20 najlepszych piosenek The Beatles

beatles-apple-corps-ltdZa tą listę zabieram się już od paru dobrych lat. Teraz wydaje się być jednak idealna okazja na publikację, gdyż miało ostatnio miejsce 50-lecie legendarnego występ Brytyjczyków u Eda Sullivana. Oczywiście nazwa listy jest myląca bo każda piosenka The Beatles jest najlepsza. Poniższe utwory należą do moich ulubionych i najczęściej przeze mnie słuchanych.

A Day in the Life (Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, 1967). Zdecydowanie najdoskonalsze dzieło zespołu. Pomijając wszelkie nawiązania do artykułów The Daily Mail z 1967 roku, kwestie narkotyków, narastające hałasy orkiestry oraz piski nagrane w 15 000 Hz, które miały drażnić psy jest to po prostu kapitalny utwór. Wspaniałe zwieńczenie sierżanta pieprza.

Across The Universe (Let It Be, 1970). Jedna z najpiękniejszych ballad stworzonych przez Lennona. Powtarzane w refrenie „Nic nie zmieni mojego świata” chwyta za serce a pierwsze brzmienia gitary potwierdza tezę, że proste rozwiązania są najlepsze.

Anna (Go To Him) (Please, Please Me, 1963). Oryginalnie wykonywał ten utwór Arthur Alexander. Obie wersje jednak są zacne a ta od Beatlesów wydaje się być ciut lepiej dopracowana. Mimo to do końca życia ta piosenka będzie mi się kojarzyć z pewnym odcinkiem Bundych w którym główny bohater – sprzedawca butów Al poszukiwał tej piosenki znając tylko fragment refrenu i nucąc wszystkim „mhmmmm himmm”. Śmieszny odcinek, uroczy utwór.

Come Together (Abbey Road, 1969). Podczas pisania tej piosenki Lennon był już na etapie politycznego zaangażowania. Dlatego nie dziwi mnie, że po rozwiązaniu zespołu dalej wykonywał ten utwór solo. Jednak pomijając aspekt kampanii Timothy’ego Leary’ego jest to fajny rockowy utwór, który zachwyca przede wszystkim brzmieniem perkusji. Aha i na koniec muszę nadmienić scenę bijatyki w barze w filmie „A Bronx Tale”, gdzie w tle właśnie brzmi ten utwór.

Help! (Help!, 1965). Piosenka fajna, film średni. Jednak ta sytuacja dobrze obrazuje, jak świat kina przenika do świata muzyki i na odwrót. O samym utworze można pisać książki, pomimo tego, że trwa ledwie trochę ponad 2 minuty. Świetne wstawki gitarowe.

Helter Skelter (White Album, 1968). Dla wielu „White Album” jest najdoskonalszym dziełem The Beatlesów ze względu no mocne, rockowe brzmienie. Utwór „Helter Skelter” doskonale to potwierdza bo bez tej piosenki nie było by później takich zespołów jak Led Zepellin, Guns N Roses oraz wszystkiego z okolic heavy metalu.

Hey Jude (Revolution B-Side, 1968). Kiedyś słuchałem częściej tego utworu. Powiem więcej kiedyś uważałem, że Paul McCartney był najlepszym członkiem Fab four. Teraz nie mógłbym tego samego powiedzieć, ale „Hey Jude” nadal mi się podoba bo to jedne z tych najbardziej epickich utworów w dziejach muzyki (zwłaszcza ta rozciągnięta do granic możliwości końcówka z na na na na na).

I Am The Walrus (Hello, Goodbye, 1967). O tym, że muzycy The Beatles nie stronili od narkotyków to wiadomo. Wydaje mi się, że moment gdy Lennon pisał „I Am The Walrus” był chyba najbardziej bogatym w niedozwolone używki. Absolutna czołówka jeżeli chodzi o warstwę liryczną.

I Want To Hold Your Hand (I Want TO hold Your Hand, 1963). Podoba mi się ta popowa słodkość pierwszych przebojów od Brytyjczyków. Mamy przecież hand clapping, miłe wstawki gitarowe i Lennona śpiewającego, że chce potrzymać swoją lubą za rękę.  Amerykanom najbardziej przypadł do gustu ten utwór, gdyż jako pierwszy wdarł się na szczyt tamtejszych chartsów.

If I Fell (A Hard Day’s Night, 1964). Miłosnych ballad Beatlesi mieli na koncie wiele, jednak ta zawsze jakoś była tą ponad inne. Jest w tym pewien urok. Poza tym ten utwór wpływa na mnie wyjątkowo kojąco.

I’m Only Sleeping (Revolver, 1966). Hymn wszystkich śpiochów. Jeżeli ludzie wokół uważają, że jesteś leniem a ty im odpowiadasz „spadówka, jesteście szaleni” to jest to piosenka dla Ciebie. Temat piosenki dość prozaiczny, ale jaka w tym moc. Zwłaszcza w linii basu. Nie ma nic lepszego po dniu pracy jak odpalić tą piosenkę i walną krótką drzemkę, uwierzcie.

Let It Be (Let It Be, 1970). Ostatni singiel nagrany przez Beatlesów. Lepszego nie można by chyba wymyślić. Mimo, że czwórka z Livrpoolu się rozpadła to ich muzyka pozostała.

Lucy In The Sky With Diamonds (Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, 1967). Podobno ukrytym znaczeniem tej piosenki jest LSD. Inni mówią, że chodzi o obrazek namalowany przez syna Lennona. Agent Mulder zawsze twierdził, że prawda gdzieś tam jest. W tym przypadku jest ona po środku. Co by jednak nie mówić, jest to jedna z pierwszych piosenek żuczków, które przesłuchałem jako świadomy słuchacz i która sprawiła, że pokochałem ten zespół.

Octopus Garden (Abbey Road, 1969). Ja tu ciągle o duecie Lennon-McCartney a przecież bębniarzowi też zdarzało się pisać piosenki. Pieśń o ośmiornicy była zdecydowanie najlepszym dziełem napisanym przez Ringo Starra. Muppety też lubią tą piosenkę.

Oh! Darling (Abbey Road, 1969). W tym utworze wszystko jest tak jak ma być. Ostre wstawki gitarowe ładnie się komponują z klawiszem Lennona, a śpiewający McCartney próbuje przekonać swą lubą, że już jej nie zawiedzie. No i sposób jak to wszystko się kończy, palce lizać.

Please Mr. Postman (With The Beatles, 1963). Dziś nerwowo zerkamy na skrzynki mailowe i smsy. Kiedyś czekano na listonosza. Odruch pozostaje jednak ten sam. Urocza historia oczekiwania na list od dziewczyny, która akurat nie przebywa blisko podmiotu lirycznego. W tle natomiast najlepsze wydanie big beatu z trzaskającym hi-hatem.

Sexy Sadie (White Album, 1968). Lennon zainspirowany Indiami i yogą stworzył jeden z najlepszych utworów wszech czasów. Początkowo chciał by nosił  on nazwę „Maharishi”, jednak „Sexy Sadie” brzmi zdecydowanie lepiej. Co mnie porywa w tym tracku? Przede wszystkim kapitalny wstęp tego utworu, które mogę puszczać sobie w kółko i nigdy mi się nie znudzi.

She Loves You (She Loves You, 1963). Wyobrażam sobie te wszystkie zakochane pary słuchające tej piosenki w 1963 roku. Jeżeli chodzi o piosenki o miłości to jest to mój absolutny TOP. Słuchał w ogóle ktoś wersji niemieckiej?

Strawberry Fields Forever (Magical Mystery Tour, 1967). Ten utwór to podwaliny rocka psychodelicznego. W pewnym momencie Beatlesi porzucili popowo-rockowe kompozycje na rzecz psychodelii i jak widać wyszło im to kapitalnie (jak wszystko za co się chwycili).

20 najlepszych okładek płyt

Background_PurpleCzym byłaby muzyka bez tej fizycznej części? Jestem staroświecki, lubię mieć płytę na półce. Lubię podczas słuchania oglądać okładkę, czytać zawartość książeczki, śledzić teksty. To jest pewnego rodzaju rytuał słuchania płyty. Dlatego nie jarają mnie w ogóle wersje elektroniczne. Dzień w którym nie będzie można kupić płyty, filmu, książki i gazety w formie fizycznej będzie najsmutniejszym dniem w dziejach świata. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić okładkom, które nie ukrywajmy są równie ważne co zawartość płyty. W historii muzyki było wiele kapitalnych płyt z słabymi okładkami i na odwrót. Dzisiaj chcę zaprezentować 20 moich ulubionych okładek.

arctic-monkeys-whatever-people-say-i-am-thats-what-i-am-notArctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2005). Z powodu fajki było sporo kontrowersji, jednak trzeba przyznać, że zdjęcie Chrisa McClure’a jest na swój sposób urzekające. Zawiera ono pewnego rodzaju prostotę. Nie jest może jakieś wybitne, ale idealnie pasuje do zwartości płyty.

Animal-Collective-Strawberry-JamAnimal Collective – Strawberry Jam (2007). Tak jak w przypadku wcześniejszej okładki to zdjęcie również pasuje do albumu. Płyta się nazywa truskawkowy dżem to i na zdjęciu mamy rozkwaszone truskawki. So ironic.

The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club BandThe Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967). Legendarna okładka kultowego zespołu. Znaleźli się na niej oprócz muzyków zespołu z Liverpoolu  i ich woskowych figur kartonowe wizerunki wielu znanych osób sztuki, muzyki, filmu, polityki, sportu, nauki i innych dziedzin. Współczesnemu, nieobeznanemu w historii człowiekowi wiele tych nazwisk nic nie mów. Te najbardziej znane to: Marlon Brandon, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Flip i Flap, Marylin Monroe, Karol Marks, Oscar Wilde i Albert Einstein. Monumentalne dzieło.

Blondie PLBlondie – Plastic Letters (1978). Sam zamysł robienia zdjęcia przy radiowozie brzmi infantylnie. Jednak to zdjęcie ma to „coś”, taki luz, który powoduje, że to moja ulubiona okładka Blondie. I pomimo tego, że zawartość płyty dupy nie urywa to kupiłem tą płytę ze względu właśnie na okładkę.

bob-dylan-freewheelinBob Dylan – The Freewheelin’ (1963). Mimo, że to zimowy Nowy Jork to ta okładka promienieje i wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Nie wiem czy to sprawka Suze Rotolo, która wróciła z słonecznej Italii czy też tego hipisowskiego Volkswagena z tyłu?

born in the usaBruce Springsteen – Born In The U.S.A. (1984). Chyba najbardziej amerykańska okładka wszech czasów. Przetarte jeansy, kowbojski pasek, czapka z daszkiem i tyłek Springsteena. A to wszystko na tle flagi Stanów Zjednoczonych.

london-callingThe Clash – London Calling (1979). Źródeł  popularności okładki punkowej płyty należy upatrywać w nawiązaniu do grafiki ozdabiającej debiut Elvisa Presleya oraz fenomenalnym zdjęciu przedstawiającym Paula Simonona rozwalającego swoją gitarę podczas koncertu w Nowym Jorku. Połączenie ironii (muzycy zawsze podkreślali, że teksty takich muzyków jak Presley czy Rolling Stones są do dupy) i anarchii, którą symbolizuje roztrzaskana gitara.

clinic 1999 epClinic – Clinic EP (1999). Ta okładka przez długi okres czasu ozdabiała mój folder z muzyką na kompie. W jakiś sposób to samo się ustawiło. Jednak nie zamierzałem tego zmieniać, bo genialnie pasowała. Nie jest ona jakaś wybitna, jednakże przedstawia mój ulubiony instrument muzyczny – perkusję. A jeżeli ktoś jeszcze nie wie to bębny od zawsze był moją niespełnioną do końca pasją.

kanyewestlateregistration2005Kanye West – Late Registration (2005). Dropout Bear w szkolnym uniformie był chwytem marketingowym Kanye Westa w czasach zanim okładką jego płyty był brak okładki. A tak serio, gdy patrze na ten obrazek to mam mieszane uczucia. Sam West także budzi mieszane uczucia. Z jednej strony chętnie nakopał bym mu do tyłka, z drugiej cenię jego za kapitalną muzykę. Stąd wyróżnienie.

good-kid-maad-cityKendrick Lamar – Good Kid, M.A.D. City (2012). To zdjęcie wygląda trochę jak ten mem z tymi czterema śmiesznymi typkami przy jednym stole. Z drugiej strony, gdyby przejrzeć rodzinne albumy to możemy znaleźć dziesiątki podobnych fotek u siebie. Siła tkwi w prostocie i słoiku z żółtym „czymś”. Klimatu z pewnością dodają też cenzurki na twarzach. Świetna płyta, z świetną okładką.

108315_kombajn-do-zbierania-kur-po-wioskach_osme_pietroKombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro (2005). Mechaniczny kurczak na fajnym odcieniu zieleni przez długi czas stanowił moją tapetę na telefonie. Moja słabość do tej płyty tkwi nie tylko w muzyce, ale i w tej grafice.

Fucked Up - The Chemistry of Common LifeFucked Up – The Chemistry of Common Life (2008). Kolejna okładka prezentująca uroki Nowego Jorku. Tyle, że tym razem w cieplejszy dzień przy zachodzie słońca. Metafora życiowego pośpiechu i cywilizacyjnego postępu. Być może zdjęcie jakich wiele, ale na swój sposób ujmujące i wciągające.

Menomena - Friend And FoeMenomena – Friend And Foe (2007). Zdecydowanie jedna z moich ulubionych okładek. Na te drobne elemenciki tworzące w kunsztowny sposób grafikę płyty Menomeny mogę patrzeć godzinami. Czuć duch Radiohead i ich stworka z „Amnesiac„.

N.W.A. - Straight Outta ComptonN.W.A. – Straight Outta Compton (1988). Te zdjęcie pokazuje tylko jedno. Trzymajcie się z dala od Compton, najniebezpieczniejszego miejsca na planecie. W naszym wydaniu brzmiałoby to tak „miasto jest nasze”. Gangsterska płyta z mocnymi tekstami wymaga równie mocnego artworku.

Nirvana - NevermindNirvana – Nevermind (1991). O tej okładce pisano już książki, dlatego też nie dodam nic oryginalnego. Musiała się znaleźć na liście.

of Montreal – The Sunlandic Twinsof Montreal – The Sunlandic Twins (2005). Zespół Kevina Barnesa przyzwyczaił nas, że muzykę of Montreal można interpretować na wieloraki sposób. Jednakże okładka albumu z 2005 roku symbolizować może tylko – Małżeństwo Kevina z Niną. Muzyka of Montreal zawsze szła w parze z uczuciami sercowymi wokalisty. Na tym etapie Kevin czuł się bliźniakiem Niny. Stąd taka a nie inna nazwa płyty i okładka. Co było dalej, poszukajcie sami.

Rage Against The Machine - Rage Against The MachineRage Against The Machine – Rage Against The Machine (1992). Chyba pierwsze zdjęcie na liście o zabarwieniu politycznym. Rage Against The Machine często poruszali kwestie polityczne dlatego nie dziwi fakt,że użyli legendarnego zdjęcia z okresu wojny w Wietnamie przedstawiającego wietnamskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia.

The Rolling Stones - Beggars BanquetThe Rolling Stones – Beggars Banquet (1968). Nie ma nic bardziej rockowego niż obleśny kibel z zamazaną ścianą. Wczytajcie się w te napisy i te obrazki.

the_velvet_underground-the_velvet_underground_y_nico-frontalThe Velvet Underground and Nico – The Velvet Underground and Nico (1967). W tym przypadku recepta na sukces była prosta – użycie grafiki Andy’ego Warhola.

Ścianka - Pan Planeta (2006)Ścianka – Pan Planeta (2006). Ta okładka jest jak cała zawartość tej płyty. Nie tylko ze względu na tytułowego Pana Planetę. Ale formę jaką on przyjął i jego minę. Uwielbiam takie ironiczne żarciki i heheszki.

Przegląd filmowy #4

W czwartej odsłonie przeglądu filmowego mam dla was dwa zapomniane klasyki z 1968 roku oraz najnowszy film Bena Stillera  – tak w ramach dowodu, że komedie też oglądam. Miłej lektury!

lowca czarownic 1968Witchfinder General / Pogromca Czarownic (1968). Film Michaela Reevesa wielu uznaję za jeden z najlepszych horrorów angielskiej kinematografii. Jednakże trudno ten obraz jednoznacznie zakwalifikować do konkretnego gatunku. „Pogromca Czarownic” to mieszanka kina historycznego z dramatem w którym jest sporo drastycznych i krwistych scen. Już pierwsze ujęcie filmu pokazuje powieszenie domniemanej czarownicy, które szokuje i przeraża jednocześnie. Zacznijmy jednak od początku, od fabuły. Obraz ten pokazuje nam Wielką Brytanię z XVII wieku. Panuje wówczas wojna domowa pomiędzy parlamentarzystami a rojalistami. Kraj jest podzielony i skłócony wewnętrznie natomiast ludzie głodują i wierzą w zabobony. Sytuację bezprawia wykorzystuje Mathiew Hopkins (Vincent Price) wraz z swoim sługą Stearnem (Robert Russel). Przemierzają oni Anglię w celu przesłuchiwaniu i uśmiercaniu czarowników i czarownic. Stearn zmusza torturami do przyznania się do szatańskich praktyk, natomiast Hopkins wymyśla to co raz brutalniejsze sposoby uśmiercania. Działają oni całkowicie legalnie a w dodatku ich „praca” jest dobrze opłacana przez magistrat. Jednak na drodze im staje Richard Marshall (Ian Ogilvy), który chce się zemścić za śmierć wuja swojej narzeczonej i wykorzystanie jego przyszłej żony. Historia ta jest częściowo prawdziwa, gdyż omawiani łowcy czarownic faktycznie grasowali po Anglii. Jak wspomniałem powyżej był to obraz mocno brutalny jak na okres jego powstania. Pokazuje on szczegółowo praktyki zabijania czarownic i ich torturowania. Niektórzy zarzucają obrazowi Reevesa zastoje fabularne, z czym nie mogę się zgodzić, gdyż oglądałem ten film z zapartym tchem. Pierwsza część filmu skupia się na sadystycznych praktykach Hopkinsa i Stearna, druga natomiast na pościgu Richarda i akcie zemsty. W całą historię zgrabnie wpleciono elementy historyczne, film ten idealnie obrazuje Anglię z okresu wojny domowej. Widzimy obrazy pijaństwa, nienawiści, znieczulicy a także dewiacji. Największe wrażenie jednak robi samo zakończenie (Uwaga mały spoiler), gdy zemsta zostaje ostatecznie dokonana. Teoretycznie wszystko kończy się dobrze jednak trudno mówić o happy endzie, gdyż główny bohater wpadł w obłęd. Film ten powinien spodobać się zarówno fanom horrorów jak i widzom lubującym się w kinie historycznym. Ocena: 8/10.

Yabu no naka no kuronekoYabu no naka no kuroneko / Czarny Kot (1968).Czarny Kot” to drugi film Kaneto Shindo jaki miałem przyjemność oglądać. Jego „Kobieta Diabeł” zrobiła na mnie ogromne wrażenie ze względu na intrygującą historię i sposób jej przedstawienia. „Czarny Kot” nie obrazuje tak specyficznej historii jak film z 1964, gdyż oparty jest na japońskiej legendzie. Jednak forma przedstawienia tej historii budzi we mnie pełen szacunek. Film ten pokazuje średniowieczną Japonię w której trwają nieustanne wojny. Grupa żołnierzy trafia do domu na obrzeżach lasu. Zjadają oni zapas ryżu, gwałcą mieszkającą w nim matkę i córkę po czym podpalają dom. Gromadzące się na zgliszczach czarne koty przywracają do życia kobiety. Powracają one jako ukazujące się w nocy zjawy, które przyrzekły złym bogom pić krew samurajów. To tyle jeżeli chodzi o samą historię. Największą zaletą tego filmu jest jego psychodeliczny klimat i zdjęcia ukazujące zjawy. Gdy dokonuje się pierwszy akt zemsty na samuraju odczuwamy ogromną niepewność, gdyż cała sekwencja jest zbudowana na tajemnicy i surrealistycznych zdjęciach (zamglony dom, przesuwające się drzewa). Także sposób w jaki zjawy się pokazują na ekranie i to jak się poruszają (przeskakiwanie kałuży) budzi wrażenie. Ich ruchy przypominają kocie, natomiast niektóre sceny pokazują prawdziwy wygląd zjaw. Dużym atutem jest też muzyka, która pojawia się dokładnie wtedy kiedy trzeba. „Czarny Kot” to klasyk kina, który warto obejrzeć. Ocena: 8/10.

THE SECRET LIFE OF WALTER MITTYThe Secret Life of Walter Mitty / Sekretne Życie Waltera Mitty (2013). Trzeci film w czwartym już przeglądzie filmowym trochę mało pasuje do dwóch wcześniej opisanych obrazów z 1968 roku. Jednak dla ubarwienia notki wrzucam najnowsze dzieło Bena Stillera. Wybierając się do kina spodziewałem się, że będzie to kolejna amerykańska komedia w ramach – pośmiać się i zapomnieć. Okazało się jednak, że „Sekretne Życie Waltera Mitty” to zupełnie inna komedia. Owszem są zabawne gagi, zdarzają się też takie zbyt naciągane (Niektóre wyobrażenia).  Jednak większość humoru w tym filmie opierała się na ironii i absurdzie. I to jest zdecydowany plus w czasach zalewanych nas głupotą. Po drugie film ten ma przesłanie, co też rzadko się zdarza w obecnych hollywodzkich superprodukcjach. Otóż obraz ten można uznać za pochwałę cierpliwości. Tytułowy bohater Walter Mitty (Ben Stiller) to nudziarz, mieszkający z Matką i pracujący w magazynie LIFE przy obróbce zdjęć. Ma jednak jeden mankament, często przytrafiają mu się zawiasy podczas których wyobraża siebie jako bohatera. W związku z tym często przytrafiają mu się kłopotliwe sytuacje. W jego pracy dochodzi do zmian, gdyż pismo LIFE przechodzi na wersje internetową co wiąże się z redukcją zatrudnienia. W tym samym czasie szanowany fotoreporter Sean O’Connell (Sean Penn) przesyła kolejną porcję zdjęć, spośród których zdjęcie nr 25 nazywa dziełem swojego życia i chce by je zamieścić na okładce ostatniego wydania LIFE. Zdjęcia jednak nie ma w przesyłce. Mitty próbując ratować swoją posadę oraz za namową obiektu swoich westchnień Cheryl (Kristen Wiig) wyrusza w szaloną podróż by odnaleźć oldskulowego fotoreportera w nadziei, że posiada zdjęcie nr 25. I tak jak wspomniałem wcześniej – cierpliwość to ważny aspekt w filmie. Postać Mitty’ego, który od 16 lat robi to samo z pasją i wiedzie mało interesujące życie wzbudza w widzu pozytywne reakcje. Utożsamiamy się z nim. Mitty nie stara się robić nic na siłę, nic na pokaz. Jest sobą. Jego cierpliwość zostaje wynagrodzona niesamowitą przygodą podczas której odwiedza Grenlandię, Islandię oraz Himalaje. W filmie mamy pokazane wspaniałe krajobrazy, które wzbogaca równie piękna muzyka (usłyszymy między innymi Arcade Fire czy też Jose Gonzalesa). „Sekretne Życie Waltera Mitty” to taka mądra komedia, którą polecam każdemu zmęczonemu głupotą w najnowszym kinie. Ocena: 7/10.