„Football Manager To Moje Życie”

Na swoje 32 urodziny otrzymałem od żony książkę „Football Manager To Moje Życie” napisaną przez Iaina Macintosha, Kenny’ego Millera oraz Neila White’a. To wspaniały prezent z dwóch powodów. Po pierwsze jestem ogromnym fanem gier z serii Football Managera i wcześniejszego Championship Managera. Nigdy nie pisałem o tym tutaj (o dziwo!), ale poświęciłem tej grze mnóstwo czasu. Jeżeli się zastanawialiście czemu nie ma tutaj żadnych publikacji od dłuższego czasu to tak, to winna tej paskudnej gry. Drugi powód to okrągła rocznica 20 lat, odkąd zacząłem grać w ten zabieracz czasu…

Szczerze powiedziawszy, do momentu przeczytania tej książki nie zdawałem sobie sprawy ile ludzi jest uzależnionych od tej gry. Ile wspaniałych karier zostało stworzonych i ile małżeństw przez tą grę zakończyło się przed wcześnie. W moim otoczeniu nie mam za wielu ludzi znających temat. Wielu z nich już przestało grać lub wolało znacznie popularniejszą FIFĘ lub PES-a. A przecież nie ma nic wspanialszego od wygrania Ligi Mistrzów U.S. Sassuolo, zdominowania Ligi Europy Cracovią Kraków czy też zdobycia Klubowych Mistrzostw Świata z poziomu każdego kontynentu na przestrzeni 15 lat. Wróćmy jednak do samej książki bo o moich wyczynach w FM jeszcze zdążycie przeczytać niebawem.

Książka ukazała się w 2012 roku w Wielkiej Brytanii, do Polski przywędrowała dopiero rok temu a tłumaczeniem zajął się znany dziennikarz sportowy z Weszło Leszek Milewski. Trochę szkoda, że droga tej książki na nasz rynek była taka długa. Wiele anegdot i historii związanych z samą grą tyczy się lat 90 i wczesnych 2000, dlatego każdy kto szuka czegoś ciekawego o nowszych wersjach może być zawiedziony. Z drugiej strony to dobrze, bo książka rozdziela weteranów tej gry od żółtodziobów. Jeżeli nie znasz Marcina Harsimowicza, Taribo Westa, Freddy’ego Adu, Mateji Keżmana czy też polskiej trójki z Sparty Sarpsborg to nie wiesz czym jest piękno tej gry 😉

Sama książka ma ciekawą formułę zlepku różnych wywiadów, artykułów, postów z forum oraz anegdot. Poznamy dzięki niej same początki powstania gry, które sięgają końca lat 80! Bracia Paul i Olivier Collyer opowiadają jak wyglądały początki prac nad grą, jak zmienił się sam CM, a później FM na przestrzeni lat i jak od pracy dwójki braci rozrosło się to w ogromną siatkę ludzi na całym świecie. W wywiadzie autora z doktorem psychologii Simonem Moorem dowiadujemy się, że wszelakie objawy uzależnienia od gry nie są w zasadzie groźne ani tym bardziej dziwne. Nie mniej nigdy nie zdarzyło mi się wystroić w garnitur na ważny mecz w FM-ie, ale byłem świadkiem dziwnych wydarzeń związanych z grą a i sam miałem dziwne poczucie dobrze zrobionej roboty, gdy w realu okazało się, że moje odkrycia piłkarskie robią dobrą robotę.

W dalszej części książki przechodzimy w Świat fantazji stworzonej przez grę. Iain Macintosh pokrótce zdaje relacje z swojej kariery w CM 01/02, gdzie AS Roma jest dominatorem w Serie A i Lidze Mistrzów a Ronaldinho robi karierę w Liverpoolu. Podobny artykuł otrzymujemy od Leszka Milewskiego, który analizuje jak gra stworzyła Świat po 100 latach symulacji. Okazało się, że mundial 2022 wygrała Polska (Także piosenka „Już za cztery lata…” mocno się deaktualizuje) a Ligę Mistrzów z Polskich drużyn zdobył… Chemik Bydgoszcz. Gra FM zawsze słynęła z mocnej fantazji, u mnie Euro 2012 wygrała Polska po finale z Rosją, Mundial 2026 zdobyło Wybrzeże Kości Słoniowej a Anglia dwukrotnie wygrała tą imprezę w 2014 i 2018… Nie ma tutaj rzeczy niemożliwych.

Skoro tyle tutaj bzdurnych scenariuszy to dlaczego tyle ludzi się nią pasjonuje? O tym więcej dowiemy się w dalszej części książki. Przede wszystkim zdumiewa baza wyszukiwania młodocianych talentów. Setki ludzi chodzących po klubach i obserwujących zawodników zrobiło świetną robotą, z której korzystają nie raz prawdziwi piłkarscy trenerzy. Skauci z całego świata opisują swoją przygodą z grą i jakie prawdziwe talenty udało im się odkryć. Jak myślicie, kto pierwszy zobaczył potencjał w Lewandowskim, Messim czy też Ronaldo? Oczywiście wiele z talentów z gry nigdy nie zrobiło wielkiej kariery, jednak nie wszystko można przewidzieć w 100 procentach. I tutaj pojawia się ciekawy moment, gdy dostajemy wywiady z „talentami z gry”, które w rzeczywistości się zrobiły wielkiej kariery. I tak oto m.in. Cherno Samba, Freddy Adu, Mark Kerr czy też Tonton Zola Moukoko opowiadają jak to ścigali ich fani gry, rozdawali autografy lub byli świadkami dziwnych spotkań z graczami dla których byli bogami… Swoją drogą pozdrawiam Erica Mathoho, dzięki któremu wygrywałem Ligę Mistrzów z takimi drużynami jak Stade Rennes, Sassuolo czy też Sporting Lizbona. Szkoda tylko, że nie pomogłeś mi w sukcesach z Cracovią…

W książce znajdziemy także wiele anegdot samych graczy, którzy opowiadają jak zmieniło się ich życie dzięki grze. Są tutaj zarówno pozytywne jak i negatywne historię. Jednym gra przyniosła sukces w postaci zdobycia pracy w klubie piłkarskim, innym rozwód albo kontuzję. Anegdoty są opisane kategoriami: stalking, relacje, lata szkolne, FM w podróży, FM zmienił moje życie oraz FM zrujnował moje życie. Myślę, że w tym miejscu każdy maniak tej gry odnajdzie pocieszenie, że ktoś jest jednak większym świrem… Są także polskie anegdoty m.in. od Jerzego Engela czy też Przemysława Rudzkiego. Generalnie dużym plusem książki jest fakt, że porusza także polską stronę gry. Znajdziemy tutaj wywiad z Mateuszem Gietzem, który odpowiada za polską bazę gry oraz rozmowę z samym Marcinem Harsimowiczem, który w CM 01/02 jest królem, dzięki temu, że sam sobie wpisał takie parametry jako skaut…

Football Manager To Moje Życie” to przede wszystkim lektura obowiązkowa dla wszystkich graczy tej serii. W innym przypadku wydaje mi się, że nie spełni ona roli ciekawej lektury. Zwłaszcza, że dla mnie jako gracza była momentami zbyt powtarzająca się i nudna. Konkretnie chodzi mi o część fabularyzowanej rozgrywki przez Macintosha w trzecioligowym klubie niemieckim Heidenheim czy też anegdot, które w zasadzie się powtarzały tylko dotyczyły innych klubów czy też piłkarzy. Nie mniej całkiem możliwe, że dzięki tej książce wciągnięcie się w samą grę. Sama formuła książki sprawia, że czyta się ją szybko i sprawnie. Dla mnie to była udana lektura poza paroma elementami, które zawsze można pominąć bez utraty głównego wątku. A ten mówi, że gra Football Manager to zajebista rzecz!

Wybudzenie z zimowego snu – przegląd muzyczny z pierwszego kwartału roku

Co tu dużo gadać, nie rozpieszczałem was w ostatnim czasie zbyt dużą ilości publikacji. Jednakże skoro mamy coraz więcej słońca a pogoda staje się coraz to cieplejsza to pora wybudzić się z zimowego snu. Na pierwszy rzut przegląd płyt, które słuchałem minionej zimy.

Slowthai – TYRON. Zdecydowanie najlepsza pozycja jaką słuchałem w minionym kwartale. To wspaniale słyszeć jak Brytyjski raper się rozwija. Co prawda już wcześniejsze „Nothing Great About Britain” było pozycją nietuzinkową, jednak „TYRON” w moim odczuciu jest płytą znacznie lepszą. Nowocześniejsze brzmienie, świetna produkcja, udane występy gościnne (Skepta, James Blake, A$AP Rock) oraz sam Slowthai, który wydaje się dojrzalszy i odważniej depczący po rynku muzycznym. Wystarczy się wsłuchać w genialne „feel away”, by doświadczyć, że obcujemy z rzeczą wielką. „MAZZA„, „terms” czy też „DEAD” udowadniają, że Brytyjczyk idealnie wpisuje się w współczesne rapowe trendy. Co więcej muzyk potrafi też w teledyski. Zobaczcie tylko creepy klip do „feel away” czy też wspaniałe nawiązania do kinomatografii w „CANCELLED„. Sam raper podzielił płytę na dwie części. Pierwsza, pisana dużą czcionką jest bardziej rapowa. Druga, pisana małą czcionką to więcej eksperymentów z innymi gatunkami i znacznie lżejsze brzmienie. Całość jednak daje wspaniały efekt. Widzimy się wysoko w podsumowaniu rocznym. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Wild Pink – A Billion Little Lights. Wild Pink to zespół, których powstał w 2015 roku w dzielnicach Brooklyna i Queens Nowego Jorku. I to jest już zadziwiające, gdyż po pierwszych odsłuchach „A Billion Little Lights” myślałem, że to zespół z jakiejś małej mieściny z centrum kraju, ewentualni Kanady. Dream popowe brzmienie zahaczające o folk zmyliło mnie, gdyż Nowy Jork zawsze bardziej kojarzył mi się z surowym i takim czarno-białym podejściem do muzyki. Jak widać i w tym mieście potrafią bujać w obłokach, bo ta płyta jest jak bujanie w obłokach. Słuchając „A Billion Little Lights” czujemy się jak na wakacjach na wsi. Jest ciepło, leniwie, blisko natury, spokojne i trochę nudno, ale to akurat dobrze. Czasami dobrze jest wyłączyć się na wydarzenia ze świata i odpalić sobie taką płytę. Dobry restart dla umysłu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cassandra Jenkins – An Overview on Phenomenal Nature. Kolejna pozycja z nowojorskiego Brooklynu i kolejna poruszająca brzmieniem piękno świata. Już tytuł tej płyty mówi wprost o czym ta płyta jest. Niestety nie przemówiła ona tak mocno do mnie jak do redakcji Pitchforka. Mimo, że Pani Jenkins prowadzi świetne monologi i bardzo ładnie łączy elementy jazzu z indie-popem to dla mnie zbyt często jest przekraczana pewna granica, która odróżnia muzykę ambitną od tej, która tylko chce być ambitna. Generalnie nie jest źle, ale nie jest to typ muzyki, której chce teraz słuchać. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Przyznam, że po pierwszym odsłuchu tej płyty byłem rozczarowany. W sumie to nic dziwnego, bo czego się spodziewać po takim albumie jakim był fenomenalny „Norman Fucking Rockwell!”? To w końcu najlepsza płyta artystki i mój absolutny numer jeden roku 2019. Ta całkowicie normalna i naturalna reakcja zmieniła się po kolejnych odsłuchach. Tej płycie trzeba dać czas zrozumieć, że mamy rok 2021 a nie 2019 by spojrzeć na nią z innej strony. Lana Del Rey to wciąż cudowna wokalistka, która cieszy moje uszy i duszę. Być może najnowsza płyta nie powtarza sukcesu poprzedniczki, ale to świetny zestaw piosenek, który pozostanie ze mną na długo. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Playboi Carti – Whole Lotta Red. W muzycznym podsumowaniu za rok 2017 otrzymał ode mnie naklejkę z napisem „nadzieja amerykańskiego rapu”. Minęły trzy lata a raper z Atlanty udowadnia, że wciąż ma ogromny potencjał. Trochę szkoda, że nie przerodziło się w coś więcej. Nie mniej Tylerowi też zajęło trochę czasu by stać się rapowym wyjadaczem. Póki co na „Whole Lotta Red” słyszymy wszelkie zasady jakimi powinien sie kierować każdy sequel, czyli – „WSZYSTKIEGO WIĘCEJ”. Czy to dobrze? Nie wiem, może i tak bo ludzie wciąż chcą słuchać takiego rapu. W moim przypadku tego typu plastikowe beaty i wszędobylski auto-tune stają się coraz bardziej irytujące. Nie zrozumcie mnie źle, bo słuchanie tej płyty przynosiło mi wiele frajdy. Jednak czuje już w kościach, że kolejny tego typu krążek nie spotka się z moją akrobatą. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cloud Nothings – The Shadow I Remember. Chyba nie myśleliście, że nie sprawdzę najnowszej płyty chłopaków z Cleveland będąc ogromnym fanem ich wcześniejszej twórczości? Takie krążki jak „Attack On Memory„, „Here And Nowhere Else” czy też nagrane na spółkę z Wavves „No Life For Me” na stałe wpisały się do mojego osobistego panteonu „CZADERSKIEJ MUZYKI” (określenie to kolejny oryginalny pomysł mojej żony). Niestety nie mogę tego powiedzieć o najnowszej propozycji Dylana Baldiego i ekpiy. Co prawda „The Shadow I Remember” to przyzwoity krążek, który pokazuje, że Cloud Nothings wciąż potrafią doskonale w Lo-Fi. Jednak dla mnie jest on zbytnio przewidywalny, wtórny, trochę za grzeczny by nie mówić nudny. Przesłuchałem kilka razy, jest OK, jednak nie na tyle by wracać do niego po latach. Jednak by nie zniechęcać powiem na koniec, że to wciąż dobra muzyka. Po prostu jako ich ogromny fan, wymagam od nich nieco więcej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

10 Najlepszych Seriali Minionej Dekady

Oto moja subiektywna lista 10 najlepszych produkcji telewizyjnych z lat 2011-2020. W grę nie wchodzą seriale, które zaczęły być transmitowane w latach wcześniejszych jak chociażby „Breaking Bad„, który powstał w 2008 roku czy też „The Walking Dead„, który został transmitowany w 2010 roku.

Artyści (2016, tw. Monika Strzępka, Paweł Demirski). Na początek jedyna polska produkcja na mojej liście. Co prawda w ostatnich latach było kilka ciekawych rodzimych pozycji serialowych jak np. „Wataha„, „Belfer„, „Kruk. Szepty słychać po zmroku” czy też „Ślepnąc od świateł„. Ja jednak chciałbym wyróżnić produkcję Telewizji Polskiej, które stworzyło dzieło unikatowe. „Artyści” to historia Marcina Koniecznego, który zostaje nowym dyrektorem Teatru Popularnego w Warszawie. Postaci odgrywanej przez Marcina Czarnika przyjdzie przejść przez wiele trudności w pracy w nowym miejscu. Zaczynając od trudnych osobowości aktorów, poprzez urzędników, recenzentów, pracowników teatru a kończąc na duchach mieszkających w teatrze. „Artyści” to przede wszystkim ciekawa i dobrze opowiedziana historia, ukazana w nietuzinkowy i klimatyczny sposób. Aktorzy dają radę odgrywając zróżnicowany wachlarz ludzkich osobowości a specyficzny klimat starego teatru odczujemy na własnej skórze tuż przed telewizorem.

Czarnobyl / Chernobyl (2019, tw. Craig Mazin). Całkiem możliwe, że to najlepszy serial z wymienionych na liście. Produkcja HBO ponownie zabiera widza w lata 80. Z tym, że w te mniej kolorowe i sentymentalne. Mamy w końcu 1986 rok w bloku wschodnim, gdzie przez zaniedbania dochodzi do prawdopodobnie największej katastrofy ekologicznej wywołanej przez człowieka. „Czarnobyl” nie bawi się tutaj w superbohaterskie kino czy też w katastroficzne widowisko w stylu Emmericha. Bardziej przypomina dokument, który z dystansem przedstawia kolejne kulisy tej tragedii. Każdy z 6 odcinków skupia się na innej stronie awarii w elektrowni atomowej. Ukazuje on dramatyczne następstwa wybuchu, pracę strażaków i efekt przebywania w napromieniowanym miejscu, heroiczną pracę wykonaną przez górników, smutny wątek odstrzału napromieniowanych zwierząt oraz kulisy procesu skazującego winnych dramatu. To zdecydowanie najlepsza produkcja omawiająca temat Czernobyla.

Czarne Lustro / Black Mirror (2011, reż. Charlie Brooker). Dzieło stworzone przez brytyjskie BBC, jest już niemal legendą. „Czarne Lustro” to serial w którym każdy odcinek opowiada odmienną historię. Mianownikiem łączącym każdy z epizodów jest fakt, że ukazuje on człowieka w przyszłości, gdzie będą towarzyszyć różnego rodzaju nowinki techniczne czy też społeczne. Co tu dużo mówić? Większość z odcinków „Czarnego Lustra” to arcydzieła małego ekranu. Wciągające, szokujące, wstrząsające a czasami rozczulające i bawiące historię to żywy komentarza na to jak zmiany technologiczne wpływają na nasze życie. Najlepszy odcinek? Nie jestem w stanie wymienić. W tym serialu zawarto tyle ciekawych pomysłów na przyszłość, że strach myśleć, który z nich stanie się wpierw rzeczywistością. Ba, niektóre elementy już zaczęły się dziać. Zwłaszcza miniony rok pokazał, że żyjemy w czarnym lustrze…

Detektyw / True Detective (2014, tw. Nick Pizzolatto). Na początku zaznaczę, że nominacja dotyczy wyłącznie pierwszego sezonu serialu. Detektyw opowiada historię policyjnego śledztwa w sprawie morderstwa dokonanego na kobiecie. Co więcej historia toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, gdyż detektyw Rust Cohle (genialna kreacja Matthew McConaughey’a) w przesłuchaniu policyjnym odwołuje się do wydarzeń z przeszłości. Główne atut tej produkcji to fenomenalny klimat Luizjany z lat 90. Jest mrocznie, tajemniczo i możemy się spodziewać całej gammy symboli zawartych w tym serialu. Historia wciąga a dwójka głównych bohaterów to przykład bezbłędnej interpretacji swoich bohaterów. Szkoda, że drugi sezon całkowicie zawiódł a trzeci nie wskoczył na genialny poziom jedynki…

Gra o Tron / Games of Throne (2011-2019, tw. David Benioff / D.B. Weiss). „Gra o Tron” to prawdopodobnie najgłośniejsza i najpopularniejsza produkcja ostatnich lat. Dlatego też ciężko było nie umieścić jej na mojej liście (aczkolwiek pierwotnie jej tutaj nie było :3). Jeżeli jakimś cudem nie słyszeliście o ów serialu to pokrótce kilka słów co to jest. Serial Benioffa i Weissa to adaptacja książki Georgea R.R. Martina „Pieśn Lodu i Ognia„. Akcja toczy się w krainie Westeros, gdzie kilka rodów walczy o tytułowy żelazny tron. Pierwsze sezony ów dzieła to idealny przykład jak trzymać w niepewności widza. Główni bohaterowie giną gęsto, często i niespodziewanie! Co więcej akcja jest wartka, sporo tutaj cliffhangerów, intryg oraz fabularnych zwrotów. Przy tym serialu nie można się nudzić… niestety tylko do czasu. Serial miał jeden poważny problem – czasowo przegonił wydarzenia z książki, którą Martin dopiero tworzył. Z powodu braku materiału źródłowego końcówka została pośpiesznie zakończona, i to w fatalnym stylu… Jednak do okolic 4-5 sezonu jest to dzieło wybitne.

Kalifat (2020, tw. Wilhelm Behrman). Szwedzki serial z minionego roku to głośny thriller/dramat, który opowiada o problemie terroryzmu ISIS ukazanym przez pryzmat dwóch światów. Pierwszy z nich to Szwecja – nowoczesne, europejskie państwo gościnne dla cudzoziemców zmaga się z problemem wywożeniem z kraju młodych kobiet do Syrii oraz przenikaniu terrorystów do umysłów młodych ludzi. W tym miejscu poznajemy Sulle, jej młodszą siostrę Lishę oraz koleżankę Kerimę. Młode dziewczyny podatne na wpływ Ibbe pragną walczyć za muzułmańską wiarę i wyjechać do Syrii. Z drugiej strony widzimy opętane wojną Syrię, gdzie mieszka młode małżeństwo Pervin i Husama. Ona pragnie za wszelką cenę wrócić do Szwecji, gdzie kiedyś mieszkała. On natomiast siedzi po uszy w jednostce planującej akcje terrorystyczne. Główną zaletą serialu jest fakt, że trzyma cały czas w napięciu. Obie historie wciągają nas na tyle, że chcemy koniecznie zobaczyć następny odcinek. Poza tym czy jakaś inna produkcja ukazywała problem terroryzmu przez pryzmat zwykłych ludzkich problemów?

Ostatni Taniec / The Last Dance (2020, reż. Jason Hehir). Są trzy powody by zobaczyć ten serial. Po pierwsze Michael Jordan. Po drugie Scottie Pippen. A po trzecie Denis Rodman. Któż z nas w młodości nie chciałby być jednym z nich na placu? Ewentualnie kimś z ekipy Los Angeles Lakers. Lata 90 to przede wszystkim koszykówka w wykonaniu Chicago Bulls! Żaden inny serial nie pokaże wam tak dobrze ducha tamtych czasów i powodów dla których MJ stał się legendą sportu. „Ostatni Taniec” to przede wszystkim historia ostatniego mistrzowskiego sezonu byków, a także droga na szczyt Jordana i Chicago Bulls. To 10 odcinków po których zapragniecie znowu założyć swoją koszykarską czapkę z daszkiem i porzucać do kosza.

Rick i Morty / Rick and Morty (2013, tw. Dan Harmon). Jedyna animacja na liście pokazuje, że tego typu produkcje wciąż mają sens. „Rick i Morty” to historia przygód dziadka-szalonego naukowcy Ricka wraz ze swoim nieco niezdarnym wnukiem Mortym. Dwójka głównych bohaterów wędruje głównie po rożnych galaktykach w celu przeżywania przygód. Dan Harmon jedzie tutaj po bandzie pokazując bohaterów od najgorszej strony. Nie zabraknie wulgaryzmów, seksu, przemocy, gore oraz nieziemsko szalonych przygód. Legendarny stał się zwłaszcza odcinek z ogórkiem. Odnajdziemy tutaj wiele nawiązań do kultury i kinematografii, a serial potrafi dać w kość swoimi nieszablonowymi rozwiązaniami.

Stranger Things (2016, tw. Matt Duffer). Stranger Things opowiada historię grupy przyjaciół z małego miasteczka Hawkins, którzy poszukują zaginionego kolegi. Co więcej w miasteczku nie dzieje się najlepiej, gdyż coraz więcej ludzi ginie bez śladu a wszystko wskazuje, że ma to związek z eksperymentami dokonywanymi w pobliskiej elektrowni. „Stranger Things” to genialny serial (pierwszy sezon!) z kilku powodów. Po pierwsze idealnie łączy kino familijno-przygodowe z horrorem. Przygody młodocianych bohaterów świetnie się przecinają z grozą i tajemnicą zawartą w serialu. Po drugie Matt Duffer idealnie rozczula widza przypominając mu dzieciństwo. Akcja toczy się w latach 80, dlatego też nie zabraknie wielu sentymentalnych momentów przypominających tamta epokę. Co więcej twórca serialu czerpie pełnymi garściami z produkcji z lat 80, takich jak „Stand By Me” czy też „Goonies„. Kolejny powód dla którego powinniśmy się zdecydować na seans „Stranger Things” (Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście tego serialu) to klimatyczna muzyka oraz świetny dobór aktorów. Pomijając świetnie odegrane role główne przez aktorski narybek warto zwrócić uwagę na Davida Harboura odgrywającego rolę lokalnego szeryfa, Dacrego Mongomery’ego wcielającego się w Billy’ego czy też Winonę Ryder, która przypomniała o sobie w godny sposób. Czy są mankamenty tego widowiska? Standardowe. Każdy kolejny sezon jest niestety coraz słabszy…

Zadzwoń do Saula / Better Call Saul (2015, tw. Vince Gilligan). Zacznę od niezbyt mile widzianej, ale zyskującej na popularności opinii, że ten serial jest lepszy od ‚Breaking Bad„. Zwłaszcza po ostatnim sezonie akcje serialu poszybowały w górę. Dlaczego wspominam o BB? Otóż „Better Call Saul” to prequel wydarzeń znanych z serialu o przygodach Waltera White’a. Skupia się on głównie na prawniku Jimmy McGillu, który w BB znany jest jako Saul Goodman. Początkowe odcinki opowiadają o jego trudnej relacji z starszym bratem – Chuck’em, który jest szanowanym i niemalże legendarnym prawnikiem. W dalszej części serial skupia się na przemianie Jimmy’ego w Saula i jego relacji z Kim Wexler. Ponadto pojawiają się tutaj wątki mafijne, gdzie ponownie prym wiedzie charakterystyczny właściciel restauracji serwującej kurczaki – Gustavo Fring a także poznajemy historię Mike’a Ehrmantrauta. Dla fana „Breaking Bad” będzie to ponowne wrócenie do tamtego nieco surrealistycznego świata stworzonego przez Vince’a Gilligana i zobaczenie tych samych twarzy. Natomiast jeżeli ktoś wcześniej nie widział BB, to równie będzie zadowolony, gdyż to wciągająca historia, która momentami wzrusza a momentami śmieszy.