Odblokowani Fleet Foxes

6 lat zajęło grupie Fleet Foxes wydanie kolejnego albumu. Po debiucie w 2008 roku z kapitalnym krążkiem „Fleet Foxes” oraz jego średnim następcą w postaci „Helplessness Blues” z 2011 roku, fanów folkowej grupy zaskoczyła prawie 6 letnia przerwa ich ulubieńców. Co w tym czasie się działo? Podobno lider Robin Pecknold miał blokadę twórczości i nie potrafił nic konkretnego w tym czasie wymyślić. Jednak życie to nie tylko muzyka, pochłonęła go literatura. Zwłaszcza eseje nijakiego Francisa Scotta Fitzgeralda, znanego przede wszystkim z „Wielkiego Gatsby’ego„. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron twórczości Fitzgeralda i wielu godzinach przemyśleń, artysta wrócił na właściwe tory twórczości. Oto geneza powstania  „Crack-Up„.

Zacznijmy od tego, że najnowszy longplay od Fleet Foxes nie wnosi absolutnie nic nowego do tematu folku. Czuć na tym materiale, że Pecknold faktycznie miał problemy z napisaniem dobrej czy tam jakiejkolwiek piosenki. Gdy jednak trafiły do jego głowy dobre pomysły, to postanowił wszystkie bezwzględnie zamieścić w „Crack-Up„. Dlatego dostajemy rozciągnięte do granic możliwości utwory pokroju openera „I Am All That I Need…” czy też „”Third of May/Odaigahara„. Niby brzmienie jest bardzo bogate, jednak nie przekłada się to na jakość utworów. Trochę brakuje mi tu prostych i melodyjnych utworów, które mnie tak urzekły w 2008 roku, kiedy słuchałem debiutanckiego albumu.

Generalnie „Crack-Up” nie jest złym krążkiem. Z tym, że od takich zespołów, zawsze wymagam więcej. I pod tym względem trochę mnie folkowcy z Seattle zawiedli. Bo wiecie co? Ja wciąż słucham tego pamiętnego krążka z 2008 roku. To był dobry czas. Dobra muzyka, beztroskie studenckie chwile. Wszystko ze sobą współgrało. A „Crack-Up” ? Szczerze wątpię bym wrócił jeszcze do tego krążka. Żadna kompozycja nie jest na tyle silna, bym zwrócił na nią ponownie uwagę. Może się mylę i odkryje ten krążek za jakiś czas na nowo, zdarzały mi się takie rzeczy. Jednak czy w tym, konkretnym przypadku tak będzie? Szczerze wątpię. Oczywiście możecie przesłuchać nową pozycję od Fleet Foxes. Śmiało to zróbcie. Jest to przyzwoity album, który może się podobać. Amerykanie udowadniają na nim, że wiedzą co to jest dobry folk. Jednak uprzedzam, nie liczcie na fajerwerki. Ich na pewno nie znajdziecie. Ocena: 5/10

Moi starzy, nowi ulubieńcy – Grizzly Bear

Wiecie, że zawsze chciałem być w następnym życiu niedźwiedziem? Najlepiej Grizzly. Perspektywa życia w Ameryce i zajadanie się pstrągiem jest bardzo kusząca. Nigdy nie chciałem być zwierzęciem, które musi się martwić o swój żywot. Grizzly przed nikim nie ucieka (No chyba, że ten ktoś ma spluwę), to wszyscy uciekają przed niedźwiedziem! Żubr też mógłby być, choć tego wolę w zimnej butelce. Dobre życie też ma mój kot – Tofik, mordercza łapka. Zero stresu, zupełnie.

Zacząłem dość filozoficznie, a przecież recka nowego krążka od miśków grizzly sama się nie napisze. Wiecie co mi album „Painted Ruins” uświadomił? To, że Nowojorczycy są jednak jednym z moich ulubionych zespołów. Zanim się wziąłem na poważnie za najnowszy krążek, wróciłem do wcześniejszych. I wiecie co? Znowu mnie wciągnęły. Kurde, ci kolesie mają dar do tworzenia na prawdę zacnych rzeczy. Nawet „Shields” z 2012 roku, które wydawało mi się spadkiem formy brzmi z perspektywy czasu na prawdę bardzo dobrze. No a wcześniejsze wydawnictwa śmiało można już określić klasyką alternatywy.

Nowy album od razu mi się spodobał. A to już jest coś! Jest melodyjnie i piosenkowo, jednak całość nie traci swojego poważnego wydźwięku. Linie gitar urzekają, a wokal Edwarda Droste’a łapie za serducho. Wsłuchajcie jak pięknie, wręcz patetycznie rozkręca się „Three Rings„. To co tam się dzieje pod koniec, to jakiś prawdziwy wybuch zajebistych dźwięków. Posłuchajcie z jaką lekkością zespół wchodzi w „Losing All Sense” czy też jak można łączyć alternatywę z przebojowością w „Morning Sound”. Ogólnie po przesłuchaniu „Painted Ruins” miałem wrażenie, że zespół postanowił wejść na bardziej melodyjne regiony. Wyszło im to całkiem na zdrowie.

Może nie jest to ich najlepszy krążek w dyskografii, jednak można śmiało stwierdzić, że to mocna propozycja. Mi mocno przypadła do gustu. Znajduje tutaj wszystko to, czego ostatnio szukam w alternatywie. Dobrze i przyjemnie spędzonego czasu. W ostatnim czasie nie miałem chęci na słuchanie indie smętów lub albumów nagranych na jedno kopyto. Grizzly Bear wychodzili z siebie, dwoili i troili by nagrać album ciekawy, wpadający w ucho i zróżnicowany. Takie właśnie jest „Painted Ruins„. Ocena: 9/10.

Stefan Wesołowski zakończył mi lato – recenzja „Rite of the End”

Nazwisko wykonawcy omawianej w tym wpisie płyty może być bardzo mylące. Stefan Wesołowski brzmi jak kolejny polski grajek pop w stylu nieudolnego Brzozowskiego czy innego śmieszka bez talentu. Wesołowski też bardziej by mi się kojarzył z jakimś kabareciarzem czy też aktorem z słabego serialu. To nazwisko absolutnie nie pasuje do zawartości „Rite of the End”, która jest mroczna, głęboka i… smutna.

Chyba nie byłem gotowy na tą płytę jeszcze. W  ostatnie wakacyjne miesiące mało słuchałem muzyki, a jak już czegoś słuchałem, to były to popy w stylu Calvina Harrisa. Nowy Grizzly Bear był jedynym przedstawicielem żelaznej alternatywy w tym czasie. Pan Wesołowski szybko sprowadził mnie na ziemię i dał do zrozumienia, że lato się kończy. Widok coraz bardziej żółtej lipy za moim oknem i wcześniejsze wieczory wprowadzają mnie w małą depresję. Jednak to jest nic w porównaniu co zrobił z moją psychiką Wesołowski po odsłuchaniu „Rite of the End„.

Wesołowski swoim krążkiem oficjalnie potwierdził, że czas zwinąć basen z podwórka i wyciągnąć grabie na liście. „Rite of the End” co prawda ukazało się wiosną, jednak album dotarł do mnie dopiero teraz. I szczerze? Okoliczności pogodowe spotęgowały doznania przy pierwszych odsłuchach. Na tym albumie jest smętnie, ponuro i niezbyt wesoło. Czuć jednak w tym wszystkim całkowitą poważność. Krążek zaczyna się dość filmowo, co nie powinno dziwić. W końcu Wesołowski nagrywał już muzykę do filmu – „Listen To Me Marlon„. Momentami zdawało mi się, że to zagubione soundtracki z któregoś obrazu Davida Lyncha. Co zachęcało mnie do dalszego słuchania. Kompozytor z Trójmiasta dość sprawnie łączy muzykę klasyczną z współczesną muzyką elektroniczną. W porównaniu do poprzednich pozycji Wesołowskiego, artysta postanowił bardziej postawić na ambient. I dobrze! Brakuje mi na polskiej scenie wykonawców, którzy mogliby rywalizować z Fenneszem czy Williamem Basinskim. Wesołowskiego to nawet całkiem dobrze to wychodzi, co całkowicie aprobuje. Co prawda smyczki grają tu kluczową rolę, jednak to elementy ambientowe mnie najbardziej zachwyciły.

Jeżeli jesteście gotowi zakończyć lato i dać się nieco porwać w ambientowe odchyły to powinniście sprawdzić najnowszy krążek Wesołowskiego. To zdecydowanie najlepsza pozycja w jego dyskografii. Nie licząc oczywiście „Trenów” Jacaszka. Ocena: 7/10.