10 najlepszych piosenek Boba Dylana

Bob Dylan w końcu zdecydował się odebrać przyznaną mu Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. To zatem dobry moment by przyjrzeć się dyskografii artysty i wybrać dziesiątkę jego najlepszych utworów. Do dzieła!

„Blowin’ In The Wind” (The Freewheelin’ Bob Dylan, 1963). Jak się okazuje album „The Freewheelin’” to nie tylko fajna okładka, ale i genialne wnętrze. W tej akustycznej balladzie Dylan rozwodzi się nad sensem życia, a w zasadzie jego bezsensowności. Lata 60 to gorący okres w historii Stanów Zjednoczonych, dlatego ten i wiele innych utworów należy zawsze rozpatrywać poprzez KONTEKST. Szkoda tylko, że jego przekaz po upływie ponad połowy wieku, wciąż jest aktualny.

Posłuchaj

„Don’t Think Twice, It’s All Right” (The Freewheelin’ Bob Dylan, 1963). Jestem święcie przekonany, że gdybym włóczył się po Stanach, Od Oregonu po Maine – To pod nosem nuciłbym właśnie tekst tej piosenki.

Posłuchaj

„It’s Alright Ma (I’m Only Bleeding)” (Bringing It All Back Home, 1965). Ponad 7 minut i 30 sekund muzyki oraz tekst składający się z 15 zwrotek. Krytycy muzyczni, słuchacze, znawcy, profesorowie oraz dziennikarze mieli sporo materiału do analizowania. Pomimo, że Dylan w tym czasie postanowił abdykować z roli głównego reprezentanta sprzeciwu to w tym utworze zawarł całkiem sporą dawkę krytycyzmu. Za co, z resztą mu się oberwało. Jednak czy można się gniewać na faceta z gitarą, który śpiewa: „But even the president of the United States / Sometimes must have / To stand naked.”?

Posłuchaj

„Just Like A Woman” (Blonde on Blonde, 1966). Dylan upodobał sobie tematy nie tylko polityczne. „Just Like A Woman” to historia jednej z fammes fatales z życia artysty. Wiele zainteresowanych osób twierdzi, że to tekst dotyczący nijakiej Edie Sedgwick, której nazwisko często pojawia się w odniesieniu do twórczości Dylana. Nie zmienia to jednak faktu, że to kapitalny utwór.

Posłuchaj

„Knockin’ On Heaven’s Door” (Pat Garrett & Billy The Kid, 1973). Czy ktoś nie zna tej piosenki? Chyba nie ma takiej osoby na Świecie. Jednak nie każdy słyszał, że ten legendarny utwór powstał jako soundtrack do jednej ze scen filmu „Pat Garrett i Billy Kid„. Tłumaczy to zatem pytanie, dlaczego piosenka ta w wykonaniu Dylana trwa ledwo 2 i pół minuty, i nagle się ucina.

Posłuchaj

„Like A Rolling Stone” (Highway 61 Revisited, 1963). Ta piosenka to toczący się kamień milowy w dziejach muzyki. Ogólnie cały Bob Dylan odcisnął ogromne piętno w historii muzyki, jednak „Like A Rollingg Stone” jest tego największym symbolem. Wystarczy wspomnieć chociażby magazyn muzyczny Rolling Stone by to sobie uzmysłowić. Nie dość, że zaczerpnęli nazwę od tej piosenki to jeszcze przyznali jej zaszczytne pierwsze miejsce w liście TOP 500 BEST SONGS EVER.

Posłuchaj

„Mr. Tambourine Man” (Bringing It All Back Home, 1965). Gdy przeglądam tekst tej piosenki, to zaczynam rozumieć, dlaczego to Dylan, jako pierwszy muzyk, otrzymał Literacką Nagrodę Nobla.

Posłuchaj

„Shelter From The Storm” (Blood on the Tracks, 1975). Dylan pozwolił w tym utworze na podwójną zabawę. Wpierw, gdy pisał tekst użył wielu metafor i symboliki religijnej by opowiedzieć o życiu pewnego mężczyzny. Później bawił się brzmieniem utwory, do tego stopnia, że czasami odgrywał go na koncertach w stylistyce reagge. Jednak pamiętajcie, że o fenomenie tego nagrania nie świadczą ciekawostki. Posłuchajcie sami i się wczujcie.

Posłuchaj

„Tangled Up in Blue” (Blood on the Tracks, 1975). Każde szanujące się zestawienie piosenek Dylana MUSI zawierać „Tangled Up In Blue„. W końcu Dylan podszedł do tego utworu bardzo osobiście. Piosenka opowiada o kończącym się romansie i jest obrazem jego uczuć po rozpadzie małżeństwa. Jak już wcześniej pisałem, utwory napisane z powodu złamanego serca, są najpiękniejsze. Tak jest i w tym przypadku.

Posłuchaj

„Visions of Johanna” (Blonde on Blonde, 1966). Wielu uważa, że to najlepszy utwór w dorobku Dylana. Nie będę się z tym kłócił, bo jak wybrać numer 1 przy tak bogatej i wspaniałej dyskografii? Nie zmienia to faktu, że „Visions of Johanna” to arcydzieło. Ponad 7 minut prostej muzyki, wzbogaconej o wysokich lotów tekst Dylana. Poza tym wiele osób uważa, że Dylan w tym utworze dał również popis wokalny. Ja póki co wolałbym się skupić na słowach, są warte przeanalizowania na spokojnie.

Posłuchaj

10 najlepszych piosenek Black Sabbath

Black SabbathW związku z dzisiejszym koncertem legendarnej grupy Black Sabbath w Łodzi postanowiłem odświeżyć temat ikony hard rocka i stworzyć listę 10 najlepszych utworów Brytyjczyków. Kolejność alfabetyczna.

Black Sabbath (1970, Black Sabbath). Opener z debiutanckiej płyty Black Sabbath był jedną z przyczyn utożsamiania zespołu z szeroko pojętym satanizmem. Utwór opowiada o tajemniczej postaci, którą ujrzał basista grupy i o książce na temat czarnej magii. Mit ten jednak powala powtarzające się „Please God Help Me„. Dla mnie ta historia jest raczej sprawą drugorzędną, gdyż na pierwszy miejscu jest muzyka. A tutaj jest ona wyborna. Mamy kapitalny riff gitarowy oraz świetne bicie bębnów. Całość zaczyna się dość mrocznie od dźwięków burzy i bijącego dzwona, jednak w dalszej części „Black Sabbath” nabiera znacznie innego wymiaru poprzez przyśpieszenie tempa.

Children of the Sea (1980, Heaven and Hell). Jedyna piosenka na liście z nieżyjącym już Ronnie Jamesem Dio. Jego dołączenie do zespołu dało pewien impuls a „Children of the Sea” jest jedynym utworem Black Sabbath, który można by określić balladą. Generalnie jednak wolę Black Sabbath z Ozzym co potwierdza ta lista (9 do 1 dla Ozzy’ego).

Iron Man (1970, Paranoid). Absolutny klasyk rocka, którego nie mogło zabraknąć na tej liście. Tytułowy Iron Man nie ma nic wspólnego z komiksową postacią Marvela, gdyż opowiada historię człowieka podróżującego w czasie pragnącego uchronić świat przed zagładą. Jednakże zostaje on zmieniony w człowieka ze stali i sam doprowadza do końca ludzkość. Muzycznie jest to majstersztyk naszpikowany świetnymi gitarowymi riffami, który w popkulturze funkcjonuje obok innych klasyków pokroju „Smoke On The Water” czy „Nothing Else Matters„.

N.I.B. (1970, Black Sabbath). W tym utworze znajdziemy jeden z najlepszych gitarowych riffów w dziejach. Pomimo mrocznego tekstu jest to jeden z najbardziej chwytliwych utworów Black Sabbath. 6 minutowa uczta dla uszów. Nietuzinkowo się rozpoczyna od basowej solówki, równie dobrze się kończy.

Paranoid (1970, Paranoid). Ta piosenka głównie kojarzy mi się z moim dobrym kolegą, który notorycznie ją wykonywał (wykonuje?) na wszelakich barowych karaoke. „Paranoid” udowadnia, że proste rozwiązania są najlepsze. Został napisany w cztery minuty i opiera się w całości na jednym, prostym gitarowym riffie. Początkowo miał on być wypełniaczem albumu a stał się największym hitem Black Sabbath.

Sabbath Bloody Sabbath (1973, Sabbath Bloody Sabbath). Jeden z najbardziej skomplikowanych utworów Black Sabbath. Dla fanów różnorodności motywów w muzyce powinien się spodobać najbardziej. Podobno przed napisaniem tego utworu zespół znajdował się w bardzo głębokim dołku twórczym. Jak widać wyszedł z niego z impetem. Na szczególne brawa zasłużył Ozzy Osbourne za świetne partie wokalne.

Sweet Leaf (1971, Master of Reality). Żadną tajemnicą nie jest fakt, że Ozzy Osbourne i spółka nie stronili od narkotyków. Dlatego też wspominany w tytule i tekście słodki liść nie powinien stwarzać problemów z dopisaniem do odpowiedniej rośliny. Co do samej muzyki to nie potrafię ogarnąć tego co się dzieje w okolicach 2-3 minuty utworu, który tak jakby się kończy by z powrotem wrócić na wcześniejsze melodyjne tory.

Symptom of Universe (1975, Sabotage). Piosenka ta powstała w wyniku improwizacji. Efekt wyszedł świetnie. Kamień milowy dla prog metalu.

War Pigs (1970, Paranoid). Zdecydowanie mój ulubiony utwór grupy. Blisko 8 minut świetnych gitarowych riffów i jeszcze lepszych przejść perkusyjnych. Całość składa się z dwóch części, z której druga okraszona tytułem „Luke’s Wall” jest gitarowym majstersztykiem. W odróżnieniu od okultystycznych tematów z pierwszej płyty na „War Pigs” tekst jest zabarwiony politycznie i wyrażał dezaprobatę wojny w Wietnamie. Klasyk heavy metalu.

The Wizard (1970, Black Sabbath). Trwa spór czy tytułowy czarodziej to inspiracja tolkienowskim Gandalfem czy po prostu metafora handlarza narkotyków. Osobiście uważam, że prawda jest po środku bo jeżeli ktoś kiedykolwiek czytał „Hobbita” czy też „Władce Pierścieni” to wie, że czarownik z krainy Śródziemia miał w sobie coś z dilera dragów. Co do warstwy muzycznej to „The Wizard” ujawnia w sobie inspiracje bluesem nie rezygnując jednocześnie z ciężkich gitar. Poza tym pojawia się harmonijka, która w bogatej dyskografii zespołu pojawia się niezwykle rzadko.

 

 

Przegląd filmowy #5

Trochę zaniedbałem dział filmowy toteż nadrabiam zaległości trzema recenzjami. W dzisiejszym wydaniu przeglądu filmowego znajdziecie pierwszą część Godzilli, Serpico z Alem Pacino w roli głównej oraz rosyjski horror z 1967 roku – Wij.

gojiraGojira / Godzilla – Król Potworów(1954). Nowa, amerykańska Godzilla zbliża się dużymi krokami. Dlatego też postanowiłem do tego czasu obejrzeć wszystkie filmy z legendarnym potworem. Miałem też plan by opisać i ocenić każdy z obrazów, jednak w sieci jest już parę ciekawych recenzji toteż nie będę powtarzał tego co już zostało powiedziane. Ograniczę się jedynie do pierwszej części z 1954 roku, która zaowocowała powstaniem około 30 tytułów z Godzillą w tle. Recenzując film Ishiry Hondy należy zacząć od tła historycznego. Lata 50 to okres zimnej wojny, natomiast dla kraju kwitnącej wiśni jest to czas odbudowy potęgi politycznej i gospodarczej po II wojnie Światowej. Świat bał się konfliktu atomowego. Japonia pod tym względem najbardziej ucierpiała, gdyż 9 lat przed premierą „Godzilli” Hiroszima i Nagasaki zostały totalnie zniszczone przez zrzucone amerykańskie bomby atomowe. Toteż tematyka i przesłanie jakie niesie film Hondy nie powinny dziwić. Pewnej nocy tajemnicza siła zatapia kuter rybacki na morzu, wkrótce zniszczone zostaje miasteczko Oto. Okazuje się, że jest to sprawka Godzilli, która według wierzeń Japończyków jest bogiem potworów żyjących w morzu. Gigantyczny potwór zmierza w stronę Tokio, jednakże próby powstrzymania kreatury powstałej w wyniku eksperymentów atomowych nie przynoszą oczekiwanego rezultatu. Jedyną nadzieją wydaje się być prototyp nowej broni stworzonej przez naukowca Serizawę. Godzilla funkcjonuje w tym filmie jako metafora przyrody, która wymierza ludzkości karę za eksperymenty jądrowe. Film jest czarno-biały przez co nabiera powagi, której zabrakło w dalszych częściach filmów o słynnym jaszczurze. „Gojira” świetnie spisuje się zarówno jako horror jak i dramat, gdyż wątek ludzki jest równie ciekawy. Film ten nie miał dużego budżetu, jednakże jego realizacja pomimo upływu lat wciąż zachwyca. Film ten powołał do życia nową gwiazdę , jaką stała się Godzilla. Ponadto Japońska wytwórnia Toho stworzyła wiele innych potworów takich jak Mothra, Rodan czy też Gigan. Dalsze części filmów o Godzilli były już różne, od bardzo słabych do bardzo dobrych. Pierwszą część uważam za najlepszą w całej serii Showa jak i jeden z najlepszych filmów typu „Monster Movie”. Ocena: 8/10.

serpicoSerpico (1973). Film Sidneya Lumeta opowiada prawdziwą historię nowojorskiego policjanta Franka Serpico, który postanawia w pojedynkę walczyć z korupcją w szeregach policji. W tytułową rolę Serpico wcielił się jeden z moich ulubionych aktorów – Al Pacino. 33-letni wówczas aktor miał na koncie już kapitalną rolę w Ojcu Chrzestnym toteż bez problemu dostał rolę Serpico, która odegrał wręcz rewelacyjnie ukazując determinację jak i zwyczajny strach z jakim żył Frank Serpico. Walka jakiej się podjął była słuszna, jednakże bardzo trudna i kosztowna, gdyż przez nią główny bohater traci miłość jak i zdrowie. Życie głównego bohatera nie jest usłane różami, gdyż wszyscy są przeciwko niemu: koledzy z pracy oraz kolejni szefowie. Film ten trwa ponad dwie godziny, jednak jego oglądanie mija nam nadzwyczajnie szybko. Historia ta wciąga i angażuje widza. Dużą zaletą filmu jest jego klimat oraz sposób w jaki przedstawia nam Stany Zjednoczone lat 70. Widzimy wszystkie brudy ulicy, policji oraz urzędu burmistrza. Policjanci zajęci są zbieraniem haraczów, burmistrz boi się interweniować by nie robić sobie wroga u stróżów prawa, natomiast oficerowie policji za wszelką cenę próbują znaleźć sposób na uciszenie niesfornego policjanta. Punktem kulminacyjnym tych zdarzeń, jest nie udana próba przymknięcia domowej fabryki narkotyków, podczas której Frank Serpico zostaje postrzelony. Warta zwrócić uwagę na muzykę oraz pracę kamer, która jest sporym plusem „Serpico„. Polecam każdemu fanowi dobrego kina jak i entuzjastom filmów policyjnych. Ocena: 9/10.

viy-1967-15-420x241Wij / Wiy (1967). Mało kto wie, że za naszą wschodnią granicą też kręci się dobre filmy. Jednym z takich obrazów jest „Wij” w reżyserii Georgiego Kropachoyova i Konstantina Yershowa. Jest to ekranizacja opowiadania Nikołaja Gogola, która przedstawia historię studenta Choma. Otóż młody teolog pewnej nocy spotyka wiedźmę, którą zabija. Wkrótce dostaje za zadanie odprawiać nabożeństwo żałobne przez trzy nocy przy niedawno zmarłej młodej dziewczynie. Zadanie nie będzie jednak łatwe, gdyż zmarła dziewczyna okazuje się wiedźmą zabitą przez Chomę. Ta pragnie zemsty i nasyła na studenta coraz to groźniejsze demony. „Wij” jest przesiąknięty rosyjskim folklorem co wychodzi mu na dobre. Film ten świetnie się ogląda za sprawą świetnych kolorów, wyśmienitych jak na tamte czasy efektów specjalne oraz bardzo dobrych zdjęć. Dzieło Kropachoyova i  Yershowa ma niepowtarzalny surrealistyczny klimat, który rzadko twórcom horrorów udaje się osiągnąć. Na pochwałę zasługują również aktorzy a w szczególności Natalia Warlej za kreację dziewczyny. Jej kwestia „wezwijcie wija!” długo siedziała mi w głowie. Dla mnie absolutna klasyka kina grozy. Ocena: 9/10.