10 najlepszych seriali

Serial to forma przed którą raczej się bronię. Bronię się przed wciągnięciem w wir maniakalnego oglądania kolejnych odcinków. Poniżej lista seriali, którym uległem.

american-dad-50a7a9e432004

American Dad / Amerykański Tata (2005-obecnie)

Dlaczego warto?: To jeden z tych seriali, które potrafią rozśmieszyć do bólu (autentycznie!). Tytułowy Amerykański Tata to typowy amerykański twardziel pracujący w CIA, głosujący na republikan, jeżdżący wielkim SUVem i chodzący w każdą niedziele do kościoła. Poza tym bohaterami są: nie grzesząca rozumem żona Francine  , ciotowaty syn Steve, córka hipiska, kosmita Roger oraz Niemiec Klaus zamieniony w rybę. Twórcy serialu jadą po bandzie naśmiewając się dosłownie z wszystkiego i to jest zdecydowanie największy plus tego serialu.

Minusy?: Sporo czerstwych żartów, zwłaszcza w wykonaniu łysego szefa CIA i ryby Klausa. Poza tym nie wiele ciekawego do całości wnosi Hayley.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Zdecydowanie kosmita Roger! Głównie przez tą postać umieściłem Amerykańskiego Tatę w moim zestawieniu. W każdym odcinku ma inne wcielenie, różnej płci. I za każdym razem jest wybitnie komiczny. Między innymi wciela się w grubą sekretarkę, której zadaniem jest być molestowaną seksualnie przez szefa, homoseksualnego partnera Ricky’ego Martina czy też producenta muzyki Disco.

fargoFargo (2014-obecnie)

Dlaczego warto?: Tegoroczna produkcja FX to wciągająca historia, która stanowi kontynuacje wydarzeń z filmu braci Coen z 1996 roku o tym samym tytule. „Fargo” to obraz przemiany Lester Nyygarda, który z frajerowatego sprzedawcy polis ubezpieczeniowych zamienia się w zimnego, bezdusznego, cwanego człowieka sukcesu. Serial ma klimat, idealnie obrazuje zimową scenerie małej amerykańskiej miejscowości. Postacie są świetnie napisane. W żadnym serialu nie widziałem tylu ludzko, głupich postaci.

Minusy?: Wątek Stavrosa Milosa, właściciela lokalnej sieci sklepów był nieco naciągany.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Lorne Malvo, czyli zabójca idealny. Mocno charyzmatyczna postać. Malvo to przebiegły drań, jednak ma w sobie to coś co sprawia, że mu kibicujemy.

married-with-childrenMarried with Children / Świat Według Bundych (1987-1997)

Dlaczego warto? Bo to najlepszy sitcom jaki powstał kiedykolwiek. Historia Bundych w pewnym sensie jest ikoną gatunku seriali komediowych. Główną postacią serialu jest sprzedawca butów Al Bundy, który nienawidzi swojego życia. Męczy go żona zakupoholiczka Peggy, syn Bad (kujon prawiczek), córka Kelly (blondynka idiotka) oraz sąsiedzi Marcy i Steve. Z biegiem odcinków Steve’a zastępuje Jefferson, który będzie stanowił pewnego rodzaju sojusznika Ala. W każdym odcinku głowa rodziny Bundych przeżywa wzloty i upadki z naciskiem na to drugie. A jakieś 70% odcinków śmiało można nazwać legendarnymi. W pamięci szczególnie zapadł mi epizod w którym Al z uporem maniaka próbował znaleźć tytuł starej piosenki, którą usłyszał w radiu.

Minusy?: Pierwszy sezon jest kinem familijnym, ostatni sezon to brak pomysłów i autoparodia.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Al Bundy oczywiście. To wokół niego kręci się cały serial. Bundy to nieudacznik życiowy. Żyje czasami liceum, kiedy to jako zawodnik lokalnej drużyny zdobył 3 przyłożenia w jednym meczu. Pracuje w sklepie obuwniczym, nienawidzi grubych kobiet, śmierdzą mu stopy i jeździ starym Dodgem. Najlepszy w nim jest jednak ten jego wymowny wyraz twarzy.

bundy

simpsons_961x421The Simpsons / Simpsonowie (1989-obecnie)

Dlaczego warto? Matt Groening stworzył najzabawniejszy serial animowany w dziejach. Simpsonowie są nadawani w stacji FOX od 1989 roku! Wiem, że są seriale dłużej emitowane jednak Simpsonowie trzymają poziom od pierwszej emisji. Co więcej odcinki zaczynają się za każdym razem różniącym się od siebie intro. Ponadto w każdym sezonie wyświetlane są specjalne wydania na halloween. Na plus należy także odznaczyć bogatą ilość znanych gości (David Duchovny, Metallica, wszyscy Beatlesi, Ronaldo itd.) Największą zaletą serialu jest jednak mnogość postaci, które tworzą szerokie spectrum osobowości.

Minusy? Ciężko czegokolwiek się doczepić. Może jedynie tego, że to bardzo dużo materiału do obejrzenia dla kogoś chcącego zobaczyć ten serial.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Poza Homerem oczywiście to będzie to zdecydowanie Barney Gumble. Kolega Homera, który wiecznie przesiaduje w barze u Moe i wiecznie ma w ręku kufel piwa. Ciągle beka, ciągle zalany, ciągle śmieszny!

sopranosThe Sopranos / Rodzina Soprano (1999-2007)

Dlaczego warto? Wyobraźcie sobie, że wszystkie najlepsze filmy gangsterskie takie jak „Ojciec Chrzestny„, „Chłopaki z Ferajny” czy „Gotti” zostały rozciągnięte do formatu serialu. Tym właśnie jest Rodzina Soprano. Brzmi to banalnie, ale uwierzcie, że takie nie jest. Przygody mafii Tony’ego Soprano to jak przystało na produkcję HBO rozciągnięta, wielowątkowa historia. Obok typowych gangsterskich elementów, pojawiają się problemy natury rodzinnej. Do historii przeszły tajemnicze sny Tony’ego, które zostały zainspirowane serialem „Twin Peaks„. Jeżeli nie macie czasu na cały serial, to polecam zobaczyć odcinki w których pokazane są sceny z sennych marzeń Pana Soprano w którego wcielił się fenomenalny, nieżyjący już James Gandolfini.

Minusy? kilka nieciekawych wątków, mało interesujących postaci i tocząca się w tempie ślimaka akcja z pierwszego sezonu.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=f7vBbEG0zH0

Ulubiona postać: Tony Soprano. Jest to najbardziej rozbudowana postać całego serialu, wokół, którego kręci się cały ciąg wydarzeń. Tony to fan drogich cygar, kolorowych koszul, alkoholu, hazardu i pięknych kobiet. Jest człowiekiem, który bierze wszystko to co chce. Jednak pod maską twardego gangstera, kryje się człowiek, który ma problemy. Dużą rolę w serialu pełnią jego rozmowy z psychologiem dr Melfi.

true detectiveTrue Detective / Detektyw (2014-obecnie)

Dlaczego warto?Detektyw” obok „Fargo” to najlepsza serialowa produkcja zeszłego roku, jak nie kilku ostatnich lat. Co w nim jest wyjątkowego? Przede wszystkim znakomita kreacja Matthew McConaughey’a, który wcielił się w postać detektywa-filozofa. Oczywiście na nie mniejsze brawa zasługuje Woody Harrelson za rolę partnera Harta. W „Detektywie” poczujemy kapitalny klimat Luizjany lat 90 oraz doświadczymy wciągającej, mrocznej historii. Akcja toczy się szybko, dzięki czemu serial sam się ogląda. Co więcej? Sporo tu symboliki, która pozytywnie wpływa na odbiór całości.

Minusy? No trochę zakończenie rozczarowuje, poza tym serial jest bezbłędny. Zresztą zobaczcie poniższą scenę nakręconą JEDNYM ujęciem. Majstersztyk.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s_HuFuKiq8U

Ulubiona postać: No oczywiście, że Rust Cohle. Postać ta ukazana jest dwutorowo. Jako inteligenty, dociekliwy detektyw rozpracowujący sprawę morderstwa oraz jako zapuszczony barman zeznający w sprawie powiązanej z tą, nad którą miał przyjemność pracować. Cohle miał dość ciekawe spostrzeżenia filozoficzne, które nie podobały się jego partnerowi. Jest to postać dość skomplikowana, o ciekawej historii, która w gruncie rzeczy chce dobrze. Grający go Matthew McConaughey wzniósł się tutaj na wyżyny aktorskiego rzemiosła.

twin-peaks-e1391374613948Twin Peaks / Miasteczko Twin Peaks (1990-1991)

Dlaczego wato? Twin Peaks to idealne połączenie mainstreamu z kulturą alternatywną. Pokręcone pomysły Davida Lyncha łączą się tutaj z serialową formą. W serialu tym znajdziemy specyficzny, mroczny klimat, ciekawa zagadkę morderstwa Laury Palmer, którą swego czasu żyła Ameryka, świetną muzykę Badalamentiego oraz szeroki zakres dobrze napisanych postaci. Wielu ludzi nie zrozumiało geniuszu tego serialu, jednak do tej pory Twin Peaks uznawany jest za klasyk. Dlatego też wiele emocji wywołała wiadomość o powstaniu nowego sezonu Miasteczka Twin Peaks.

Minusy? Drugi sezon momentami nie wiedział w którą stronę ma podążać. Chwilami miałem wrażenie, że starano się już go dokręcić do końca i zakończyć.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=ww-88rwt4ms

Ulubiona postać: Agent FBI Albert Rosenfield. Jego złośliwe, aczkolwiek celne uwagi rozbrajały na łopatki. Każde jego pojawienie się na ekranie wzbudzało u mnie uśmiech od ucha do ucha. Ogólnie cały zestaw agentów Federalnego Biura Śledczego to niezła ekipa. Specyficzny agent Cooper, niedosłyszący Gordon Cole (w tej roli David Lynch!) oraz Denise Bryson (David Duchnovny grający kobietę!) to mocna strona serialu.

the-walking-dead-sezon-5-the-walking-deadThe Walking Dead / Żywe Trupy (2010-obecnie)

Dlaczego warto? Bo The Walking Dead to kapitalna pozycja dla wszystkich fanów horrorów oraz filmów post apokaliptycznych. Jest sporo emocji, napięcia, krwi oraz efektów gore. Jednak to nie wszystko, twórcy serialu starają się pokazać wydarzenia przez pewien pryzmat filozoficzno-psychologiczny. Dlatego napotkamy tutaj sporo dylematów natury moralnej oraz rozmów typu „jak żyć?”. Największym jednak plusem serialu jest wiarygodne przedstawienie świata opanowanego przez plagę zombie. Nie ma tutaj superbohaterów, Rick oraz jego wierna kompania zmaga się z podstawowym problemem poszukiwania pożywienia, wody oraz schronienia. The Walking Dead jest obrazem poszukiwania swojego miejsca a zarazem dostarczycielem wielu emocji. To serial drogi w którym znajdziemy zarówno wartką akcję (bohaterowie walczą nie tylko z „walkersami”) jak i czas na pewne przemyślenia.

Minusy? Niestety nie da się ukryć, że każdy kolejny sezon staje się coraz bardziej nudniejszy. Odcinki nie są sobie równie, a akcja toczy się przemiennym tempem. Dla kogoś, kto lubi jazdę bez trzymanki nie jest to dobra opcja.

Najlepsza scena: W sumie to nie ma takiej jednej sceny. Było sporo mocnych obrazków i ciekawych przemówień, jednak bez faworyta.

Ulubiona postać: Daryl Dixon jest typem kolesia przy którym chciałbym być w przypadku końca świata. Koleś jest ogarnięty, zapewnia pożywienie polując, strzela z kuszy (niewyczerpalna broń), mistrz survivalu a w dodatku poczciwy z niego przyjaciel. Podejrzewam, że serial zakończy się wraz z jego śmiercią.

the wireThe Wire / Prawo Ulicy (2002-2008).

Dlaczego warto? Prawo Ulicy to trudny serial. Unika mainstremowych chwytów, przerysowanych bohaterów i ciągłej, wartkiej akcji. Ten serial to obraz życia miasta Baltimore, prawdziwego życia. W każdym z 5 sezonów pokazany z nieco odmiennej perspektywy. Ukazując prawdziwe problemy, historie, które się zdarzyły. Postacie są ciekawe, dobrze napisane. Ponadto całość została okraszona dobrą muzyką. To chyba jedyny serial, który został porównany do dokonań Dostojewskiego i Dickensa, i nie jest to porównanie na wyrost.

Minusy? No cóż, akcja czasami ciągnie się bardzo pooooowoli. Poza tym, serial momentami wydawał się przegadany. No i szczerze powiedziawszy w pierwszych sezonach mocno mnie irytowała główna postać grana przez Dominica Westa.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Mam dwa typy reprezentujące dwa przeciwległe światy. Wśród reprezentantów policji będzie to Bunky Bunk. Detektyw William Moreland to postać komiczna, nie stroniąca od żartów i alkoholu. Jednak często pokazywał swój profesjonalizm do pracy oraz ludzkie podejście do problemów. Trudno go nie lubić. Jeżeli chodzi o gangsterów to Omar, czyli człowiek legenda. Boją się go inni dilerzy, uchodzi za niezniszczalnego i ma dość ciekawą filozofię. Do tej pory mam przed oczami scenę podczas, której zeznawał w kapitalny sposób w sądzie.

mulder-scullyThe X Files / Z Archwium X (1993-2002)

Dlaczego warto? Z dzieciństwa pamiętam, że serial ten budził poczucie lęku głównie z powodu mrocznego motywu muzycznego Marka Snowa. Jednak nie chodzi o sentyment. Przygody Muldera i Scully to fenomenalny serial, który do około siódmego sezon trzymał mocno poziom. Co więcej, do pewnego momentu z sezonu na sezon był coraz lepszy. Część odcinków to oddzielne historie w których pojawiały się zagadki nawiązujące do klasyki kina grozy. Spoglądając na serial znajdziemy tutaj odniesienia do takich tytułów jak „Frankenstein„, „Coś„, „Ludzie-koty„, „Golem„, „Dziwolągi” oraz wielu, wielu innych klasyków. Pozostałe epizody poruszają główny wątek serialu dotyczący teorii spiskowych. Odcinki mają świetny klimat, przez co nie raz można poczuć gęsią skórkę oraz nie jednokrotnie potrafią rozbawić hasłami agenta Foxa Muldera.

Minusy? Ostatni sezon bez Muldera i Scully to jednak, nie to. Ogólnie, gdy zabrakło Davida Duchovnego serial stracił sens.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s0jHlOQVP8Q&feature=player_detailpage#t=101

Ulubiona postać: Oczywista, oczywistość. Agent Fox Mulder. Już wtedy pewne elementy znane z „Californication” David Duchovny przekradał do postaci Muldera. Z jednej strony fanatyk teorii spiskowych, pracoholik i rozżalony stratą siostry człowiek. Z drugiej natomiast wyluzowany gość, fan sportu, entuzjasta dobrej muzyki, kobiecy amant (nie pokazał tego w pełni), który obejrzał 42 razy najgorszy film w dziejach „Plan 9 z kosmosu”.

Przegląd filmowy #6

communion 1989Communion / Wspólnota (1989). Filmów o kosmitach powstało na pęczki. Wystarczy wspomnieć takie klasyki jak cała seria Obecego, Predatora, „Plan dziewięć z kosmosu„, „Marsjanie Atakują„, „Znaki„, „Coś„, „Dystrykt 9” itd. Były to obrazy lepsze i gorsze. Mało jednak w dziejach kinematografii jest godnych polecenia pozycji mówiących o problemie ludzi uprowadzonych przez kosmitów. Takim filmem jest bez wątpienia „Wspólnota” Philippe’a Mora. Pisarz Whitley Strieber (Christopher Walken) wybiera się wraz z rodziną i przyjaciółmi na weekend do domku na wsi. Już pierwszej nocy bohaterowie są świadkami dziwnych wydarzeń. Rankiem następnego dnia postanawiają wrócić do domu, jednakże dalsze zachowanie Striebera budzi obawy wśród małżonki i syna. „Wspólnota” to nie jest typowy film o kosmitach w którym straszy się widza nieznanymi potworami czy też widmem zagłady ludzkości. Wszystko opiera się o psychikę głównej postaci granej przez wybornego jak zawsze Walkena. Whitley początkowo swoje zachowanie tłumaczy napięciem i stratą weny twórczej. Z czasem jednak przypomina sobie coraz więcej faktów związanych z uprowadzeniami przez kosmitów. Przez większość czasu jesteśmy obserwatorami codziennych zmagań pisarza oraz jego leczenia, które przybiera za każdym razem inne, nowe formy. W finale bohater odkrywa prawdę nie tylko o życiu pozaziemskich, ale o sobie. Podobały mi się sceny uprowadzenia, które pomimo tego, że mocno się zestarzały to zachowały surrealistyczny klimat. Na plus należy zaliczyć również dobrą pracę kamer. W pamięci zwłaszcza zapada scena świateł w domku na wsi oraz spaceru Striebera z synem przez korytarz w halloween. Dla francuskiego reżysera film ten był pewnego rodzaju odbiciem po mocno nie udanych dwóch częściach „Skowytu”. Jeżeli jesteś fanem Christophera Walkena i chcesz zobaczyć inny film o kosmitach niż „Dzień Niepodległości” to stanowczo polecam. Ocena: 7/10.

mystic_riverMystic River / Rzeka Tajemnic (2003). Clint Eastwood to nie tylko wybitny aktor, ale i świetny reżyser. Za kamerą debiutował już w 1971 roku i od tamtej pory nakręcił m.in. takie perełki jak: „Bez przebaczenia„, „Za wszelką cenę” czy też „Gran Torino„. Oczywiście wielu jego fanów woli go jako aktora, by zmienili jednak zdanie odsyłam do obejrzenia filmu „Rzeka Tajemnic„. Obraz ten opowiada historie trójki przyjaciół, których drogi po latach się ponownie krzyżują. Jednoczy ich śmierć córki Jimmy’ego Markum (Sean Penn) właściciela osiedlowego sklepu z kryminalną przeszłością. Dochodzenie w sprawie morderstwa prowadzi Sean Devine (Kevin Bacon), który wraz z swoim partnerem podejrzewa trzeciego z grupy przyjaciół Dave’a (Tim Robbins). Najmocniejszą stroną tego filmu jest historia, która została oparta na podstawie opowiadania Dennisa Lehane’a. Intryga zawarta w filmie jest ciekawa, wciągająca i zaskakująca. Do pewnego momentu mamy wyrobioną opinię co do tego „kto zabił”. Jednak później pojawiają się nowe wątki, które burzą wszystko to czego byliśmy pewni. Poza tym „Rzeka Tajemnic” ma kapitalny klimat brudnego Bostonu. Eastwood pokazuje nam szare ulice, małe pomieszczenia domków oraz tytułową rzekę, która pełni metaforę oddzielenia przeszłości od przyszłości. Fabuła nie skupia wyłącznie się na śmierci córki jednego z przyjaciół, gdyż jest wiele pomniejszych wątków, które budują tą wspaniałą i zarazem tragiczną historię. W filmie wystąpiło wielu świetnych aktorów, na szczególne brawa zasłużył Tim Robbins, który idealnie odegrał ojca pogrążonego traumą z dzieciństwa. Poza tym należy wyróżnić niezawodnego Seana Penna oraz Toma Guiry’ego. Jeżeli poszukujecie zaskakującego thillera to jest to pozycja dla was. Ocena: 8/10.

in fearIn Fear / Trwoga (2013). Tom (Iain De Caestecker) wraz z świeżo poznaną Lucy (Alice Englert) postanawiają się wybrać na muzyczny festiwal. Po drodze postanawiają przenocować w hotelu umieszczonym na odludziu. Niestety gubią drogę, co gorsza okazuje się, że ktoś ich śledzi. Podczas przemierzania irlandzikch, ciemnych dróg potrącają Maxa (Allen Leech), który ucieka przed tajemniczymi tubylcami. Zabierają młodzieńca do samochodu, jednak pozostaje pytanie czy wszystko co mówi jest prawdą? Film Jeremy’ego Loveringa trzyma w napięciu od początku seansu, pomimo tego, że fabuła obrazu nie jest zbyt oryginalna. Wątek niebezpiecznego i tajemniczego autostopowicza wykorzystał w pełni klasyk horroru „The Hitcher„. Ponadto motyw zgubienia drogi pojawiał się w wielu filmach, między innymi: „Dead End„, „Wrong Turn” czy też „Enter Nowhere„. W „In Fear” nie ujrzymy za wiele krwi, a całą tajemnica opiera się na nie wiedzy. Dopiero zakończenie filmu wyjaśni w jaką pułapkę wpakowała się młoda dwójka. Film jest pozbawiony wątków pobocznych, co całkowicie wychodzi na plus. Od początku do końca skupiamy się na emocjach Toma i Lucy. Widz nie powinien się nudzić podczas seansu, gdyż w miarę upływu czasu dowiadujemy się „więcej” na temat bohaterów i miejsca w którym się znaleźli. Obraz Loveringa ma wspaniały, jesienny, mroczny klimat. Przez około 80 minut obserwujemy tajemnicze irlandzkie drogi. Ponadto udzielają się nam odczucia niepewności oraz izolacji. Ocena: 6/10.

Kylie Minogue

Po Sufjanie Stevensie pora na przegląd dorobku innego artysty. Tym razem padło na moją ulubioną artystkę pop Kylie Minogue, której fanem jest od czasów kiedy to jeszcze całe dnie biegałem w dresiku. Artystka trafiała do mnie swoimi przebojowymi singlami oraz (a może głównie?) urodą. W tamtym czasie na pytanie Britney Spears czy Christina Aguliera? odpowiadałem Kylie Minogue!

Kylie (1988). Oglądając zdjęcia Kylie z tego okresu przeciera się oczy ze zdumienia. Australijka jest jak wino, im starsza tym lepsza. Jednak nie zapominajmy, że ta płyta jest konsekwencją sławy jaką zdobyła grą w serialu „Sąsiedzi”. Słuchając debiutu „Kylie” ma się wrażenie jakby był to album bez historii. Typowa produkcja dla wczesnych lat 80 nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym poza dwoma pierwszymi piosenkami. „I Shoudl By So Lucky” i „The Loco-Motion” to fajne single z dość naiwnym tekstem. Jednak dalsze pozycje nie wyróżniają się niczym poza słodkim brzmieniem. Mimo to warto zapoznać się z debiutem Australijki, gdyż był to początek dla jej dalszej i bogatej kariery muzycznej. Ocena: 5/10.

Enjoy Yourself (1989). Nie minął rok a Kylie ponownie wkroczyła do akcji. „Enjoy Yourself” jednak nie był krokiem do przodu a jedynie utrzymaniem obecnej pozycji. Album ten jest mocno podobny do debiutu. Święta trójca: Atiken, Stock i Waterman, która była odpowiedzialna z poprzedni krążek wiedziała, że ta muzyka się sprzeda dlatego nie wprowadziła większych zmian na „Enjoy Your Self”. Z pewnością plusem tego albumu jest fakt, że kompozycje na nim zawarte są taneczne, energiczne i rewelacyjnie sprawdzają się jako żywa definicja muzyki pop z tego okresu. Jednak dla kogoś kto czekał na coś nowego „Enjoy Yourself” będzie rozczarowaniem, a szkoda bo sam tytuł płyt nakazuje się cieszyć. Mimo wszystko piąteczka się należy bo to całkiem przyjemny teen pop. Ocena: 5/10.

Rhythm of Love (1990). Zdecydowane najlepsza płyta, która wyszła spod rąk wcześniej wspomnianej trójki Atikena, Stocka i Watermana. Produkcja jest bardziej żywiołowa, głos Kylie jakby pewniejszy. To z pewnością był krok do przodu, jednak w tym momencie nie mogliśmy jeszcze wiedzieć, że Kylie stanie się jedną z legend muzyki pop. Najlepsze utwory na płycie? Z pewnością „Things Can Only Get Better” wyróżnia się ponad resztę (ta gitara!), jednak jest to album bardziej kompletny i równy w porównaniu do „Kylie” i „Enjoy Yourself”. Jeżeli chodzi o początek kariery Kylie (kiedy jeszcze miała te swoje niesforne kędziory na głowie a uśmieszek nie znikał z jej buźki) to jest to mój ulubiony jej album z tego okresu. Ocena: 6/10.

Let’s Go to It (1991). Rok 1991 przyniósł parę zmian. Przede wszystkim zmienił się wygląd Kylie, która wraz z wejściem w lata 90 stała się bardziej „sexy”. Kylie dojrzewa nie tylko wizualnie porzucając image słodkiej, fajnej dziewczyny ze sąsiedztwa, ale także muzycznie. Na „Let’s Go to It” bierze niektóre sprawy w swoje ręce i w ten sposób staje się współtwórcą niektórych utworów. Obok nazwisk Atikena, Stocka i Watermana pojawia się w końcu podpis Minogue. W tym momencie pokazuje swój potencjał, czego efektem będzie późniejszy sukces Australijki. Póki co „Let’s Go to It” był płytą średnią, nie wiele wnoszącą do muzyki pop. Jednak dla fanów jej wcześniejszej twórczości jest to nie lada kąsek. Mi osobiście do gustu przypadł utwór „Give Me Just a Little More Time” oraz „I Guess I Like It Like That”. Ocena: 5/10.

Kylie Minogue (1994). Gdy słyszymy jak brzmi opener tej płyty, czyli „Confide In Me”, jak brzmi sam głos Kylie to wiemy, że ten album jest definitywnie kolejnym etapem w karierze piosenkarki. To już nie Kylie tylko Pani Minogue. Inną zmianą jest brak Atikena, Stocka i Watermana. Produkcją zajęli się zupełnie inni ludzie tacy jak Dave Seaman czy Brett Anderson. Natomiast Kylie Minogue dalej próbuje sama tworzyć piosenki. Czwarta płyta wydaje się być bardziej stonowana, nie tak energiczna, ale wciąż popowa. W zasadzie melodie i brzmienie zawarte na „Kylie Minogue” nie odbiegają od tego co się dzieje w tym czasie w muzyce pop, ale warto posłuchać tej płyty dla tych paru fajnych, popowych ballad takich jak „Put Yourself In My Place” czy też „Dangerous Game”. Ocena: 6/10

Impossible Princess (1997). „Impossible Princess” (tytuł płyty nawiązują do śmierci księżny Diany) to pierwszy konkretny i na prawdę dobry album w dorobku Kylie, który świadomie mogę polecić każdemu entuzjaście muzyki elektronicznej. W tym czasie muzyka pop brzmiała inaczej, do mainstreamu przebiło się wiele motywów wyjętych z techno. Była to pewnego rodzaju rewolucja muzyki elektronicznej, której dostrzeżono zalety i zaczęto kombinować jak to połączyć ze współczesnym popem. Na albumie po raz pierwszy pojawiają się piosenki, które Minogue sama stworzyła od początku do końca. „Too Far” pokazuje dojrzałość jaką osiągnęła Australijka w tworzeniu piosenek, natomiast „Say Hey” zaskakuje nas swoim minimalizmem. Nad produkcją czuwali muzycy zespołu Manic Street Preachers, co słuchać wyraźnie w gitarowym „Some Kind of Bliss” czy też „I Don’t Need Anyone”.„Impossbile Princess” to dobra płyta. Ocena: 8/10.

Light Years (2000). Wejście w nowe milenium Kylie miała mocne. Chodzi mianowicie o singiel „Spinning Around”, który wepchnął Kylie Minogue do czołówki światowego mainstreamowego popu. Ten pierwszy, wielki przebój rozpoczął złotą erę w dorobku Kylie. Jednak „Light Years” to nie płyta jednego utworu. Jest to dobry, taneczny album na którym znajdziemy disco w najlepszym jego wymiarze. Takie „Your Disco Needs You” to świetny kawałek określany „najlepszym utworem disco od lat 70”. I trudno mi z tą tezą się nie zgodzić bo mamy tutaj do czynienia z naprawdę kapitalnym kawałkiem. Wystarczy wsłuchać się w ten patetyczny refren albo ten świetny mostek z okolic 1:51. Przy tworzeniu tej płyty pomagał Robbie Williams, który nawet zaśpiewał jeden gitarowy kawałek z Kylie „Kids”. Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? „Loveboat” oraz „Under the Influence of Love” to fajne piosenki, zresztą jak cała płyta. Ocena: 8/10.

Fever (2002). To na prawdę gorący album, wypełniony po brzegi pierwszorzędnymi hiciorami. Któż z nas nie zna „Can’t Get You Out of My Head”? Największego przeboju Kylie. Poza tym rewelacyjne „Come Into My World” (chyba mój ulubiony utwór na płycie), taneczne „Love At First Sight”, pełne fajnych hooków „In Your Eyes” i na koniec mieszające gatunki „Burning Up”. „Fever” to zdecydowanie najlepszy, najbardziej przebojowy album w dorobku Australijskiej wokalistki. Pójdę nawet dalej i powiem, że jest to jeden z najlepszych albumów popowych mijającej dekady. Łączy on w sobie dojrzałość z nastoletnim szaleństwem. Świetne, taneczne podkłady idealnie się komponują z głosem wokalistki. Poza parkietowymi killerami można tutaj usłyszeć kilka innych dobrych utworów. Takie „Your Love” to fajna gitarowa piosenka, której nie powstydzili by się specjaliści od tego typu grania. Jeżeli miałbym wskazać jakiś jeden album nasiąknięty seksem to wskazałbym „Fever” Kylie Minogue. Kylie, która zaczynała od teen-popu dzięki temu wydawnictwu stała się światową divą popu i symbolem seksu nowego milenium. Ocena: 9/10

Body Language (2004). Po tak świetnie przyjętym albumie jak „Fever” oczekiwania były ogromne. Kylie troszkę rozczarowała recenzentów mimo, że „Body Language” to  na prawdę dobry i równy album. Single na nim zgromadzone nie są tak rażące taneczna radością jak na poprzednim krążku. Ciężko porównywać „Slow” na którym nie wiele się dzieje do takiego „Love At First Sight”, ale jest parę piosenek, które sobie całkiem nieźle radzą. Chociażby „Choclate” jest równie „sexy” jak kompozycje z „Fever” i spokojnie mógłby znaleźć się na tej płycie. Innym dużym plusem jest „Red Blooded Woman” z rewelacyjnym refrenem. Z pewnością te synth-popowe kawałki są na dobry poziomie a Kylie mimo wszystko pokazała klasę podczas gdy reszta czołówki mainstreamowej muzyki opierała się głównie na mniej lub większych skandalach. Chyba za to głównie kochamy Panią Minogue. Ocena: 8/10.

X (2007). Po genialnym „Fever” i jeszcze w miarę fajnym „Body Language” w dorobku Kylie przytrafiła się słabsza płyta, która okazała się strzałem kulą w płot. Osobiście bardzo lubię single zgromadzone na tej płycie. „2 Hearts” to fajna, rozkręcająca się piosenka, gdzie Kylie lansuje się na Marlin Monroe (odsyłam do teledysku), „In My Arms” to jeden z tych utworów, który utrzymywał mnie przy życiu kiedy musiałem słuchać rano w pracy RMF FM, natomiast „Wow” możliwe, że jest najlepszą piosenką w całym dorobku Kylie. Jednak poza tymi trzema utworami nie znalazłem niczego szczególnego na „X”. Niby jest fajnie, melodyjnie, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Brakuje mi tutaj tego czegoś co wcześniej tak bardzo ceniłem u Kylie. Ocena: 5/10.

Aphrodite (2010). Po mało udanym „X” Kylie wzięła się w garść. Zostawiła w spokoju te zabawy w Marlyn Monroe, zacisnęła pośladki i wzięła się ostro do roboty. Efekt? Całkiem przyjemna, fajna popowa płyta „Aphrodite”. Opener i zarazem pierwszy singiel promujący „All The Lovers” oparty na zwykłym pitu pitu działa. Reszta jest kompatybilna. Prostymi środkami do celu. Z pewnością jest lepiej niż na poprzednim albumie. Gdy oglądam współczesne gwiazdy pop ciesze się, że jest jeszcze Kylie Minogue, która wciąż zachowuje klasę i nagrywa fajne piosenki, które ucieszą każdego. Mocne punkty na płycie? „Everything Is Beautiful” – tekst może naiwny i prosty, ale jak ten kawałek brzmi. „Too Much” – czy nie brzmi to jak ten ostatni utwór od Rihanny i Calvina Harrisa? (Kylie była pierwsza). Poza tym na plus… w sumie każda piosenka na tej płycie jest plusem. Każda coś ciekawego wnosi. Brawo, Australijka nie schodzi od ponad 10 lat poniżej dobrego poziomu. Ocena: 7/10.