Przegląd Płyt: The Smashing Pumpkins

Już niebawem wybieram się na koncert The Smashing Pumpkins do Gliwickiej Areny. To idealny moment by przyjrzeć się bliżej bogatej dyskografii zespołu z Chicago, który na scenie jest od końca lat 80! Na blogu nie wiele miejsca poświęciłem grupie Billy’ego Corgana, poza recenzją płyty Oceania i krótkiej notki z ich występu podczas OFF Festival w 2013 roku. Pora naprawić ten błąd i sprawdzić, które płyty grupy są warte uwagi.

Gish (1991). Debiutancki album grupy z wietrznego miasta uznawany jest przez krytyków i znawców za jeden z najlepszych w dyskografii The Smashing Pumpkins. Brzmieniowo to mieszanka wszystkiego co było na topie w latach 90 gitarowej muzyki. Od Dream Popu, przez Grunge po Heavy Metal. Tylko trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że „Gish” było jedną z płyt od których rozpoczęła się rewolucja w gitarowej muzyce. Składający się z dziesięciu utworów debiut ujawnił ogromne zdolności grupy w aranżacji utworów i nakładaniu gitar na siebie by zmaksymalizować finalny efekt. Utwory takie jak „Rhinoceros” czy „Daydream” weszły do kanonu gatunku a na radarze pojawił się nowy zespół, który przysporzył sobie rzeszę wiernych fanów. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Siamese Dream (1993). Drugi w dorobku album grupy do tej pory uznawany jest za ich najdoskonalsze dzieło. I trudno się z tym nie zgodzić. Corgan postanowił pozostać w sprawdzonej rockowej, grungowej estetyce jednak sporo także dodał nowości w brzmieniu. Wpływ na to miały problemy składu, przez co Corgan nagrał praktycznie wszystkie instrumenty samodzielnie (poza perkusją). W porównaniu do poprzedniej płyty i twórczości Nirvany na „Siamese Dream” otrzymaliśmy zupełnie inne gitarowe brzmienie, bardziej łagodne i melodyjne. Serdeczne i zarazem refleksyjne teksty Corgana dopełniły sukcesu jakim były listy sprzedaży płyty. W tamtym czasie obok „Nevermind” Nirvany najchętniej kupowanym albumem było właśnie „Siamese Dream” od zmiażdżonych dyń. Dziś to już klasyk pełną gębą i opus magnum grupy. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Mellon Collie and the Infinite Sadness (1995). Wydana w październiku 1995 roku płyta należy do wielkiej trylogii The Smashing Pumpkins, czyli trzech pierwszych i zarazem najlepszych krążków grupy. Tym albumem Billy Corgan i ekipa pokazali prawdziwy rozmach. 28 utworów, blisko 2 godziny muzyki. Co więcej to właśnie na tym albumie znajdziemy ich najlepsze utwory takie jak użyte w ścieżce dźwiękowej do gry GTA IV „1979„, okraszone wspaniałym wizualnie teledyskiem „Tonight, Tonight” czy „Bullet With Butterfly Wings” z pamiętnym tekstem „World is a vampire„. Corgan czerpał tutaj pełnymi garściami z zespołów rockowych i heavy metalowych lat 70, jednak nie poprzestawał na samej inspiracji a rozwijaniu usłyszanych motywów. „Mellon Collie and the Infinite Sadness” to przede wszystkim pokaz kreatywności oraz konsekwencji w tworzeniu, dlatego też ten album do dziś jest uznawany za wybitny. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Adore (1998). Przy tworzeniu czwartego albumu w grupie nastąpiły przetasowania kadrowe a skład opuścił perkusista Jimmy Chamberlin. Punktem wyjścia przy tworzeniu płyty był hit z poprzedniej płyty „1979„. Całość miała brzmieć jak wspomniana piosenka, czyli pulsująco, elegijnie z wyciszonym brzmieniem. I to w pewnym sensie się udało. Dodano sporo syntezatorów, a utwory obracały się w drem-popowym klimacie co najlepiej opisuje określenie „Post-Grunge”. Corgan tym razem stworzył „skromne” 74 minuty muzyki. Pomimo swoich grzechów to całkiem udany album, który wciąż brzmi dobrze. Nie ma na nim tak pamiętnych hitów jak na poprzednich płytach The Smashing Pumpkins, ale potwierdza, że lata 90 należały do zespołu z Chicago w stanie Illinois. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Machina/The Machines of God (2000). Grupa Corgana nigdy nie doznała syndromu drugiej płyty, gdyż ich drugi krążek okazał się najlepszy w ich dyskografii. Także następny w kolejności „Mellon Collie…” to wybitna perełka w ich dyskografii. W przypadku The Smashing Pumpkins można powiedzieć w zasadzie o syndromie piątej płyty. Przy słuchaniu „Machiny” miałem mieszane uczucia. Wydawać by się mogło, że to będzie jakiś epicki progresywny album koncepcyjny. Nic z tych rzeczy. Sam Corgan nie miał za bardzo pomysłu co zrobić z tą płytą. Próbuje tutaj łączyć dokonania z „Mellon Collie” oraz poprzedniego „Adore„, jednak niekoniecznie te najlepsze. Płyta ponownie jest długa i pojawiają się na niej dobre momenty, jednak po kilku średnich, bezpłciowych utworach zapominamy o nich. Płyta sama w sobie nie jest zła, jednak jak stawiasz koło niej cztery poprzednie albumy to słyszysz różnicę. To jest właśnie ten syndrom piątej płyty. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Zeitgeist (2007). Rok 2007 to był na prawdę wspaniały rok. Bardzo miło go wspominam. Człowiek był młody, Milan wygrywał Ligę Mistrzów no i pojawiło się wiele świetnych płyt. ALE niestety nie autorstwa The Smashing Pumpkins. Wydany w tym roku „Zeitgeist” uznawany jest przez znawców i krytyków za najsłabszy album w całej ich dyskografii. I trudno się z tym nie zgodzić gdy słyszymy te przesadnie skonstruowane utwory. Od wydania poprzedniej płyty mijało 7 lat. W tym czasie zespół się rozpadł a Corgan nagrał „jedyny swój solowy” album „TheFutureEmbrace„. Oczywiście ten cudzysłów przy sformułowaniu jedyny solowy album to taka półprawda. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że The Smashing Pumpkins to Billy Corgan a zespół to tylko ładnie skrojone tło pod jego wizerunek. O reaktywacji The Smashing Pumpkins członkowie dowiedzieli się z ogłoszenia w lokalnej gazecie, także ciężko tutaj mówić o dobrej płycie. No, ale patrząc na ogólne oceny to słuchaczom przypadła do gustu… Krytykom już nie. Ja tylko dodam fakt, że to jedyna płyta grupy, której nie posłuchacie na Spotify. Tak jakby ktoś schował wstydliwy krążek. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Oceania (2012). O tej płycie pisałem przy okazji występu zespołu podczas OFF Festival w 2013 roku TUTAJ, dlatego też nie będę się zbytni rozpisywał. Wówczas słabo znałem dyskografię grupy, a ich najnowsza płyta podobała mi się. Teraz z perspektywy czasu złagodziłbym swoją ocenę. Płyta sama w sobie po tym czasie, gdy ją słucham wydaje się być OK. Zwłaszcza po przesłuchaniu przekombinowanego „Zeitegeist„. Jednak na przestrzeni tych 11-12 lat nie wróciłem do tego krążka ani razu, dopiero teraz przy okazji tworzenia tego wpisu. Podejrzewam, że teraz następny powrót także nie nastąpi zbyt wcześnie. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Monuments to an Elegy (2014). Album z 2014 roku to drugi po „Oceanii” album w ramach projektu Teargarden by Kaleidyscope i pierwszy krążek zespołu, który nie trwał dłużej niż 33 minuty. Znając Billy’ego Corgana i jego zamiłowanie do tworzenia monumentalnych, rozbudowanych i niemiłosiernie długich albumów taka decyzja mogła zaskakiwać. Osobiście uważam, że zespół na tym skorzystał, gdyż „Monuments to an Elegy” jest znacznie przystępniejsze w odbiorze. Dostajemy konkretny, zwarty zestaw piosenek aniżeli rozciągnięte fascynacje i wizje Corgana. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Shiny and Oh So Bright, Vol. 1 / LP: No Past. No Future. No Sun. (2018). Dziewiąty album w dorobku grupy The Smashing Pumpkins tylko z nazwy jest długi. Billy Corgan postanowił użyć sprawdzonego na wcześniejszej płycie patentu i nagrał materiał trwający trochę ponad półgodziny. Dzięki temu płyta jest zwarta i łatwiej wyczuć chemię pomiędzy muzykami. A ta przy zmienionym składzie się udzieliła. Do składu wrócił pierwszy perkusista grupy Jimmy Chambarlin oraz gitarzysta James Iha. Tą pozytywną energię czuć zwłaszcza w takich utworach jak „Travels” czy też „With Sympathy„, gdzie otrzymujemy niemalże popowe brzmienie. Nie brakuje tutaj także mocniejszego, gitarowego brzmienia jak chociażby w „Solara„. Udany i całkiem przyjemny powrót Dyń z Chicago. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cyr (2020). Można było się spodziewać, że Corgan nie pozostanie długo przy formule krótkich i zwięzłych albumów. Ten romans potrwał tylko przez dwie płyty, gdyż wydany w okresie pandemii „Cyr” to już kolejna rockowa epopeja trwająca 72 minuty. Sporo tutaj syntezatorów i spłaszczonego brzmienia, Corgan z kolei dwoi i się troi by wszystko brzmiało tak, jak to zaplanował. Przyznam, że nie jestem fanem kierunku, w którym zmierza grupa. Płytę przesłuchałem bez większych emocji, nie była zła, ale na pewno do niej nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Atum: A Rock Opera in Three Acts (2022-2023). Nie dajcie się zmylić nazwie. To żadna Opera. Co prawda są trzy akty (to znaczy trzy albumy), ale nie jest to żadne wzniosłe, patetyczne, wielkie dzieło The Smashing Pumpkins. To po prostu kolejna, nieco miałka płyta Billy’ego Corgana, która została niemiłosiernie rozciągnięta do trzech krążków. Tak jak na minionym „Cyr” jest tu ponownie sporo syntezatorów, a całość brzmi jak nieco dziaderski rock bez pomysłu, ale za to z wieloma wspomnieniami. Szkoda, że nie powstało z tego coś wielkiego i podniosłego. Corgan ma zdolności do tworzenia takich dzieł, jednak już od dawna ich nie używa… Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

10 Najlepszych piosenek Radiohead

Beatlesi, Rolling Stonesi czy też Bob Dylan mieli takie top listy na blogu. Nawet Muse, Muchy, Myslovitz czy też Black Sabbath załapały się na taką listę. Pora na kolejny, już legendarny band. O kim mowa? Oczywiście o samym Radiohead. Ich ostatni koncert w Polsce to idealna okazja by stworzyć takie zastawienie. Wybranie 10 najlepszych utworów tego zespołu to nie lada wyzwanie. Starałem się wyselekcjonować po jedynm z prawie każdego albumu. Kolejność alfabetyczna, aczkolwiek i tak czuje pewnego rodzaju uczucie, że pominąłem tyle świetnych piosenek…

2 + 2 = 5 (2003, Hail To the Thief). Swego czasu dysponowałem obliczeniami i notatkami mówiącymi, że faktycznie dwa plus dwa to pięć. Jednak nie chcę was zadręczać matematyką, zwłaszcza, że są wakacje. Poza tym matematyka nie jest moim konikiem, Radiohead i ich muzyka za to tak. Opener albumu „Hail To The Thief” to jeden z najlepszych jakie udało się nagrać Yorke’owi i ekipie. Jest wprowadzenie, suspens no i co najważniejsze pierdolnięcie. To lubię. Dobra zapowiedź, dobrej płyty.

Posłuchaj

Burn The Witch (2016, A Moon Shaped Pool). Radiohead wciąż potrafi zadziwić i zaciekawić. Pomimo tego, że ich ostatni album to zlepek odkurzonych starych utworów to i tak przewyższa to poziom nie jednej produkcji z mianem Best New Music na Pitchforku. „Burn The Witch” świetnie to pokazuje. Poziom jaki tutaj osiągnągneli chłopaki z Oxfordu jest poza zasięgiegiem dla wielu muzyków. Swoje też robi teledysk, który przypomina klasyczny thiller z 1973 roku „Kult„.

Posłuchaj, a raczej zobacz.

Creep (1993, Pablo Honey). „Creep” przez wielu uznawany jest za najlepszy utwor Radiohead. Czy słusznie? Można się spierać, gdyż dyskografia Radiohead jest bardzo bogata. Na pewno jest to najpopularniejszy track Thom’a Yorke’a i spółki. Dla mnie ten utwór ma szczególne znaczenie, zwłaszcza, że przy nim miałem swój „pierwszy taniec”, więc jak mógł się nie znaleźć na mojej liście?

Posłuchaj, ale na pewno już to słyszałeś/aś. Zwłaszcza jak byłeś/aś na moim weselu.

High And Dry (1995, The Bends).High And Dry” jak i cały album „The Bends” to jeden wielki klasyk tak zwanego Britpopu. Lata 90 to szczególny okres dla Muzyki, a Britpop to nie jedynie Oasis i Blur. Radiohead także dołożył swoją cegiełkę, i to całkiem przyzwoitą.

Posłuchaj

How To Disappear Completely (2000, Kid A). Z „Kid A” miałem ogromny problem. Jak wybrać jeden najlepszy utwór z płyty, która jest cała najlepsza? Mój wybór ostatecznie padł na „How To Disappear Completely”. Przyczyna? To chyba najbardziej dołujący utwór Radiohead. Dołujący i zarazem piękny. Pięknie zbudowany, zagrany. Trochę gorzej może zaśpiewany, ale głos Yorke’a wielbię i tak. Przez te prawie sześć minut utworu człowiek odczuwac wszystkie możliwe odczucia. Ból, Miłość, Uwolnienie, Smutek, Radość, Oczyszczenie. Co tylko chcecie. Tylko Radiohead tak potrafi, serio.

Posłuchaj i poczuj.

I Might Be Wrong (2001, Amensiac). Nigdy nie byłem szczególnym fanem elektroniki i zwolennikiem zabawy z nią. Radiohead jednak udało się bardzo fajnie wplątać syntezatory w swoje gitary. „I Might Be Wrong” to dobitnie ukazuje i może stanowić przewodnik dla pozostałych próbujących mieszać te dwa światy. Okazuje się, że może jednak nie miałem racji co do elektroniki?

Posłuchaj

Jigsaw Falling Into Place (2007, In Rainbows).In Rainbows” to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenionych krążków grupy. Co prawda po czasie widzę jego niedoskonałości, jednak dalej uważam, że do dobry longplay. Stąd też wyróżnienie dla „Jigsaw Falling Into Place„, utworu przy którym wyłem do księżyca w czasach licealnych. Radiohead nie nagrywa rzeczy słabych, tak też jest i w tym przypadku.

Posłuchaj

Just (1995, The Bends). Tym motywem gitarowym Johnny Greenwood kupił mnie totalnie. „Just” to świetny, brit rockowy kawałek w którym aż nosi Yorke’a. Mnie swoją drogą też nosi. A teledysk? Prawdopodobnie najlepszy w dorobku radiogłowych.

Posłuchaj

Karma Police (1997, OK Computer). „To ten kawałek w którym koleś ucieka przed autem?”. Tak, dokładnie ten. Ciężko by na liście TOP10 zabrakło kultowego „Karma Police„, który śmiało można określić jednym z najlepszych w dorobku. To jak Yorke robi przerwy na „This Is What You Get” i sama końcówka utworu to normalne CIARY. A najlepsze jest to, że to wciąż tak samo działa od 20 lat!

Posłuchaj

Paranoid Android (1997, OK Computer). Czasami miałem dni, że słuchałem tylko tej piosenki. No bo po co słuchać innej, skoro ta jest tak doskonała? To co tutaj zrobił Yorke to jakiś kosmos. Cała linia melodyjna, tekst pełen gorzkich uwag, klimat, teledysk, „Kicking, squealing Gucci little piggy”. Nie ogarniam tej doskonałości. To nie piosenka, to dzieło.

Doznaj

 

 

 

Dlaczego Park Jurajski jest cool?

Byłem ostatnio w kinie na wyczekiwanym przeze mnie filmie „Jurassic World„. I było super! Jednakże zanim opiszę Wam mój powrót do dzieciństwa przy okazji filmu Colina Trevorrowa, chciałbym przez moment skupić się na wcześniejszych częściach „dinozaurowej sagi”.

jurassicpark4148Jurassic Park / Park Jurajski (1993). Do dziś pamiętam moment, kiedy ojciec przyniósł ten film na kasecie VHS i wspólnie go oglądaliśmy. Dla mnie, fana dinozaurów ten seans był spełnieniem marzeń równie wielkim jak wizyta w kanionie dinozaurów w chorzowskim ZOO. Wypożyczałem ten film średnio raz w miesiącu i do tej pory mi się nie znudził. Zacznijmy od tego, że obraz Steven Spielberga był pionierski. Nigdy wcześniej w światowej kinematografii nie mieliśmy do czynienia z filmem, który w taki sposób pokazał dinozaury. Spielberg skusił się na skorzystanie z innowacyjnych technik grafiki komputerowej, która do tej pory wygląda okazale. Ponadto nie pożałowano pieniążków na wspaniałe makiety dinozaurów. Przykładowo scena z chorym Triceratopsem robi spore wrażenie.

Sama historia też jest ciekawa. Milioner John Hammond buduje na jednej z tropikalnych wysp nieopodal Kostaryki park w którym znajdują się sklonowane dinozaury. By móc go jednak otworzyć potrzebuje pozytywnej opinii ludzi z branży. Do Parku przybywają trzej badacze: Dr Alan Gran (Sam Neill), Dr Ellie Sattler (Laura Dern) oraz Dr Ian Malcolm (Jeff Goldblum). Jak się okazuje z czasem, nie wszystko idzie po myśli Hammonda. Z powodu awarii, dinozaury uciekają ze swoich wybiegów a główni bohaterowi staną twarzą w twarz z prehistorycznymi maszynami do zabijania. Fabuła trzyma w napięciu do samego końca i pomimo tego, że w scenariuszu pojawiają się mniejsze lub większe głupoty to oglądamy ten film z wielką ciekawością. Jest to kino nastawione na typową rozrywkę, jednakże ma w sobie ważne przesłanie, które brzmi: „natura zawsze wygra z człowiekiem”.

JurassicOgromną zaletą filmu Spielberga poza efektami specjalnymi i wartką akcją jest klimatyczna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Johna Williamsa. Muzyka oraz jej montaż została doceniona przez Akademię Filmową dwoma Oscarami. Jest to całkowicie słusznie przyznana nagroda przez Akademię, której często zdarza się nagradzać filmy, które nie zasługują na jakąkolwiek nagrodę. Gra aktorska, poza ironicznym Goldblumem nie powala na kolana, ale kto by się tym przejmował, kiedy to głównie skupiamy się na dinozaurach?

Podsumowując, „Park Jurajski” Spielberga to film fajny, innowacyjny i ciekawy. Dzięki niemu ruszyła cała moda na obrazy z dinozaurami. Wystarczy tylko wspomnieć takie tytuły jak: „Carnosaur„, „Prehysteria”, „Dinozaur„, „Pterodaktyl” itd. Ponadto film ten był kamieniem milowym w dziedzinie komputerowych efektów specjalnych. Ocena: 8/10.

jurassicsecondpicThe Lost World: Jurassic Park / Zaginiony Świat: Jurassic Park (1997). „Zaginiony Świat” to typowy filmowy sequel rządzący się prawem „wszystkiego więcej”. Mamy więcej dinozaurów, więcej akcji, więcej krwi oraz więcej bohaterów. Pozostaje jednak wciąż to samo ekologiczne przesłanie filmu. Stojący nad swoim grobem John Hammond po niewypale jakim był Park Jurajski przechodzi metamorfozę. Z biznesmena dużej rangi zamienia się w obrońcę natury. Firma InGen planuje otwarcie nowego parku z dinozaurami, tym razem na lądzie w Stanach. W tym celu wysyła ekipę by schwytała wszystkie dinozaury żyjące na Isla Nublar. Hammond by zapobiec temu scenariuszowi wysyła na wyspę małą grupkę osób, która ma im to uniemożliwić.

Osobiście uważam „Zaginiony Świat: Jurassic Park” za udany sequel. Efekty specjalne wciąż robią wrażenie, akcja nie zwalnia tempa a dinozaury są jeszcze bardziej drapieżne! Muzyka ponownie stoi na wysokim poziomie a gra aktorska, dzięki Jeffowi Goldblumowi i Julianne Moore cieszy oko. Druga część jest znacznie mroczniejsza i brutalniejsza. Akcja toczy się głównie w nocy, w strugach deszczu. Liczba bohaterów także się zwiększa, przez co będziemy świadkami znacznie większej ilości zgonów spowodowanych przez dinozaury. Nowinką jest także fakt, że pod koniec filmu zmienia się miejsce akcji z dżungli liściastej na dżungle betonową. Jeżeli chcecie zobaczyć Tyranozaura chodzącego po miejskich ulicach to musicie koniecznie zobaczyć „Zaginiony Świat„. Ocena: 7/10.

JP3Paras11Jurassic Park III / Park Jurajski III (2001). Trzecią część „Parku Jurajskiego” wyreżyserował Joe Johnston, który wcześniej m.in. odpowiadał za takie filmy jak: „Jumanji” oraz „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki„. Niestety nie można tego filmu nazwać w pełni udanym. Czuć w nim brak pomysłu na serię. O ile „Zaginiony Świat” jest logiczną kontynuacją pierwowzoru z 1993 roku, to trzecia część pasuje tutaj jak pięść do nosa. Dr Grant (Sam Neill) ponownie wraca na wyspę dinozaurów. Tym razem jako przewodnik dla bogatego małżeństwa. Na miejscu okazuje się jednak, że nie jest to wyprawa turystyczna a ratunkowa. Małżeństwo poszukuje swojego syna, który zaginął w pobliżu wyspy. Bohaterowie ponownie staną twarzą w twarz z krwiożerczymi bestiami.

Nowością jest wybór dinozaurów. Oczywiście ponownie pojawią się welociraptory, jednakże tytuł króla dżungli przejmie Spinozaur. Fajnie też, że pojawiły się latające gady. Jednakże brakuje w tym wszystkim emocji i elementu zaskoczenia. Film od początku jest mocno przewidywalny i przerabia po raz setny te same schematy. Już na starcie wiemy kto zginie, kto przeżyje i jak to wszystko się skończy. Efekty specjalne wciąż robią wrażenie, jednak to za mało by nazwać ten obraz udanym. Poza tym wcześniejsze części miały w sobie elementy thrillera i horroru, „Park Jurajski 3” natomiast jest typowym filmem przygodowym nastawionym na zysk. Ocena: 5/10.

JURASSIC-WORLD-15-1940x1042Jurassic World (2015). Gdy ponad rok temu dowiedziałem się, że powstanie nowa część „Parku Jurajskiego” to ucieszyłem się niezmiernie. Czy warto było czekać? Zdecydowanie tak! Zacznijmy od tego, że „Jurassic World” w pewien sposób odcina się od poprzednich części „dinozaurwej sagi”. Istnieje już park z dinozaurami, który przyciąga tysiące turystów. Ci jednak wymagają coraz więcej. By wyjść na przeciwko oczekiwaniom gawiedzi, powstaje nowy gatunek dinozaura – Indominus Rex. Jak trudno się nie domyślić, I-Rex nie będzie grzecznie siedział w klatce…

Świat przedstawiony w tym filmie jest wspaniały. Marzenie Hammonda zostaje spełnione. Dinozaury żyją na wyspie, a tysiące turystów przyjeżdża specjalnie by je zobaczyć. Ludzie poruszają się w specjalnych szklanych kulach pomiędzy dinozaurami (Jimmy Fallon objaśnia ich funkcjonowanie), obserwują wodne wyczyny Mozazaura, przemieszają się po wyspie linią kolejową a dzieci dosiadają małych Triceratopsów. Nad wszystkim sprawuje pieczę sztywna Claire Dearing (Bryce Dallas-Howard). Ponadto Park spełnia funkcje naukowe. Ekipa badaczy klonuje coraz to nowsze gatunki dinozaurów a Owen Grady (Chris Pratt) tresuje welociraptory. Wynikami tych badań mocno interesuje się Vic Hoskins, reprezentant pamiętnej, „złej firmy” InGen.

JWSB2Na początku wspomniałem, że film Trevorrowa jest zupełnie oddzielnym obrazem od pozostałych część. Jednakże pojawia się w nim wiele nawiązań do pierwszej części, co jest bardzo fajne. Pomimo tego, że jest to typowy blockbuster w którym znajdziemy wiele fatalnych rozwiązań (Claire uciekająca przed Tyranozaurem w szpilkach) to czas spędzony przy tym filmie mija nam szybko i przyjemnie. Kuleje trochę fabuła, gdyż wątki rodzinne w filmie nie są jego najciekawszym aspektem. Jednak otrzymujemy superbohatera w postaci Pana Grady’ego oraz jego bandę dinozaurów. Efekty specjalne wyznaczają nową jakość no i jest wiele, wiele, wiele dinozaurów. W tym po raz pierwszy wodny gad – Mozazaur. Film ten trzeba traktować stricte rozrywkowo jako wspaniały wehikuł czasu do lat 90. Ocena: 7/10.