięwzięciem, szybko zamienia się w absurdalny, pełen niebezpieczeństw koszmar. Rzeczywistość zaczyna mieszać się z jego lękami, wspomnieniami i wyobrażeniami, przez co coraz trudniej stwierdzić, co naprawdę się wydarza. Film można odczytywać jako opowieść o traumie, poczuciu winy, nadopiekuńczej relacji z matką i paraliżującym lęku przed dorosłością. Aster celowo zaciera granicę między rzeczywistością a psychiką bohatera, tworząc momentami groteskowy i absurdalny świat. Joaquin Phoenix jest tutaj absolutnie centralną postacią – niemal każda scena podporządkowana jest jego bohaterowi. Jego Beau to człowiek skrajnie nerwowy, zagubiony i nieustannie przerażony, a jednocześnie niezwykle samotny. Phoenix wykorzystuje przede wszystkim mowę ciała, mimikę i reakcje na absurdalne sytuacje, tworząc kreację jednocześnie komiczną, żałosną i przejmującą. „Bo się boi” to zdecydowanie jedna z najbardziej osobliwych i wymagających ról w jego dorobku.

Legendarny OFF znowu daje radę – relacja z OFF Festival 2026

Jeśli dobrze liczę to był mój już 12 Off w karierze. Zaczęło się jeszcze w czasach licealnych, rok 2008 Mysłowice. Kilka dni po tym jak pozbyłem się gipsu z nogi wyruszyłem do miasta Artura Rojka. Było pięknie, spełniłem swoje muzyczne marzenia oglądając na żywo ukochaną Menomenę, Mogwai, Caribou czy też of Montreal. Mimo spuchniętej kostki i bólu narodziło się niezwykłe uczucie, które trwa do dziś.

Tegoroczna edycja była dla mnie wyjątkowa z tego względu, że po ponad 11 latach pojawiam się na niej z akredytacją medialną. Nigdy nie traciłem nadziei i cierpliwości i co roku wysłałem wniosek akredytacyjny, aż w końcu w tym roku otrzymałem pozytywne wieści od organizatora. W odwrotnym kursie niestety wylądował TNMK, który w tym roku nie przewidział żadnych akredytacji (Tauronie wstydź się!). W związku z żółtą opaską pojawiłem się w Dolinie Trzech Stawów na całe trzy dni, a nie jak to planowałem wcześniej tylko na niedzielę. Jak się bawiłem i co zobaczyłem? O tym poniżej.

Dzień I

Dzień pierwszy rozpocząłem od wizyty na Scenie Eksperymentalnej. Swoją drogą, ów scena przeważnie była najmniej przeze mnie uczęszczaną na Offie, a w tym roku wyjątkowo często na niej gościłem. Ma tylko jeden poważny minus. Jest stanowczo za mała, do tego co oferuje. Koncerty tam są niepowtarzalne, a tłum nie potrafi się tam zmieścić. Co gorsza stojąc na zewnątrz namiotu nie jesteśmy w stanie zobaczyć co dzieje się na scenie. Tutaj koniecznie przydałaby się zmiana. Wrócmy jednak do artysty, który tego dnia dał niepowtarzalny występ. Joshua Idehen, Brytyjczyk o nigeryjskich korzeniach to chodzący wulkan energii, który zaraził widownię swoim pozytywnym vibem. Była to idealna rozgrzewka przed całym Offem. Występujący w tym czasie na Scenie Orlen Tercet Imperial udowodnił, że polski folk to niekończące się źródło muzycznych inspiracji. Te mazurki mocno dawały radę. Grająca w namiocie Trójki Celine Dessberg stanowiła spokojne tło do chillowania na łące. Po nieco wydłużonej przerwie na nawodnienie pojawiłem się pod sceną Leśną by zobaczyć na żywo rapera Earla Sweatshirta. Gość ma niepowtarzalny styl i całą masę dobrego rapowego materiału, takiego w starym stylu. Posłuchajcie takich albumów jak „Doris” czy też „Some Rap Songs” to dowiecie się, że tam nie ma żadnego autotune’a ani discopolowych beatów. Generalnie Earl dał radę, jednak jeżeli ktoś oczekiwał fajerwerków to mógł się rozczarować. Te widzom zapewnili chłopaki z Flaming Lips, ale o nich za chwilę. Na moment pojawiłem się w Namiocie Trójki by pobawić się do DJ setu The Dare. Niektórzy narzekali, że momentami była zamuła. Tego nie wiem, bo te pół godziny, które tam byłem to była miazga. Świetna zabawa i dobry dobór utworów. Chciałem zostać dłużej, ale nie mogłem sobie odmówić show Flaming Lips. Widziałem ich w 2010 roku, był to jeden z najlepszych koncertów na którym byłem, dlatego postanowiłem sprawdzić formę Wayne’a Coyne’a. A ta była nieziemska. Gość ma jakieś ADHD. Co chwilę w ruchu, co chwilę z nowym gadżetem. Było wszystkiego dużo. Konfetti, wielkie dmuchane roboty, śpiewanie z kuli itd. No, ale muzycznie się obronili. Świetnie na żywo zabrzmiała płyta „Yoshimi Battles the Pink Robots„. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiło odegranie coveru Black Sabbath utwory „War Pigs„. Flaming Lips to jednak gwarancja rozrywki i dobrej muzyki. Mocno hajpowani Los Thutanaka nieco mnie znudzili, nie porwało mnie również HTRK, dlatego też wróciłem do domu by łapać siłę na kolejne dni festiwalu.

Dzień II

Sobotni dzień Offa na papierze wyglądał dla mnie najmniej atrakcyjnie. W przeciwieństwie do widowni, gdyż drugi dzień offa miał największą frekwencję i jako jedyny się wyprzedał. Powód dość prosty, artyści skierowani do młodszego widza, którym niestety albo stety już nie jestem. Po nocnym skurczu nogi nie miałem sił by pojawić się na występie mysłowickiego rapera Drabusheyka. Zobaczyłem natomiast Ludzi Wschodu wykonywający legendarną już płytę zespołu Siekiera „Nowa Aleksandria„. O tym jak ważna to jest płyta dla punk rocka to temat na osobny wpis, trzeba jednak przyznać, że projekt Ludzie Wschodu kapitalnie odegrał ten materiał. Dużym dla mnie zaskoczeniem okazała się polska grupa Mlecze, grająca lekki i przyjemny indie pop przy zachodzącym słońcu na Scenie Głównej. Ponownie przedłużyła mi się przerwa na nawodnienie w efekcie czego przegapiłem występ Chat Pile… Na szczęście nie zabrakło mnie na Scenie Leśnej, gdzie śpiewała francuska Oklou. Jej zeszłoroczna płyta „Choke Enough” to klimatyczny i przyjemny dla ucha materiał. Tak też było w Katowicach. 33-letnia artystka dała niepowtarzalny koncert, który przez wielu został uznany za jeden z najlepszych minionej edycji OFF Festivalu. Francuska trochę snuła się po scenie, trochę huśtała na huśtawce. Kamera jej towarzyszyła nieustanie, czego efektem telebimowy obraz przypominał teledysk. Miało to jednak klimat i na prawdę wciągało. Zawiódł mnie headliner jakim był duet raperów Yung Lean i Bladee. Było dużo ognia i dymu, ale też i autotune’a. Niestety nie jestem drainerem, dlatego też dużo ciekawszą opcją był występ pakistańskiego DAM. Muzyka żywiołowa, taneczna, orientalna wchodząca momentami w funk i disco. Ważne było także przesłanie, gdyż grupa opowiada o trudnym życiu w ich państwie. Wcześniej zamówiony Uber uniemożliwił mi pojawienie się na pozostałych koncertach.

Dzień III

Niedziela dzień święty na papierze zapowiadał się dla mnie najlepiej. Tym razem bez szaleństw pojawiłem się w Katowicach już o 16, by zobaczyć przełożoną z soboty grupę Wednesday. Pomimo bardzo wczesnej pory, amerykanie dali czadu. Słuchałem przed Offem zeszłorocznego „Bleeds” oraz „Rat Saw God” i są to dobre płtyt, ale na żywo zespół z Północnej Karoliny brzmi jeszcze bardziej efektownie. A wszystko za sprawą charyzmatycznej wokalistki Karly Hartzman, która robiła wszystko by nikt nie tęsknił za MJ Lendermanem. Rzucone na start „FUCK ICE AND FREE PALESTINE” już oddawało ducha tego koncertu. Tłum szalał przy „Wound Up Here (By Holdin On), „Townies” czy też „Reality TV Argument Bleeds„, nawet wczesna dość upalna pora nie przeszkadzała. Następnie sprawdziłem projekt Współgłosy, który zaangażował grupę niepełnosprawnych jako wokalistów do swojego projektu. Powiedzcie mi kiedy ostatni raz widzieliście by na jakimkolwiek festiwalu ludzie tańczyli walca? Taki to właśnie był występ! Było uroczo i zarazem chwytliwie. Było inaczej, a taki właśnie ma być OFF Festival. Wizyty na Scenie Eksperymentalnej dostarczyła mi kolejnego odkrycia. Mowa o grupie Getdown Services. Okazuje się, że Anglicy mają swoją własną wersję grupy Wczasy. Duet Ben Sadler i Josh Law przy perkusji z automatu i gitary dali niezwykle charyzmatyczny oraz humorystyczny występ. Chłopaki szybko pozbyli się odzieży i mocno spoceni mieli świetny ubaw z występu przed katowicką publicznością. Ileż było w tym polotu i finezji! Po powrocie do domu pierwsze co odpaliłem to właśnie ich ostatnią płytę. Nie zawiódł Johnny Marr (W odróżnieniu od foszastego Morriseya). Jeżeli komuś brakuje twórczości The Smiths, to powinien koniecznie zobaczyć na żywo Marra. Anglik był wręcz cudowny, a odegrane na żywo klasyki The Smiths „This Charming Man„, „There Is a Light That Never Goes Out” czy też „Please, Please, Please Let Me Get What I Want” tylko tą tezę udowadniają. Nie zabrakło również coverów z klasykiem od Iggy’ego Popa „The Passenger„. Zdziwiło mnie, że Marr nie był headlinerem Offa, ale w sumie konkurencja była mocno i to tylko pokazuje wysoki poziom tegorocznej edycji. Kolejnym moim odkryciem był występ Nu Genea. Ileż tam było dobrej zabawy na Scenie Leśnej (Ups, Sorry Scenie Orlen). Zespół świetnie odgrywał taneczne kawałki a trzy urocze Panie raczyły nas tańcem i śpiewem.

@paweuu.alternativ

Kilka migawek, kilka wspomnień z minionego Off Festivalu w Katowicach. To była jedna z lepszych edycji na jakich byłem! Headlinerzy nie zawiedli i poznałem wiele nowej, dobrej muzyki! Czekam z niecierpliwością na kolejną edycję. Pełna relacja na moim blogu: paweuu.com #off #offfestival #katowice #bladee #deafheaven

♬ Golden Hour – Balcony Sunrise

Osobny akapit należy zostawić dla najważniejszego zespołu całej imprezy. Dla mnie nim był Deafheaven. Grupa z San Francisco powróciła do Polski po dwóch latach, a na Offa po dwunastu. Do pory koncertu Offa, udało mi się zobaczyć ich na żywo tylko raz. I w dodatku jako support przed Knocked Loose. Czekałem jednak na coś intensywniejszego i dłuższego przede wszystkim. Na szczęście doczekałem się. Grupa akurat promuje swój zeszłoroczny krążek: „Lonely People With Power”. Dlatego też setlista składała się głównie z utworów z tej płyty takich jak: „Doberman„,”Magnolia” czy zagrana na końcu „Winona„. Nie zabrakło starszych utworów takich jak: „Sunbather„, „Brought to the Water” czy też już klasycznego „Dream House”. Powiedzieć, że był to najlepszy koncert tego festiwalu to jakby nic nie powiedzieć. Wiem, że mogę nie brzmieć obiektywnie, bo kocham George’a Clarke’a i spółkę ponad wszystkie zespoły. Jednak zwróćcie uwagę na ich brzmienie, które było wręcz perfekcyjne! Kolesie poza tym z ogromem energii i zaangażowaniem technicznie zmietli wszystkich. Świetny kontakt z publiką, która została z marszu porwana do skakania (do tej pory nie potrafię doczyścić butów z kurzu). No i dobór utworów. Jasne, brakowało mi czegoś z mojego ukochanego „Ordinary Corrupt Human Love„, ale nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza, że ich setlista zawsze będzie wąska z racji długości utworów. Nie mniej ten koncert zachwycał, porywał i wzruszał. Niby bardzo mocne brzmienie, ale jak bardzo przejmujące. Za to kocham Deafheaven. No i świetnie, że udało mi się dorwać chłopaków do wspólnej foty i podpisania płyty. Emocje były tak wielkie, że słuchając grającego na scenie Sunny Day Real Eastate jeszcze do siebie dochodziłem. A szkoda, bo to również był wybitny koncert. Niedziela była niesamowita!

Podsumowując, OFF Festival 2026 to jedna z lepszych edycji, którą udało mi się zobaczyć. Te koncerty, które chciałem zobaczyć nie zawiodły a przede wszystkim poznałem dużo nowej, świetnej muzyki a o to chyba w tej imprezie chodzi? Miło spędziłem czas na terenie festiwalu, spotkałem wielu starych znajomych i oddałem się muzycznym emocjom w pełni. Fajnie, że pojawiła się ta platforma z miejscami siedzącymi przy Scenie Głównej i spoko, że toalety już nie są zwykłym plastkiowym tojem. Mam nadzieję, że widzimy się za rok!

Gorący weekend w Zabrzu – relacja z Carbon Silesia Festival 2026

W minioną sobotę miałem okazję brać udział po raz piąty z rzędu w najlepszej imprezie z muzyką elektroniczną na śląsku. Mowa o Carbon Silesia Festival, który tradycyjnie miał miejsce w Sztolni Królowa Luiza w Zabrzu. Tym razem nie mogłem pojawić się na całej imprezie, ale poniżej dowiecie się jak wyglądał sobotni dzień festiwalu.

Klasycznie każdy Carbon rozpoczynam od spaceru po całym obiekcie, by zapoznać się z nowościami podczas imprezy. Tych w tym roku nie doświadczyłem, a nawet miałem wrażenie, że na uczestników imprezy czeka jakby mniej atrakcji niż zwykle. Wystawa sztuki skupiła się na prezentacji zdjęć ze poprzednich edycji festiwalu, uboższa wydawała mi się także strefa gastronomiczna i strefa drinków. Klasycznie nie mogłem się opędzić od „zachęcaczy” do Iqosów. Ciekawą za to inicjatywą jest scena Fresh Faces, która daje szansę pokazania się klubowym debiutantom.

O 20:30 pojawiłem się pod sceną główną by sprawdzić duet Newskin. Stojący za tym projektem Bartosz Utracki i Kamil Dąbrowski dali bardzo ciekawy i przyjemny występ. Zwłaszcza, że zadanie mieli trudne, gdyż grali o wczesnej porze, która nie sprzyjała na początku frekwencji. Jednak Ci, którzy się pojawili pod główną sceną z pewnością nie żałowali. Duet całkiem zgrabnie łączy muzykę elektroniczną z gitarową, co dawało momentami efekt przypominający muzykę nie odżałowanej grupy The Rapture. Generalnie, wydaje mi się, że dobrze by było, gdyby festiwal poszedł w tą stronę przy doborze artystów na główną scenę. Z całą pewnością projekt pokazujące coś więcej niż człowieka za konsoletą cieszyłyby się większym zaintersowaniem i dodały więcej kolorytu projektowi.

W końcu udało mi się sprawdzić duet Last Robots. Co prawda pojawiają się na każdym Carbonie oraz Snowfeście, w końcu członek tej grupy Igor Fleiszer jest organizatorem tych przedsięwzięć. Jednak przeważnie ich występ kończył imprezę, a nie zdarzyło mi się wytrwać dłużej niż do czwartej rano. Tym razem ich występ był przewidziany dość wcześnie na godzinę 21:30. Nie mogłem się rozgościć dłużej na Carnall Stage, gdyż o 22:00 swój występ rozpoczynał Skalpel. Wrocławski duet uchodzi za legendę polskiej sceny muzyki elektronicznej. Początek ich działalności to rok 2000, a cztery lata później podpisali kontrakt z brytyjską wytwórnią Ninja Tune (U nich nagrywali m.in. Bonobo, Dj Shadow czy też The Cinematic Orchestra). Miałem okazję usłyszeć parę, dobrych lat temu podczas OFF Festivalu, dlatego cieszyłem się na ponowne spotkanie, tym razem w Zabrzu. Był to dobry set, który zaciekawił zabrzańską publikę. Grali około godzinę, podczas której usłyszeliśmy downbeatowy i elektro-jazzowy klimat grupy. Już mnie nie dziwi, że ich występy to zawsze duże wydarzenie. Całkowicie na to zasłużyli.

23:30 to występ tegorocznego headlinera Jana Blomqvista. Słuchałem go zawzięcie przed Carbonem, dlatego też miałem dużo frajdy w wyłapywaniu utworów, które grał na żywo. Co prawda liczyłem na jakieś żywe instrumenty, ale w zamian dostałem wokal niemieckiego DJa. Jak było? Bawiłem się równie świetnie, jak na zeszłorocznym The Blaze. Jan Blomqvist zagrał cały, swój najlepszy materiał z skupieniem się na swoim zeszłorocznym albumie „Mute„. Najmniej czasu poświęciłem Jungle Stage, gdzie byłem dosłownie chwilę by sprawdzić duet Halogenix i SP:MC. Bardzo przyzwoicie zaprezentował się brytyjski DJ Demi Riquismo, który gra mocno taneczne klimaty. Jego też występem zakończyłem tegorocznego Carbona.

Carbon Silesia Festival ponownie udowodnił, że muzyka elektroniczna na Śląsku ma się dobrze. Co prawda, tegoroczna edycja wydawała mi się uboższa, niż poprzednia. Niemniej jest to festiwal o niespotykanym klimacie, który jest dopiero odkrywany przez ludzi. Z jednej strony cieszyłoby mnie, gdyby festiwal się ciągle rozwijał i zapraszał coraz lepsze nazwy. Z drugiej strony lubię ten industrialno-kameralny klimat. Chętnie pojawię się na tym festiwalu za rok, gdyż nie ukrywam jest to mój ulubiony festiwal w ostatnim czasie.