Wakacyjny przegląd płyt – Co było słuchane w ostatnim czasie?

Niestety wiosenny przegląd nie doczekał się publikacji, dlatego też płyty z maja i czerwca łączą swoje siły z tymi z lipca i sierpnia. W ten o to sposób powstaje Kapitan Recenzja, który zbiera te wszystkie krążki w jeden post. Mam nadzieje, że zainspiruje Was do przesłuchania czegoś ciekawego.

Car Seat Headrest – The Scholars. Poczynania indie rockowej grupy z Leesburg w stanie Virginia sprawdzam nieustanie od 2016 roku, czyli od momentu wydania kapitalnego „Teens of Denial„. Po drodze był równie wyborny „Twin Fantasy„, a ostatni ich krążek to „Making a Door Less Open” z 2020 roku. Teraz wrócili po pięciu latach przerwy z „The Scholars„. I jak jest tym razem? Przyznam, że dość przeciętnie. Przesłuchałem ten krążek kilka razy w okolicach maja i do końca lata niestety zdążyłem o nim już zapomnieć. W zasadzie nie wiem czemu, gdyż robiąc ponowny odsłuch w sierpniu całość wydała mi sie dość zgrabnie nagrana. Will Toledo postawił na bardziej melodyjną odmianę indie rocka, bo już otwierający całość CCF (I’m Gonna Stay With You) zachwyca melodyjnością oraz linią syntezatora. „Devereaux” to z kolei podniosły i wpadający w ucho refren, który niebezpiecznie krąży wokół muzyki country. „The Catastrophe (Good Luck With That, Man)” chyba został stworzony świeżo po przesłuchaniu jakiejkolwiek płyty Wavves a „Gethsemane” to prawdziwy wulkan energii, ponowie bawiący się z klawiszami. Nie brakuje ponownie na płycie utworów nie zdrowo długich, największym takim potworem jest „Planet Desperation„, który trwa prawie tyle co odcinek serialu komediowego (18 minut). Materiał na „The Scholars” jest OK, ale już się przekonałem, że nie jest to płyta, którą bedzie się pamiętało latami. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Kali Uchis – Sincerely. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Taka idea na pewno przyświeca Kali Uchis. Po wydaniu świetnego albumu „Red Moon in Venus” w 2023 roku oraz jeszcze lepszego, latynoskiego „Orquideas” rok później, artystka ponownie nie czekała długo z wydaniem nowego materiału. I tak o to 9 maja nakładem legendarnego Capitol Records ukazał się jej piąty długograj pt. „Sincerely„. Całość zaczyna się mocno nastrojowo dzięki chwytliwym balladom „Heaven is a Home...” oraz „Sugar! Honey! Love!”. I w zasadzie ten nieśpieszny, klubowy klimat utrzymuje się tutaj przez cały czas trwania płyty. Nie ma tutaj mocnych, radiowych bangerów, bo nawet single „Sunshine & Rain…” czy też „All I Can Say” ciężko takimi nazwać. Pomimo tego płyta została przyjęta ciepło zarówno przez słuchaczy jak i recenzentów. 2 miejsce na liście billboard już o czymś świadczy. Dla mnie jednak najważniejsza jest zawartość, a ta jest ponownie wyborna. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Kukon / @atutowy – Pauza. Jakub Konopka, zwany Kukonem to gość, który w rapie zrobił już sporo. 12 krążków nagranych od 2018 roku robi wrażenie. Jednak obecnie w polskim hip-hopie, każdy nagrywa już kilka razy do roku coś nowego. Poza tym ilość nie zawsze przekłada się na jakość. „Pauza” na pierwszy rzut ucha wydaje się być solidnym, rapowym materiałem. Kukon pomimo młodego wieku (29 lat na karku) rzuca przemyślenia i mądrości życiowe niczym 50 latek. Muzycznie także album daje radę, gdyż produkcja jest różnorodna. Słuchałem „Pauzy” w momencie premiery i teraz wróciłem po paru miesiącach przerwy. Wciąż uważam, że Kukon mądrze mówi, ale nie sądzę, by ten materiał zapisał się na trwałe w historii polskiego rapu. Brakuje także bangerów, które mogłyby przynajmniej na ten album nakierować. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Billy Woods – GOLLIWOG. Dziewiąty studyjny album amerykańskiego rapera to prawdziwy oldschool. Nie znajdziecie tutaj trapowych beatów, wokali z auto-tunem, ani także popularnych nazwisk jako gościnne występy. W zamian otrzymujemy typową nawijkę niczym z lat 90, totalnie nie melodyjne podkłady i skrzypiący, mglisty i zakurzony klimat. Przyznam szczerze, że słuchanie tej płyty to prawdziwy test dla fanów gatunku. W szczególności, kiedy raper urodzony w stolicy rymuje do dziwnych dźwięków płaczu. Niby człowiek słyszał już wszystko, ale chyba nie. Doceniam podejście do tematu w starym stylu, ale „GOLLIWOG” to nie jest moja bajka. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Water From Your Eyes – It’s a Beautiful Place. Water From Your Eyes to indie rockowy zespół, który powstał w Chicago, a obecnie przebywa w Nowym Jorku. Pomimo tego, że „It’s a Beautiful Place” to ich siódmy album, który powstał na przestrzeni ośmiu lat to jest to mój pierwszy kontakt z amerykanami. Głównie za sprawą rekomendacji, zawsze dobrze zorientowanego portalu Pitchfork. Generalnie nie zawsze zgadzam się z ich ocenami, jednak albumy, które polecają przeważnie trzymają mocny poziom. Tak, jest i w tym przypadku. Może, nie jest to do końca rodzaj muzyki, który mógłbym chłonąć całymi dniami. Jednakże cieszy fakt, że indie rock potrafi jeszcze zaprezentować coś oryginalnego. Materiał na „It’s a Beautiful Place” to świeży powiew muzyki gitarowej, który jest zbudowany na dość nieoczekiwanych rozwiązaniach. Charakterystyczna linia tempa, gitarowe riffy przywołujące klasyki z lat 90 z The Smashing Pumpkins na czele, wyciszony wokal odwołujący się do shoegaze’owych legend oraz dobra energia to skrótowy opis najnowszego dzieła od Water From Your Eyes. Za pierwszym razem mnie nie przekonali, przy drugim odsłuchu było lepiej, trzeci z kolei był już objawieniem. A to wszystko w ciągu 90 minut, bo całość trwa zaledwie 29 minut i 11 sekund. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

No Joy – Bugland. Pierwsze odsłuchy świata robaków nie dawały większych nadziei, że jeszcze do tej płyty wrócę. Wróciłem, tylko po to by się upewnić i okazało, że się mylę. Za każdym kolejnym odsłuchem odnajduję w tym materiale coś nowego i ciekawego. I teraz mogę oficjalnie powiedzieć, że ten materiał lawirujący pomiędzy shoegaze a dream popem to w sumie bardzo dobra i innowacyjna płyta. Kanadyjski band to w sumie nie takie nowicjusze. Na muzycznym rynku istnieją od 2009 roku i w tym czasie zdążyli wydać pięć albumów. Co prawda, poprzednie cztery krążki nie zyskały większego rozgłosu, nawet w niezalowej niszy. Jednak „Bugland” robi robotę i zasłużenie jest wysoko oceniany. „Bugland” to krótki materiał, bo trwający zaledwie 33 minuty i 42 sekundy. Jednak w tym czasie kanadyjskie trio potrafiło zahaczyć o takie gatunki jak: dream-pop, noise rock, jazz, shoegaze, muzykę elektroniczną czy też indie-rock. Myślę, że warto znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Człowiek i jego gitara – recenzja albumu „Guitar” Maca DeMarco

Kanadyjski muzyk, Mac DeMarco powrócił ze swoim najnowszym, szóstym albumem o wszystko mówiącym tytule „Guitar„. To, że na łamach bloga wielbię „Pepperoni Playboya” wiecie między innymi z recenzji takich płyt jak „2„, „Salad Days” czy też „This Old Dog„. Jego ostatni krążek zatytułowany „Five Easy Hot Dogs” ukazał się stosunkowo niedawno, bo dwa lata temu. Niemniej jednak zawsze dobrze jest usłyszeć coś nowego od tego Pana.

Już od pewnego czasu, a w zasadzie ukazania się „This Old Dog” w 2017 roku słychać pewną zmianę w twórczości artysty, która postępuje na każdym kolejnym jego krążku. Mowa o prostocie twórczości. Tegoroczny „Guitar” jest tego konsekwencją. Krótki, zwięzły materiał trwający zaledwie 30 minut to zestaw 12 utworów. Nieśpieszne tempo, utwory oparte głównie na brzmieniu gitary i wokalu wąsatego Kanadyjczyka, linia basu i perkusji brzmiąca w każdym utworze identycznie, nostalgiczne teksty – to w małym streszczeniu najnowsze dzieło Maca DeMarco. Co prawda, Kanadyjczyk od początku śpiewał o prostych i bliskich mu rzeczach, jak ulubione papierosy czy też ulubiony typ kobiety jednak na tym albumie brzmi jest to jeszcze bardziej widoczne.

Wystarczy odpalić jego ostatnie teledyski do singli z „Guitar” by zrozumieć o czym mówię. Te utwory brzmią tak jakby po leśnej wyprawie z psem czy też łowieniu ryb w kajaku, wrócić do domu, złapać gitarę i zaśpiewać swoje przemyślenia z tego dnia. Doskonale rozumiem ten schemat, gdyż sam przeszedłem podobną drogę i teraz jako mieszkaniec wiejskich terenów doceniam bardziej otaczające mnie krajobrazy. Nie jest to już ta sama efektowna, bardziej przebojowa muzyka jak chociażby utwory z debiutu czy też „Salad Days„. Jednak trudno odmówić uroku w prostocie takich utworów jak: „Holy” czy też „Home„.

Słychać na tej płycie wiele też niepewności i lęków artysty. Miał on w planach nagrania innej płyty o tytule „Hear The Music„, jednak doświadczenia personalne zmusiły go do stworzenia czegoś zupełnie innego. Uwielbiam tego gościa i rozumiem, dlaczego stworzył taką płytę. Niemniej dostrzegam także fakt, że nie są to utwory, które zostaną ze mną na lata. Całość wydaje się zbyt bezpieczna i podobna do siebie. Jednym słowem, nie jest to wielka płyta. No, ale nigdy nią nie miała być. Mac DeMarco po prostu dał znać, co tam mu obecnie w duszy gra. Warto sprawdzić i trochę wyluzować. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Jeszcze bardziej wakacyjna płyta tego roku – recenzja albumu „DON’T TAP THE GLASS” Tylera, The Creator

Ponad miesiąc temu rozpisywałem się na temat jednej z najbardziej wakacyjnych płyt tego roku – „Spun” od Wavves. I pomimo tego, że wciąż jestem mega fanem grupy z San Diego, to tego lata słuchałem częściej innego krążka. Chodzi o kapitalne „DON’T TAP THE GLASS” od Tylera, które miało swoją premierę 21 lipca i z miejsca stało się hitem.

Wystarczy wsłuchać się w takie utwory jak: „Sucka Free„, „Sugar On My Tongue” czy też „Ring Ring Ring” by wyłapać ten letni vibe, który otacza dziewiąty w dorobku album Pana Okonmy. Zamysł Tylera, był prosty – stworzyć płytę taneczną. I można powiedzieć, że momentami mu się to udało. Gdyż, wspomniane utwory mogą porwać do tańca. Jednak nie całość, gdyż Tyler postawił bardziej na głośne przestery, aniżeli groove czy też swing. Dobrym tego przykładem jest tytułowe „Don’t Tap The Glass/Tweakin’„. Ogólnie beaty brzmią świeżo i jest tutaj sporo retromani i lat 80. Te drobne szczegóły potrafią nam przypomnieć twórczość chociażby N.W.A. czy też LL Cool J.

Sam zamysł stworzenia letniej, lekkiej, melodyjnej płyty do tańczenia przez Tylera uważam, za dobry i słuszny. Pasuje mi to do Okonmy, pomimo tego, że wielu słuchaczy jest odmiennego zdania. Drugim zarzutem wobec artysty jest liryczna powtarzalność i przeciętna produkcja, która od czasów wydania „Call Me IF You Get Lost” stanęła w miejscu. Być może tak jest, ale osobiści nie odczuwam tego w ten sposób. Albo inaczej, nie przeszkadza mi to w odbiorze płyt Tylera. Powód? Bardzo prosty! Każdy jego album od debiutu potrafił przyciągnąć moją uwagę na dłużej („Igor„, „Flower Boy„) lub krócej (Ostatnia „Chromakopia„). I co więcej, każdy jego album jest tak na prawdę inny i niepowtarzalny, a to dość unikatowa umiejętność w obecnych czasach i to z dorobkiem dziewięciu długograjów.

Generalnie przesłuchałem tą płytę w te wakacji mnóstwo razy (Duża pewnie w tym zasługa czasu trwania całości) i wiem, że nic bardziej wakacyjnego już nie usłyszę tego lata. Możliwe, że lato 2025 to jedyne lato bez wakacyjnego hitu. Jednak wakacyjnych płyt w minionych miesiącach nie brakowało a jedną z nich jest właśnie wspominane „DON’T TAP THE GLASS” od Tylera. Warto znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.