Kwiat polskiej muzyki gitarowej – recenzja albumu „Kwiaty”

Jako, że wiosna tuż, tuż – porozmawiajmy o Kwiatach. A konkretnie o tych z północy naszego kraju – Gdańska. Tam właśnie powstał jeden z najciekawszych polskich zespołów gitarowych, który ma spore szanse zostać odkryciem roku 2019 za sprawą debiutanckiego krążka o nazwie „Kwiaty”. Większość z Was pewnie usłyszała o tym zespole za sprawą rekomendacji od Melona czy też Trzech Szóstek. Muszę przyznać, że bardzo fajny sposób na promocję, gdyż dzięki temu i ja zaciekawiłem się tym albumem. Wiadomo, że dobra muzyka się obroni i zainteresowanie przyjdzie prędzej czy później, jednak warto czasem pomóc w przyśpieszeniu tego procesu.

Album „Kwiaty” to sentymentalna podróż w lata 90. Wsłuchując się w brzmienie utworów z łatwością wyłapiemy inspiracje shoegaze, grungem czy też alt-rockiem. Otwierające całość dream-popowe „TLK” łagodnie wprowadza nas w Świat Kwiatów. Senna gitara ładnie się komponuje ze spokojnym głosem wokalistki. Ta atmosfera nie trwa jednak długo, gdyż już w następnym utworze „Siekiera” zespół serwuje nam głośniejsze i bardziej rozbudowane gitary (W końcu nazwa utworu zobowiązuje). Skojarzenia ze Slowdive w tym momencie są jak najbardziej na miejscu. „Honda” to punkowy wulkan energii, gdzie poza motywem przewodnim gitary dobrą robotę robi także wokalistka udowadniając, że potrafi także śpiewać z pazurem.

Moim ulubionym utworem na płycie jest „Koniec Wakacji„. Zaczyna się dość sennie, jednak z czasem pojawiają się ciężkie gitary a sam utwór na tym tylko korzysta. Generalnie, im dłużej trwa to zyskuje na mojej ocenie, epicka końcówka robi swoje. Wyróżnia się on znacząco od takich utworów jak: „Na Wydmach”. „Zapach” czy też „Czarne Porzeczki„, które stanowią spokojny kolektyw tworzący tą płytę. Całość kończy najdłuższy na płycie „Powietrza!„, który brzmieniowo uderza w zupełnie inną epokę, a mianowicie post-punk lat 80.

Jeżeli poszukujecie dobrej, rodzimej i ambitnej muzyki to trafiliście idealnie. Kwiaty ładnie nawiązują do niezwykle ostatnio modnych lat 90 i w świetny sposób mieszają dream pop z mocniejszymi gitarowymi wstawkami. Dużym plusem płyty jest postać wokalistki – Pani Mai, która śpiewa niezwykle hipnotycznie. Ponadto ciekawe teksty, mają w sobie całkiem sporo ironii. I jak tu nie polubić Kwiatów? Nie da się. Ocena: 8/10.

Król trapu ponownie przemówił – recenzja Future Hndrxx Presents: The WIZRD

Niezwykle płodny w ostatnim czasie raper Future wydał właśnie swój najnowszy, siódmy album „Future Hndrxx Presents: The WIZRD„. Płyta z miejsca zajęła pierwsze miejsce na amerykańskiej i kanadyjskiej liście sprzedaży. A co więcej poza sukcesem komercyjnym osiągnęła ten ważniejszy (przynajmniej dla mnie) – artystyczny. Liczne pozytywne oceny przyciągnęły i moją uwagę. W czym sekret sukcesu rapera z Atlanty? O tym poniżej.

Pan Nayvadius DeMun Wilburn, znany szerzej jako Future w ostatnim czasie był bardzo łaskawy dla swoich słuchaczy. Od 2014 roku, czyli momentu wypuszczenia w Świat „Honest” co roku pojawia się jego nowy album. W 2017 nawet wypuścił dwa: „Future” oraz „Hndrxx„. Co więcej od 2015 wydał także aż 5 mixtape’ów. A chyba, nie muszę mówić, że te wszystkie płyty to przeważnie zestawy po 20 tracków. Takie ilości materiałów z sukcesem wydawali chyba tylko Beatlesi i Stonesi. No i Drake, ale do momentu. Potem już przynudzał. No, ale ilość to nie zawsze jakość. I tu się zgodzę, bo nie każdy album Wilburna do mnie trafiał w równym stopniu. O ile cenię „Honest” czy „Beast Mode 2” to jego produkcje z 2017 średnio mi przypasowały.

A jak ma się rzecz z jego najnowszym produktem wypuszczonym w połowie stycznia? Jest całkiem dobrze, aczkolwiek bez większej rewolucji. Reprezentant Atlanckiej sceny raperskiej ponownie siedzi w mglistych, purpurowych trapach opowiadając o swoich dolach i niedolach. Koleś jest na fali, ludzie go kupują a on sam wozi się najdroższymi brykami, wciągając najdroższy koks. Sam szczerze przyznaje: „I’m too rich to be sober„. I jak to ma odbierać koleś, który zmaga się obecnie ze zapchanymi zatokami i walczy ze zalegającym śniegiem na podjeździe do domu? Ha, pewnie wielu z nas chciałoby mieć takie problemy jak Future.

Jego najnowsza płyta to wyznanie problemów bogatego rapera. Może mało odkrywcze, ale prawdziwe. Już w otwierającym całość „Never Stop” rzuca hasło: „You’ll get rich and have problems that you never thought„.  W „Crushed Up” rzuca standardową listę przechwałek z stwierdzeniem „I just joined the big league” jednak na koniec i tak stwierdza w „Baptiize„, że pozostał sobą: „Got a Bel Air address, but this money never changed me„.

A jak wygląda sprawa muzycznie? Podoba mi się produkcja, która wyjątkowo nie jest toporna. Większość beatów wyszła spod ręki ATL Jacoba oraz Southsidea, aczkolwiek nie należy zapominać o udziale Wheezy’ego. Ten ponad godziny materiał to zestaw dość lekkich i co najważniejsze równych podkładów. Osobiście nie znalazłem tutaj dla siebie żadnych perełek, ale też nie przeszkadzało mi nic w odbiorze całości. A to już dobrze.

Generalnie Future potwierdził pozycję w tej pokrętnej grze, jaką jest robienie rapów. Kiedyś podział był jasny: wschodnie i zachodnie wybrzeże. Dziś za sprawą ekipy z Chicago (Pozdro Earl i Tyler) oraz właśnie świty Future’a z Atlanty ten podział już nie jest aktualny. Jeżeli jaracie się nowym brzmieniem hip-hopu to zdecydowanie powinien wam przypasować „The Wizrd„. Ocena: 8/10.

Indie Rock prosto z Norwegii – recenzja „This Is Not the End” Spielbergs

Gdy pierwszy raz usłyszałem Spielbergs – pomyślałem, że to musi być kolejny indie rockowy band z Stanów, a dokładniej zachodniego wybrzeża. To chyba jacyś koledzy Nathana Williamsa albo Dylana Baldiego? Zaskoczyło mnie gdy w Pitchforkowej recenzji wyszło, że to trio szaleńców jest z Oslo, czyli stolicy Norwegii.

Skandynawskie muzyczne klimaty bardziej przywołują na myśl gotycki metal. No, ale nie kategoryzujmy – bo Polska w oczach Świata to pewnie „Papaja„, Behemoth i zespół Mazowsze. „This Is Not the End” to ich debiutancki album, jednak rok wcześniej wydali już EP-kę „Distant Star„. Pomimo, że dopiero teraz wydali swój krążek, to jednak ze norweską sceną indie rockową są związani już od dłuższego czasu. Członkowie Spielbergs grywali w różnych zespołach, które miały mniejsze i większe sukcesy. W końcu jednak postanowili nagrywać razem, i to wypaliło!

Ich debiutancki krążek zaczyna się od ostrego garage rocka. „Five On It” z jazgotami gitar w tle przypomina brudniejszą wersję Cloud Nothings. Kolejny „Distant Star” oraz „NFL” spokojnie mogliby zagrać Wavves i nikt by się nie zorientował. Jednak im dłużej słuchamy bandu to słyszymy, że ich inspiracje sięgają post-rocka i zespołów pokroju Japandroids czy też The Replacements. Przy „Familiar” oraz „You All Look Like Giants” zespół nieco zwalnia tempa. Jednak nie na długo bo już następny w kolejce, punkowy „Bad Friend” daje nam wycisk. Cenię ich poczucie humoru za nazwanie piosenki „McDonald’s (Please Don’t Fuck up My Order)” a sam utwór to 7 minutowy, instrumentalny hołd dla takich zespołów jak Mogwai, GY!BE czy też Swans. Jest też kołysanka „Sleeper” a całość kończy patetyczny „Forevermore„.

Słychać, że norweskie trio na swoim debiutanckim długograju odrobiło lekcje z klasyki post-rocka i indie rocka. Z miłą chęcią wyłapywałem te wszystkie nawiązania do amerykańskiej i brytyjskiej sceny gitarowej na „This Is Not the End„. Jednak najważniejsze, że Spielbergs nie są tylko kalką, ale dodają sporo świeżości tej muzyce. Norwedzy mają świetne pomysły, oryginalną (aczkolwiek kiepsko googlującą się) nazwę zespołu, mnóstwo energii oraz biorą przykład z najlepszych. Dlaczego by ich nie polubić? Sprawdźcie koniecznie „This Is Not the End„. Mam nadzieję, że to faktycznie nie koniec i usłyszymy jeszcze coś tak wyśmienitego spod ich ręki. Ocena: 8/10.