Off’owe propozycje część piąta

Wszystkie karty rozdane, znamy cały zestaw artystów tegorocznego Off Festiwalu. W piątym już odcinku off’owych propozycji pragnę przedstawić dwóch szczególnych wykonawców.

MF DOOM – Operation Doomsday. Pisałem wcześniej, że mocno liczę na scenę hip-hopową tegorocznego Offa? Tak, tak pisałem przy okazji drugiego odcinka. Niestety odwołany został występ Das Rascist (zasmuciłem się), ale na szczęście będziemy mieli okazję zobaczyć legendę undergroundowego rapu – MF DOOM. Ten czarnoskóry i zamaskowany raper jest ulubieńcem każdego fana porządnego hip-hopu (i nie tylko!). Zasłyną głównie z błyskotliwych nawijek, dobrego flow oraz wielu, wielu, wielu nawiązań w swoich nieprzeciętnych utworach. Z tym wszystkim możemy się zetknąć na albumie „Operation Doomsday” z 1999 roku. To pierwszy album DOOM’a. Obecnie uznawany jest za klasyk gatunku i mimo, że za opus magnum tego artysty uznaje się inną płytę („Madvillainy”) to dla mnie osobiście fajnie byłoby usłyszeć parę kapitalnych utworów z tej płyty na offowym koncercie. No bo jak nie docenić genialnego „The Finest”, „Doomsday” czy też „Dead Bent”? Nie da się. A teraz apel do wszystkich hip-hopowców. W tym roku zapomnijcie o złotych łańcuchach, przyszykujcie oryginalne maski!

Chromatics – Night Drive. Parę tygodni temu zachwycałem się nad nową płytą Chromatics „Kill For Love”, jednak tak na prawdę „Night Drive” z 2007 roku jest o wiele, wiele lepszym i ciekawszym albumem. Po pierwsze nie jest tak nie równy, po drugie nie ma tutaj dłużyzn, wszystko jest dopracowane no i po trzecie znajdziemy tutaj „Running Up To The Hill”, czyli chyba najlepszy ich utwór EVER. Oczywiście „Night Drive” nie nazwiemy płytą jednej piosenki, gdyż opcja zagrania na koncercie TYLKO piosenek z tego albumu byłaby nawet całkiem niezłym pomysłem. Pomijając kwestie koncertowe, wrócę jeszcze do samego albumu. Ta płyta idealnie odnajduje się jako soundtrack do nocnej jazdy samochodem. Nie nakierowała mnie na to nazwa (która jest tak oczywista, że aż tajemnicza) a sama muzyka. Troszkę transu, troszkę klimatycznego basu no i ten wokal (podobno live nie brzmi za dobrze, ale co tam) to podstawowe elementy składowe tej płyty. Czekamy na koncert!

Muse – Showbiz

muse-showbiznot everyone likes Muse… FUCK THEM!!!

Zgadza się. Muse to band, który nienawidzisz z wielu powodów. Bo tak Borys napisał, bo Bellamy jest zbyt natchniony, bo utwory przepełnione patosem, bo Starlight ma denerwującą melodyjkę, bo mają swoją armię wyznawców. Muse to także band, który kochasz z wielu powodów. Bo Paweuu tak powiedział, bo dają wspaniałe koncerty, bo ich muzyka na Ciebie wpływa, bo sprawiają Ci frajdę, bo mają niezłe solówki itd.

Pomijając tą całą otoczkę trzeba stwierdzić, że udało im się osiągnąć status gwiazdy. W Wielkiej Brytanii uważani za najlepszy zespół w dziejach obok Radiohead, The Beatles, Rolling Stones, Joy Divisiom. Na koncertach zbierają tysiące ludzi, sprzedawalność płyt rośnie, na last.fm Muse w czołówce odsłuchań mimo, że ostatnią płytę wydali 3 lata temu. Anglicy są popularni i być może to najpopularniejszy zespół rockowy XXI wieku, tak jak niegdyś Queen czy Nirvana. Muse to zjawisko.

Jednak jak bym chciał przypomnieć czasy o których sami muzycy chcą zapomnieć. Czasy z XX wieku. Dokładnie z 1999 roku, kiedy Muse debiutował. Wtedy wydali swój pierwszy album zatytułowany Showbiz. Według niektórych najlepszy. Inni sądzą, że najgorszy. Ja sądzę… ani tak, ani tak. Na pewno lepszy niż ostatnie dwie płyty Muse: Black Holes and Revelations i Absolution. Wydaje mi się, że Origin of Symmetry było bardziej przemyślana płytą.

Szczerze powiedziawszy nie kupiłbym w 1999 roku ich płyty. Zespół, który nie tak dawno temu grał gothic metal i nazywał się Rocket Baby Dolls szczerze powiedziawszy nie przyciągnąłby mojej uwagi. Mimo to zespołowi udało się zabłysnąć. Obyło się bez pomocy NME bez której wiele zespołów nie miało by racji bytu.

Skupmy się teraz na samej płycie. Ma fajny początek. Hipnotyzująca partia klawiszowa w Sunburn zniewala. Bellamy poza tym, że naprawiał rury w Teignmouth to także świetnie grał na pianinie. Efekty zauważalne. Muscle Museum to pierwszy utwór z którego emanuje patos. Nazwa piosenki ma wiele wspólnego z nazwą zespołu. W słowniku pomiędzy wyrazami Muscle i Museum znajduje się słowo Muse. Po drodze mamy utwory bardziej energetyczne jak Cave czy Uno w którym Bellamy wykrzykuje: „You could’ve been number one / And you could’ve ruled the whole world / And we could’ve had so much fun / But you blew it away”. Czyżby złamane serduszko panie Bellamy? Są także wzruszające ballady jak Unintented w której Bellamy dalej drąży temat: „You could be my unintended / You could be the one Ill always love”. Showbiz to najbardziej rozbudowany utwór pod względem rytmicznym jak i melodyjnym. Od tego momentu na każdej płycie Brytyjczyków można znaleźć taką perełkę: Citizen Erased, Butterflies and Hurricanes, Knights of Cydonia.

Nie wiem jak wy, ale mi się ta płyta podoba. Szkoda, że sam zespół sam mało nawiązuje do tych czasów. Zamiast tego nagrywa utwory z Skinnerem (ten z The Streets) imitując Linkin Park. Na koncertach także unikają utworów z tej płyty. A szkoda. Jeżeli kojarzysz Muse tylko z ostatnich dwóch płyt to warto byś sprawdził drugie oblicze zespołu. Zanim pojawiły się przeogromne  koncerty i teledyski z helikopterami. Ocena: 8/10.

To może jednak Sunburn? Smacznego!

Clinic – Clinic

Witam wszystkich czytelników. Na starcie tłumaczę decyzje wyboru płyty, którą zrecenzuje dnia dzisiejszego. Nie od dziś wiadomo, że zespół Clinic wystąpi na tak zwanym Off Festival, który organizuje od 2006 roku Artur Rojek u siebie w mieście. Zostałem poproszony aby przedstawić zespoły występujące na tym, że festiwalu. Zacznę od Brytyjczyków.

„Liverpool. Muzyczne miasto. Miasto zespołu The Beatles” – cytat z programu Europa da się lubić. Nie oglądam, ale akurat przełączałem kanały i mi się trafiło to stwierdzenie. Muszę się zgodzić z tym zdaniem. Liverpool. Tak jest to miasto. Z niego pochodzi jeden z najlepszych zespołów w dziejach, ale nie zapominajmy o innych. Mianowicie o Clinic.

Z nimi było zawsze tak, że mało ludzi ich kojarzyło, znało, ale każdy słuchał. Jak to możliwe? Telewizja. Pamiętacie reklamę mentosa z owcami? To oni grają w tle. Niesamowite. Clinic jest tak zajebiście alternatywny a wszyscy słyszeli chociaż raz w życiu ich muzę, niezły paradoks. Oni lubią być mroczni, ich muza jest mroczna. Oni zawsze funkcjonowali gdzieś w tle. Wydali 2 genialne płyty, w zasadzie każda ich płyta jest przynajmniej dobra. Nie schodzili nigdy poza pewien poziom zajebistości. Nazwę mają też, taką alternatywną, że trudno znaleźć w sieci cokolwiek na ich temat bo wpisując Clinic w głupi google najpierw pokazują się informacje na temat szpitali i klinik. Ubiór także mają ciekawy. Na ustach maski operacyjne, czy jak to się zowie. Takie jakie mają lekarze w każdym bądź razie.

Clinic to zespół, który przyzwyczaił już swoich fanów do tego, że w lata parzyste wydaje swoje albumy: Internal Wrangler (2000), Walking with Tree (2002), Winchester Cetherdal (2004), Visitations (2006) oraz ostatnio album Do It (2008). Wyjątkiem jest płyta zatytułowana Clinic (Inna nazwa to Voot), która wyszła w 1999. W zasadzie to jest kompilacja składająca się z pierwszych trzech Epek zespołu. I właśnie ta kompilacje chcę zrecenzować. Dlaczego akurat ten krążek? Bo od niego wszystko się zaczęło, zespół dzięki niemu mógł zaistnieć i wydawać kolejne płyty. Poza tym od tej płyty poznałem Clinic jeszcze w czasach kiedy nie fascynowałem się muzyką indie i nie słuchałem zaciekle takich zespołów jak Muse czy Arcade Fire.

Zatem co mamy na tej, że kompilacji? Wszystko się zaczyna od utworu I.P.C. Subeditors Dictate Our Youth w którym rytmiczna perkusja wprowadza nas w klimat tej płyty. Wciągający i psychodeliczny utwór opowiada nam wiele o zespole. Tak właśnie będzie brzmieć muzyka Clinic aż do roku 2008. Będzie wciągająco, psychodelicznie, ciekawie itd. Następnie Porno. Nazwa dobra, idealnie pasuje do wokalu, który imituje odgłosy kobiety w trakcie stosunku seksualnego. Pewnie myślicie sobie: „co za przykre zboki! i ja mam ich słuchać? wolne żarty, autor tej recenzji jest takim samym zboczeńcem jak te patafiany z Liverpoolu. Walę taki interes, nigdy tu nie zajrzę” a ja powiem, że nie jet to prawdą. Utwór brzmi ciekawie i nie jest to takie chore na jakie wygląda. Pomysł interesujący. Jest wiele gorszych i obrzydzających rzeczy w telewizji. Teledyski z gołymi dupskami, solarki, żelusie itd. I to wszystko za dnia na antenie, kiedy dzieci oglądają telewizje! Wracając do płyty. Warto nie tylko ze względu na D.P. z tej nieszczęsnej reklamy, ale i dla innych utworów. Poza tym jest tutaj mega zajebisty utwór pt. Cement Mixer. Genialne. Z reszta każdy utwór na tej kompilacji to 5 gwiazdek na Windows Media Player.

Szczerze polecam tą kompilacje. Inne płyty też mają fajne, na pewno jeszcze napiszę nie jedną ich recenzje bo zespół wybitny. Tym czasem ocena: 9\10. Kurde, ale się rozpisałem…dobra kończę bo zaraz grają Czesi. Do zobaczyska kochani! Jedźcie na Off’a i słuchajcie Clinica!