David Lynch – esencja twórczości, czyli 5 filmów, które trzeba zobaczyć.

David Lynch – amerykański reżyser, producent, aktor, scenarzysta, twórca muzyki. Istny człowiek orkiestra, geniusz obrazów z pogranicza snu i jawy. Jedna z ciekawszych postaci kina i telewizji, którą warto przedstawić. Poniżej znajdziecie pięć recenzji, które przybliżą wam piątkę jego obrazów, które wypadałoby zobaczyć.

The Elephant Man / Człowiek Słoń (1980). Zachowując chronologię powstawania, należałoby zobaczyć pierwszy film Lyncha, który zyskał ogromne uznanie oraz został uhonorowany Cezarem za najlepszy film zagraniczny. Oczywiście swoją wielkość Lynch zaprezentował już 3 lata wcześniej reżyserując Eraserhead / Głowa do Wycierania, jednak moja lista rozpocznie się od mocno wzruszającego Człowieka Słonia. Film ten oparty jest na prawdziwej historii Johna Merricka. Merrick, który cierpi na nietypową chorobę (jego ciało jest w dużym stopniu zdeformowane) jest atrakcją w cyrku jako „człowiek słoń”. Doktor Frederick Treves (Anthony Hoopkins) postanawia pomóc Merrick’owi. Akcja rozgrywa się końcówce XIX wieku i tu już pojawia się pierwszy duży plus za zobrazowanie tła wiktoriańskiej Anglii oraz rewolucji przemysłowej, która nabierała tempa. Dodatkowego klimatu dodaje fakt, że film jest od początku do końca czarno-biały. Charakteryzacja Johna Hurta, który wcieli się w rolę człowieka słonia również robi wrażenie. Dlaczego ten film warto zobaczyć? Jest to bardzo smutny a zarazem ciekawy obraz ukazujący problem inności, zrozumienia, akceptacji. Film świetnie ukazuje jak John Merrick pragnie żyć szczęśliwie i „normalnie”. Sceny z jego udziałem to istne wyciskacze łez. David Lynch przez pierwsze półgodziny świetnie tworzy napięcie i nastrój  oczekiwania na „człowieka słonia”, dalsza część jest już ukazaniem Johna Merricka w pełnym jego wymiarze. Poza scenami snów i pierwszą sceną filmu ukazująca kobietę przewróconą przez słonia brakuje tu typowego surrealizmu a la David Lynch, co sprawia, że film ten jest przyjazny każdemu widzowi i idealnie nada się na seans dla całej rodziny.

Blue Velvet (1986). Na początek troszkę o fabule. Jeffrey Beaumont (Kyle MacLachlan) znajduję kawałek odciętego ucha. Po zaniesieniu znaleziska na miejscowy komisariat postanawia wraz z nową poznaną koleżanką Sandy Williams (Laura Dern) rozwiązać tajemniczą zagadkę, która kryje się za odciętym uchem. Doprowadza go to do poznania Dorothy Vallens (Isabella Rossellini) i szalonego zwyrodnialca Franka i jego kumpli. Film klasyczny, świetnie pokazujący pewne relacje międzyludzkie oraz cielesność a jednocześnie opowiadający ciekawą historię pełną intryg i tajemnic. Tajemnica to słowo klucz w działalności Davida Lyncha. Bez pewnej dozy niewiedzy na pewne tematy filmy tego reżysera mogłyby stracić na wartości. Po drugie symbolika. Jej też nie zabraknie w Blue Velvet, nie jest może tak wyeksponowana w tym filmie jak w jego późniejszych dziełach, ale pojawia się. Na pochwałę zasługuje świetna kreacja Kyle’a MacLAchalana, który świetnie pokazał fascynację śpiewaczką Dorothy Vallens a także muzyka Angelo Badalamentiego, którego współpraca z Panem Lynchem była mocno owocna także w późniejszych dziełach reżysera. Z całą pewnością film z 1986 roku jest pozycją obowiązkową.

Twin Peaks: Fire Walk With Me (1992). Serial Miasteczko Twin Peaks, którego twórcami byli David Lynch i Mark Frost był kamieniem milowym w dziedzinie serialu. Jego charakterystyczna budowa, sposób toczenia się akcji, trudność w odbiorze spowodował, że nie był to serial masowy a wręcz elitarny. Z każdym następnym odcinkiem wyodrębniała się grupa społeczna, dla której ten serial był arcydziełem. Poza tym Lynch był jednym z pierwszych reżyserów kina, który swoją twórczość przeniósł na odbiorniki telewizyjne. Jego śladami poszli między innymi Martin Scorsese, Ridley Scott czy też Steven Spielberg. Przejdźmy jednak do samego filmu. David Lynch po zakończeniu dwu-sezonowego serialu Twin Pekas postanowił dać widzom „coś jeszcze”. Dlatego powstał Twin Peaks: Fire Walk With Me, który jest prequelem serialu. Pokazuje on wydarzenia, które zaistniały przed samym serialem. Zobaczymy między innymi śledztwo w sprawie morderstwa Teresy Banks jak i ostatnie dni życia Laury Palmer. Dla fanów serialu film ten powinien być łakomym kąskiem, obsadę stanowią praktycznie ci sami aktorzy, których znamy z Miasteczka Twin Peaks. Jednak Ci, którzy nie oglądali serialu także będą zadowoleni, gdyż obraz ten stanowi esencję twórczości Lyncha, pełną zagadek, sekretów, niedopowiedzeń i domyśleń. Mimo, że pojawiały się głosy, że Lynch za dużo dopowiedział do serialu to warto zobaczyć ten film ze względu na przytłaczającą atmosferę małego miasteczka Twin Peaks a także nerwowość scen z udziałem Laury Palmer i jej ojca.

Lost Highway / Zagubiona Autostrada (1997). To kolejny film Lyncha, gdzie zostałem zrobiony w bambuko. Od początku układałem sobie wszystko spokojnie w głowie, każdą scenę, każde wydarzenie. Wszystko próbowałem ułożyć w logiczną całość, jednak nic z tego. Końcówka filmu znowu zawirowała moim mózgiem a Pan Lynch po raz kolejny pokazał mi figę z makiem. Film przedstawia Freda Madisona (Bill Pullman), muzyka jazzowego, który podejrzewa swoją żonę Alice (Patricia Arquette) o to, że go zdradza. Małżeństwo dostaje dziwne kasety video z nagraniami z ich domu. Po pewnym czasie na jednej z nich ukazane będzie morderstwo Alice a Fred trafi do więzienia i zostanie skazany na karę śmierci. Jednak jak się później okaże to nie muzyk siedzi w celi tylko ktoś zupełnie inny… Od tego momentu zaczyna się dziać akcja pełna tajemnic. Po raz kolejny zobaczymy sceny z pogranicza rzeczywistości a fantazji głównego bohatera. Czasami mi się wydaje, że David Lynch pisze te scenariusze zaraz po przebudzeniu o 4 rano. Niedopowiedzenia w fabule mogą być minusem, jednak Lynch ukrył w tym filmie wiele wskazówek, które pozwalają ułożyć całość w logiczną kupę. Gdy już to każdy z nas zrobi spokojnie po seansie to wie, że film był genialny. Po raz kolejny udało się wytworzyć rewelacyjny klimat duszności i mroku dopełniony fragmentami piosenek Rammsteina. Chciałbym kiedyś pójść na piwo z Lynchem i pogadać o tym filmie.

Mullholand Drive (2001). Mullholand Drive to pierwszy film Davida Lyncha jaki obejrzałem. Jeszcze przed seansem nie wiedziałem czego się dokładnie spodziewać. Wiedziałem tylko jedno, że film ten jest wybitny. Niektórzy w swoich opiniach dzielili swoje życie na trzy etapy: przed Mullholand Dr, Mullholand Dr i post-Mullholand Dr. Zachęcony takimi zdaniami, zobaczyłem ten ponad dwu-godzinny obraz. Po obejrzeniu tego filmu mój mózg był jak wypluta guma do żucia. Nic do końca nie było takie jak na początku. Mimo, że film ten uznawany jest za jeden z tych, który najłatwiej idzie zrozumieć i logicznie poukładać to i tak wymaga od nas wysiłku intelektualnego. Akcja rozpoczyna się od wypadku samochodowego, przeżywa tylko kobieta – Rita (Laura Harring), która traci pamięć. Rita poznaje przypadkowo Betty (Naomi Watts), która niedawno przyjechała do Los Angeles by stać się „wspaniała aktorką”. Betty postanawia pomóc Ricie. Szczerze powiedziawszy nie widziałem nigdy tak zakręconego filmu. Ogromną zaletą Mullholand Dr jest to, że Lynch wymieszał w nim wiele gatunków. Mamy sceny typowo komediowe (historia reżysera Adama Keshera, scena z płatnym zabójcą) jak i wyrwane z najstraszniejszych horrorów (dziwna postać za restauracją). Reżyser tego obrazu stworzył świetny klimat narkotycznego Los Angeles. Sceny w teatrze czy też spotkanie reżysera z kowbojem na nowo definiują stwierdzenie „geniusz kina”. Dopełnieniem tego arcydzieła jest klimatyczna muzyka stworzona przez Angelo Badalamentiego. Ten film trzeba zobaczyć.

I tak na koniec trochę mniej serio twórczość Lyncha przedstawiona w dwie minuty:


Batman

Kto z was w dzieciństwie nie chciał być super bohaterem i walczyć ze złem w tajemniczym przebraniu, za pomocą niesamowitych przyrządów? Bohaterem mojego dzieciństwa bez wątpienia był człowiek nietoperz, który walczył ze przestępczością w mieście Gotham City. Komiksy z batmanem, które przeczytałem można policzyć na palcach jednej ręki, ale dzięki serialom animowanym i filmom z batmanem w roli głównej zapragnąłem zostać superbohaterem na wzór batmana. Oczywiście nie zrealizowałem swojego marzenia z dzieciństwa, ale fanem filmów z netoperkiem pozostałem. Oto recenzje filmów z moim ulubieńcem:

Batman (1989) – Nie jest to pierwszy film z Batmanem, ale od niego zaczęła się seria filmów. Reżyserem był Tim Burton. I jest to jeden z głównych powodów dla których warto zobaczyć ten film. Pan Burton jest jednym z moich ulubionych twórców filmowych. Stworzył on wiele świetnych produkcji, z czego w prawie połowie brał udział świetny Johnny Deep. Gnijąca Panna Młoda, Jeździec bez głowy, Sok z żuka, Charlie i Fabryka Czekolady. I wiele, wiele innych filmów. Mają one swój bajkowy, mroczny klimat. I również w pierwszej części Batmana czuć było Tima Burtona i jego świetne pomysły. Następny powód? Obsada! Jack Nicholson jako Joker! Można godzinami debatować, kto zagrał lepiej tą postać? Ledger czy słynny odtwórca głównej roli takich filmów jak Lśnienie czy też Lot nad kukułczym gniazdem. W roli batmana mamy Michaela Keatona, ale jakoś bez większych wzlotów. Pojawia się również Kim Basinger. Towarzystwo jest zatem doborowe.

Słówko o fabule. Bogacz Bruce Wayne prześladowany przez wspomnienie morderstwa swoich rodziców postanawia walczyć z przestępczością za pomocą stroju nietoperza i kilku gadżetów. W tym czasie w mieście Gotham City dzieje się źle. Wszech obecna korupcja, w policji również oraz liczne przestępstwa powodują, że w mieście pojawia się Joker. Niegdyś mafiozo Jack Napier jednak po tym jak wpadł do zbiornika pełnego chemikaliów pragnie zemsty w tym na batmanie.

Efekty jak na rok upadku komunizmy w Polsce są bardzo dobre. Nieznacznie się zestarzały. Sam Batman wygląda może zbyt statycznie, tak bardziej komiksowo, ale jest to do zniesienia gdyż w ciągu dwóch godzin Tim Burton zapewni nam dużo świetnej zabawy przy oglądaniu tego filmu. Ocena: 8/10

Batman Returns/Powrót Batmana (1992). Kontynuacja pierwszej części Batmana. W Gotham City pojawia się człowiek pingwin, który wychował się w kanałach. Zachłanny biznesmen i przestępca Max Shreck (nie ten zielony Shrek ani to miejsce najkrótszych randez-vous) usiłuje zrobić z niego burmistrza miasta by przeforsować swój plan budowy elektrowni w mieście. By to zrobić człowiek pingwin wykorzystuje swoich ludzi by zastraszyć mieszkańców i jednocześnie osłabić batmana oraz burmistrza miasta. Pomaga mu w tym Kobieta Kot, która wcześniej usiłuje zemścić się na mężczyznach a przede wszystkim na swoim szefie Shrecku.

Druga część przygód Batmana również została wyreżyserowana przez Tima Burtona i również zagrali w niej świetni aktorzy. Tym razem Danny DeVito idealnie odegrał człowieka Pingwina, który mimo, że był postacią negatywną to wzbudza litość u widza. Świetnie pokazała nam przemianę Seliny Kyle w kobietę kota Michelle Pfeiffer. Natomiast Christopher Walken wcielił się w postać Maxa Shrecka. W roli Batmana wciąż Michael Keaton, który wypadł lepiej niż w wcześniejszej wersji. Zarówno jak w pierwszej części film zachwyca od początku mrocznym, baśniowym klimatem Tima Burtona. Idealnie dopasowane scenerie, kadry zachwycają oko. Muzyka natomiast skomponowana przez pana Elfmana zachwyca ucho. Akcja toczy się podczas świąt Bożego Narodzenia, miesiąc grudzień, lód, śnieg, ciemne wieczory, świecące choinki, lodowate rzeczki w parku, pływająca wielka żółta kaczka. Jeszcze nie poczułem się zawiedziony przez tego reżysera. Polecam każdemu. Nawet nie lubiąc Batmana warto zobaczyć. Ocena: 8/10.

Batman Forever (1995). Tym razem Tim Burton wyłącznie w roli producenta tylko. Reżyserią zajął się Jole Schumacher. I kurcze zestarzał się ten film. Kiedyś wydawał się lepszy, teraz na spokojnie mogę powiedzieć, że przekombinowany. Brakuje klimatu Burtona, mamy co prawda gwiazdorską obsadę, ale to nie wystarczy by zakryć wszystkie braki. Val Kilmer trochę mniej denerwuje jako batman, ale generalnie troszkę ciężko zaspokoić moją potrzebę dobrego odegrania człowieka nietoperza. Dla mnie Bruce Wayne/Batman to superstar i ciężko mi wskazać aktora który by dobrze zagrał tę postać i zaspokoił moją potrzebę spełnienia przed ekranem. Nicole Kidman zbłaźniła się, powiedziałbym to samo o panu Carrey’u, ale on właśnie w tamtym czasie miał same takie zwariowane role także pod tym względem nie zawiódł. Wydurniał się na swoim, niedoścignionym poziomie. Poza tym to był jego czas chwały a komedie z tamtego okresu można fajnie obejrzeć z kimś najbliższym. Najbardziej zawiodło mnie przedstawienie postaci Two Face’a, którego gra Tommy Lee Jones. Zupełnie nie przekonuje mnie historyjka z kwasem, jakoś za dużo w tym nonsensu, za dużo.

W tej części Batman ugania się jednocześnie za człowiekiem zagadką oraz byłym prokuratorem Gotham Dentem, który stał się nijakim Two Face. Motywy ich postępowania są z lekksza absurdalne, także nie spodziewajcie się fajnego psychologicznego portretu złoczyńcy. O ile człowiek zagadka jest opętany manią na temat swojego chlebodawcy Bruce’a Wayne’a to Two Face po prostu stał się zły bo oberwał kwasem po mordzie. Pojawia się postać Robina, który chce pomścić śmierć rodziny cyrkowców. Momentami film był fajny, momentami męczyłem się. Ocena: 5/10

Batman & Robin (1997). W miasta szaleje Mr. Freeze, który załamany nieuleczalną chorobą żony próbuje zamrozić miasto Gotham. Pomaga mu w tym przebiegła Pamela Isley, która jako Trujący bluszcz chce zagłady ludzkości by górą była nowa forma roślin. Jedynie Batman przy pomocy Robina może uratować miasto przed szaleńczym duetem. Fabuła jak widać dość kimiksowa i tylko tym można wytłumaczyć beznadziejność tego filmu.

Podejrzewam, że najgorsza część batmana jaka się ukazała. Niemiłosiernie się męczyłem oglądając ten dwóch godzinny koszmar zatytułowany Batman & Robin. Zacznijmy od tego, że nie lubię Robina, dla mnie Batman zawsze był samotnie walczącym bohaterem a jedyna pomoc na jaką mógł liczyć to Alfred, którego chyba próbowano uśmiercić w tej części. Dobrze, że tego nie zrobili. A w tej części nie dość, że ejst Robin, którego jakoś przełknąłem to pojawia się batwomen. Nie jest to oczywiści wymysł filmowców, Ci bohaterowie byli pokazani już wcześniej w komiksach, ale dla mnie Nietoperz musi walczyć sam.

Kiczowato ten film wygląda, strasznie się zestarzał. Oglądając go przypomniał mi się taki paskudny serial puszczany na Polsacie pt Power Rangers. Nasza trójka nietoperzy wyglądali właśnie jak te kolorowe ludki w kaskach. Uma Thurman fatalnie, obecny gubernator  Kalifornii irytował, za dużo już było tych jego hasełek, Goeorge Clooney jako bożyszcz Wayne Bruce OK ale jako Batman… no proszę. Alicia Silverstone jako Batgirl w porządku, ale i tak wszystko mizernie wyglądało. Jak brzmi stare piłkarskie porzekadło „Nazwiska nie grają”. Ocena: 3/10

Batman Begins/Batman Początek (2005). Na fali braków pomysłów na nowe filmy wrócono również do pomysłu Batmana by go odświeżyć i dodać do tytułu magiczne, wiele razy powtarzane słowo „Początek”. Także w tej części zobaczymy jak To mały Bruce przestraszył się nietoperzy, zobaczył śmierć swoich rodziców a także nauczył się tych wszystkich sztuk walki oraz nadał początek człowiekowi nietoperzowi. A w mieście Gotham dobrze się nie dzieje jak zwykle. Korupcja, handel prochami, mafia trzyma władze. Jednak pojawia się nasz bohater, który nie tylko musi wyczyścić miasto z przestępczości ale uratować je przed Ra’s Al Ghul i jego ninja, którzy chcą zniszczyć miasto za pomocą strachu.

Nie jest to kontynuacja Batmana i Robina oraz pozostałych części Tima Burtona i Jole’a Schumachera. Christopher Nolan raczej od tej części rozpoczął własną serię filmów z nietoperzem. Na pewno na plus można odnotować, że porzucono komiksową specyfikę fabularną i wszystko wydaje się bardzie uzasadnione, bardziej realne. Taki Scarecrow to nie jakiś strach na wróble tylko koleś z workiem na głowie pryskający gazem strachu. Historia jest wiarygodna i mimo, że momentami zastanawiamy się WTF? to jest to firm na poziomie, który nie męczy a momentami nas zainteresuje. Jest grupa mankoltentów dla których to najgorsza część Batmana, ale dla mnie te odświeżenie było fajnym pomysłem. Zwłaszcza, że dało to ujście kolejnej część o której dalej. Ocena: 6/10

The Dark Knight/Mroczny Rycerz (2008). Najnowsza i zarazem ostatnia produkcja z walecznym nietoperzem. Reżyserią zajął się Christopher Nolan. I co by powiedzieć o tym filmie by nie przesadzić? Jest świetny to się zgadza. Bardzo dobry, dynamiczny, pełny akcji i napięcia obraz z takimi gwiazdami w rolach głównych jak: Heath Ledger, Gary Oldman, Morgan Freeman, Aaron Eckhart czy też Christian Bale jako Batman. Najbardziej spodobała mi się dwójka Ledger i Oldman. O ile Joker i Ledger to już klasyka, świetna rola plus przedwczesna śmierć aktora mają swój efekt to Oldman troszkę w cieniu. Niezasłużenie. Koleś świetnie pokazał się jako porucznik Gordon. Jedna z lepszych ról w filmie. Jeżeli chodzi o warstwę techniczną to wszystko idealnie. Przez 152 minuty nie czuć upływającego szybko czasu, świetnie się bawiłem oglądając ten film. Zwłaszcza scenę w której Joker napada na policyjna eskortę. Efekty specjalne mocnym plusem filmu. Sam Batman jest mocno dynamiczny, taki jak bym tego oczekiwał. By to uwydatnić porusza się on często na swoim motocyklu.

Scenariusz też jest ciekawie rozpisany. Podoba mi się to jak został pokazany Joker i sam Hervey Dent i jego przemiana w Two Face. Wątek ten został pominięty w wersjach Burtona, jednak The Dark Knight nadrabia te zaległości. Fabuła może nie różni się zbyt wiele od wcześniejszych wersji bo mamy miasto Gotham City, w którym dzieje się po prostu źle. Nowy Prokurator Hervey Dent ma temu zaradzić. Pojawia się jednak nieprzewidywalny Joker, miasto musi liczyć na pomoc Batmana. I jak się okaże dobro i miłość nie zawsze wygrywa. Sam film mi się mocno podoba i jeżeli nie macie co robić wieczorem to polecam. Ocena:8/10.

Modest Mouse – Lonesome Crowded West

Modest Mouse zalegało u mnie już od czasów licealnych, i muszę się przyznać, że odkryłem ich na nowo. Więc moi mili jeżeli jesteście sympatykami amerykańskiego niezalu bądź wszelkich innych alternatywnych szarpnięć o struny gitary to idziecie w dobrym kierunku czytając tą reckę.

Przełom lat ’90 i ’00 należał w pewnym sensie do nich. W zanadrzu kilka wyśmienitych płyt, w tym omawiana teraz Lonesome Crowded West z 1997 roku, sprawiło, że Ci kolesie z Ameryki są uznawani obecnie za żywe legendy indie. Mimo, że w 2007  pojawili się w mediach na szerszą skalę to nie utracili swojej wiarygodności. Ostatnio nawet szło ich usłyszeć na TVN-ie także co drugi polak musiał ich nieświadomie słyszeć. Jednak pamiętajcie to płyty sprzed 10 lat są legendarne.

O co kaman z tym Modest Mouse? Jeżeli jesteś fanem żywiołowego gitarowego grania, pędzącego hi-hatu, świetnych kompozycji to musisz ich sprawdzić. Poza tym ten nie typowy wokal. Isaac Brock co prawda może na początku odrzucać, ale z czasem każdy się przekona, że to co on z siebie wydobywa dodaje tylko specyficznego klimatu. Zapodajcie sobie MM i ruszcie wyobraźnią. Widzicie kaktusy? Ziemia nie widziała wody już od kilku tygodni, może nawet miesięcy. Nie jest zielono. Jedyny przejaw zieleni to gdzieniegdzie pojawiające się kaktusy. Dominuje pomarańcz, żółć i inne ciepłe… gorące kolory. Z tego gorąca koleś ubrany w potargane jeansy upieprzone w kurzu poci się nieustannie (nie jest taki „wyszybciony”) i co chwile wyciera pot w rękaw swojej koszuli w kratę (canadian indie style). Wsiadając do równie zakurzonego cadillaca swobodnie puszcza sprzęgło i rusza do przodu słuchając przy tym spokojnych pierwszych brzmień gitary Doin’ the Cockroach. Bydło na drodze nie pozwala na dalszą podróż. Zanim chłopak z farmy obok zagonił krowy na druga stronę jezdni słychać było już  „And it’s been a long time/Which agrees with this watch of mine/And I guess that I miss you, and I’m sorry/if I dissed you”. Ruszył, dalej już tylko był riff gitary Trailer Trash. Nieznane jest imię tego bohatera, możemy utożsamić go z pewnym kowbojem. Tak chodzi o Cowboy Dan.

Reszta jest już w waszej kwestii. Jeżeli nudzi Ciebie podążanie za nowoczesnymi trendami, mówiącymi „klawisz zamiast gitary”  lub słuchanie obrzydłych nowych, kolejnych, nowych-kolejnych, kolejnych-najnowszych indie kapel itd. Ekstremalnie wiele Kapel w większości po prostu beznadziejnych. To sięgając po tą płytę, która jest przepełniona energią dobrze robisz. Jest w pytę. Muszę szczerze przyznać, że jest też na swój sposób pokręcona, w taki pozytywny oczywiście. I pomijając teksty stojące na wysoki poziomie to jest to muza, którą można nawet nucić w drodze do pracy. Nie ma co zbytnio się rozpisywać dalej. Warto samemu sprawdzić. Ocena:9/10

Posłuchajcie sobie Trailer Trash, ale to jak będziecie w domu. Wykorzystajcie ładną „gniotkową” pogodę wpierw. Peace.