Sufjan Stevens

Sufjan Stevens. Jeden z najbardziej uzdolnionych i płodnych artystów amerykańskiego niezalu. Wciągu 10 lat wydał osiem albumów długogrających, każdy został dobrze odebrany w środowisku muzycznym i dziennikarskim. W moim osobistym ranking Sufjan jest w czołówce wykonawców łączących folk z szeroką pojętą muzyką indie. Niniejszym wpisem spróbuję przedstawić albumy Amerykanina o litewskich korzeniach. Mam nadzieję, że uda mi się w ten sam sposób opisać innych ważnych artystów o których do tej pory nie miałem okazji wspominać. Miłej lektury i zachęcam do zapoznania się z twórczością Pana Stevensa.

A Sun Came! (2000). „A Sun Came!” to debiutancki krążek Sufjana Stevensa. Artysta nagrywając ten rewelacyjny album postawił sobie wysoko poprzeczkę a co najważniejsze w późniejszych latach zdołał ją przeskoczyć wielokrotnie pobijając wcześniejsze osiągnięcia. Sufjan zamieścił na tym albumie 21 utworów. Część utworów jest kilku sekundowymi skitam, które przeważnie pojawiają się na rap albumach. „A Sun Came!” to przede wszystkim mieszanka wielu instrumentów, brzmień i dźwięków, które nawiązują do różnych kultur. Taki „Demetrius” łączy w sobie rock’owe brzmienie z orientalnym transem. Natomiast „Ya Leil” to już typowy oriental bez żadnych domieszek. Na płycie dominują przeważnie akustyczne, gitarowe, folkowe utwory. Jednak nie brakuje mocnych odjazdów przy użycia gwizdka w „Satan’s Saxophones” czy też zastosowania elektroniki w utworze „Joy! Joy! Joy!”. Ta płyta pokazała tak na prawdę jakie zdolności w tworzeniu posiada Sufjan Stevens i jak potrafi być różnorodny. Ocena: 7/10

Enjoy Your Rabbit (2001). To drugi album w dorobku Sufjana Stevensa, który zupełnie różni się od debiutanckiego. Po pierwsze płyta ta jest zupełnie instrumentalna, a po drugie brzmienie jej jest w pełni nasycone elektroniką. Sufjan już na wcześniejszym albumie bawił się tego typu elektroniką, jednak dopiero teraz dał w pełni upust swoim zdolnościom w tej materii. I trzeba przyznać, że udało się. Kompozycję są nieprzewidywalne i ciekawe. Sufjan Stevens tym albumem oddał hołd kulturze Dalekiego Wschodu, gdyż poszczególne utwory swoimi nazwami nawiązują do chińskiego horoskopu, co wydaje się być pomysłem ciekawym. Jak się później okaże Sufjan Stevens nie raz nas zaskoczy swoją pomysłowością. Ocena: 7/10.

Greetings from Michigan: The Great Lake State (2003). Przy okazji wydania tego albumu Pan Stevens zapowiedział chęć nagrania po jednym albumie poświęconemu jednemu stanowi w USA, jak się okazało projekt zatrzymał się tylko na dwóch stanach: Michigan i Illinois. Jednak trzeba przyznać, że intencje były dobre a sam pomysł niespotykany w świecie muzyki. Ja jednak myślę, że jeszcze kiedyś Sufjan nagra coś o jakimś stanie. Wtrącę także pewną anegdotę dotyczącą Sufjana i tej płyty. Całkiem niedawno na zajęciach podczas oglądania dziewiętnastowiecznej mapy Stanów Zjednoczonych wspomniałem znajomemu o projekcie Sufjana Stevensa. Ów Znajomy wtedy zapytał co to znaczy „alternatywny wykonawca”, czy oznacza to, że jeździ on autobusem? Otóż nie. Odpowiedź tkwi w twórczości Sufjana Stevensa i pomimo, że ta cała gadka o projekcie 50 Stanów była tylko akcją promocyjną to sam materiał zgromadzony na tym albumie jest unikatowy. „Greetings from Michigan” to opis rodzimego stanu Sufjana (Urodził się w Detroit – miasta Robocopa oraz miasta przeżywającego ostatnio proces wyludniania). W Stanach Michigan ze względu na swój krajobraz jest nazywany „Stanem Wielkich Jezior” (coś a la nasze Mazury). I tego akcentu nie zabrakło na tym właśnie krążku, jest on opisem przyrody jak i ogólnym zarysem samego Michigan. Teksty nawiązują do typowych problemów społeczeństwa nie tylko amerykańskiego. Ponadto nadal przychodzi nam zachwycać się bogatą barwą brzmień. Ten koncept album był ogromnym krokiem w przód dla Sufjana Stevensa. Ocena: 9/10.

Seven Swans (2004). Na kolejny album Sufjana fani nie musieli czekać długo, gdyż pojawił się rok po wydaniu bardzo dobrego Michigan. Jak się okazało następny krążek nie wpisywał się w „projekt 50 Stanów” a jego problematyka nawiązywała do sfery religijnej. Czwarta płyta w dorobku artysty jest jakby skromniejszy w brzmieniu w porównaniu do wcześniejszych „bogatych” i „grubych” wydawnictw. Słodki, chłopięcy głos Sufjana Stevensa łączy się tutaj z miłymi żeńskimi chórkami, fortepianem, lekko podkreśloną perkusją, która momentami zanika. Oczywiście nie zabrakło banjo, które stało się takim znakiem rozpoznawczym Stevensa obok czapki z daszkiem i doklejonych skrzydeł. Najlepsze określenie na „Seven Swans” to słowo mistyczny. Sufjan Stevens zawarł tutaj wiele przemyśleń dotyczących sfery sakralnej a same teksty nawiązują do chrześcijaństwa: „Abraham, put off on your son. / Take instead the ram /until Jesus comes” czy też „And when we are dead, we all have wings / We won’t need legs to stand”. Płyta ta mocno wpływa na nasze myśli i zmusza do refleksji nad pewnymi sprawami, pomaga nam w tym w pewnym sensie minimalizm brzmienia, ale i także świetne teksty Sufjana Stevensa. Esencją tego krążka jest tytułowe „Seven Swans”, które pięknie się rozwija od spokojnego dźwięku banjo i głosu Sufjana do mocno patetycznego uniesienia, gdzieś w okolicach 4:34. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś po prostu niesamowitym. Ocena: 9/10.

Illinois (2005). Piąty album w dorobku artysty jest nie tylko powrotem do idei projektu 50 stanów, ale także powrotem do bogatej i ciekawej aranżacji utworów i szerokiej gammy instrumentów wykorzystanych przez Stevensa. Osobiście uważam ten album za najlepszy w dorobku Sufjana Stevensa, który spiął się tutaj na wyżyny swojej zdolności tworzenia genialnych piosenek. Cały album jest genialny i bezbłędny. Słowa to za mało by opisać uczucia towarzyszące tej płycie. Dla mnie ten krążek ma „wewnętrznego ducha”, który zachwyca swoim bogatym brzmieniem. Sufjan Stevens opisał na nim Stan Ala Bundy’ego, który jest sąsiadem stanu Michigan. Opis jest ten różnorodny, bo z jednej strony jest „JOHN WAYNE GACY, JR.” – jeden z najokrutniejszych i najbardziej znanych zabójców seryjnych XX wieku w Stanach Zjednoczonych a z drugiej „THE SEER’S TOWER”, czyli najwyższy wieżowiec USA. Najwięcej braw album zebrał za rewelacyjny utwór „Chicago”, który do tej pory jest uznawany za największy „hit” artysty. Jednak każdy utwór na tym albumie tak na prawdę jest fenomenalny. Podoba mi się spokój i sposób prowadzenia narracji w Casmir Pulaski Day. Na duże brawa zasługuje intro albumu złożone z dwóch pierwszych utworów, które rewelacyjnie wprowadza nas w świat przedstawiony przez Stevensa. Dużą wyobraźnią wykazał się Sufjan także pisząc te absurdalnie długie tytuły piosenek, których nazw wolę nie przytaczać ze względu na ich długość. Konstrukcją album ten przypomina debiut Stevensa, mamy mnogą ilość tytułów (22) oraz pojawiające się co jakiś czas kilku sekundowe przejścia. Dalsze opisywanie Illinois nie ma sensu, tą płytę należy posłuchać. Tych, których zniechęcą zakręcone tytuły i ilość utworów proszę o chwile cierpliwości i skupienia, z pewnością polubicie tą płytę tak jak ja ją polubiłem. Ocena: 10/10.

The Avalanche: Outtakes & Extras from the Illinois Album (2006). Czyli tak jak w tytule – jest to zlepek odrzutów z poprzedniej płyty oraz kilku dodatkowych piosenek. Album ten pokazuję tak na prawdę jak bogaty wybór miał Sufjan Stevens przy wyborze 22 utworów, które miały stworzyć rewelacyjne Illinois. Pozostałe piosenki, mniej pasujące i mniej rewelacyjne utworzyły właśnie to wydawnictwo. Mimo ich solidności i równości oraz zaprezentowania Chicago w trzech różnych wersjach, nadal są to utwory, które z jakiegoś powodu nie znalazły się na Illinois. Siłą rzeczy nie może to być album na miarę poprzednich i jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem, nad którym nie ma sensu głębiej się rozwodzić. Można to potraktować jako album „kopalnia”, czyli każdy będzie mógł poszukać czegoś dla siebie. Ocena: 5/10.

The BQE (2009). Ten album to kolejny ciekawy pomysł Sufjana Stevensa w karierze. The BQE to płyta składająca się wyłącznie z intrumentalnych, symfonicznych utworów. Czyli jest to całkowicie coś nowego, czego wcześniej nie mieliśmy u naszego bossa alternatywy. Jednak bądźmy szczerzy, Stevens po nagraniu tylu świetnych płyt i genialnego „Illinois’ mógł sobie pozwolić na tego typu odstępstwo. Pomimo, że ten pomysł momentami zahacza o banał i raczej nie jest czymś co fani „Illinois’ przyjmą owacjami na stojąco to ja w sumie rozumiem chęć stworzenia przez Stevensa czegoś na miarę klasyki. Na tego typie muzyce nie znam się za bardzo i nie jestem w temacie, ale uważam, że płyta ta może się spodobać poniektórym fanom o wrażliwej, romantycznej i klasycznej duszy. Dla mnie jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem i ciekawostką oraz przerwą w napiętym grafiku tworzenia absolutów przez Stevensa. Ocena: 6/10.

The Age of Adz (2010). O tej płycie pisałem już rok temu tutaj.

The Rapture – Echoes

echoesTo jak już jesteśmy w tanecznych klimatach w stylu wykrzyknikowej muzy przepełnionej bouncem, elektroniką, rytmiką i transem to należałoby pójść za ciosem i sprawdzić Rapture. Jednym słowem wbijajcie na imprezkę. Czeka na was wiele wspaniałych przeżyć i ogrom wrażeń.

„1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 I’m floating in a constant heaven”. Zaczynamy. OK nie ukrywam, że płytka jest wypasiona, ale nie jest już taką całościowo imprezową. Bo o ile przy Echoes badź I Need Your Love idzie wymiatać na parkiecie to przy Open Up Your Heart to tylko przytulić się do dziewczyny/chłopaka, misia/poduszki i przeżywać, zachwycać się pięknem. No bo jak się nie wzruszyć przy takim tekście: „When your sad and lonely / And your mind sees you only / Take a chance you can fight it / Open up your heart”.

The Rapture ma to do siebie, że miesza ze sobą wiele gatunków, nie przesadzając zbytnio i bardzo dobrze wychodząc na tym. Pogratulować. Nie brakuje tu punkowości (The Coming of Spring), dance’u (House Of Jealous Lovers), elektroniki (Sister Savior) a to wszystko przysłania dość często eksploatowany wyraz w dzisiejszych czasach: INDIE. Jak już mówiłem jest przez długi okres czasu tanecznie, ale nie brakuje momentów nostalgicznych. W zasadzie płyta dobra na imprezę, przejażdżkę samochodem i podobne temu klimaty. Daje dość sporo radości. Nie porywa całościowo, nie jest może tak spójna jak powinna być przez mieszane gatunki, ale daje rady. Jeżeli uważasz, że !!! czy LCD Soundsystem to Twoja drużyna to powinieneś przybić piątkę kolesiom z The Rapture. Doświadczysz uniesienia i zachwytu. Nazwa nie przypadkowa.

Ocena: 7/10. Posłuchajcie sobie:  House Of Jealous Lovers. Myślę, że warto. Nie stracicie czasu.


Mogwai – Happy Songs For Happy People

Wyobraźmy sobie sytuacje, że nie znamy zespołu Mogwai. Nic nie wiem na ich temat, absolutna nowość. Ktoś polecił by kupić ich płytę. Wchodzimy do Empiku rozglądamy się za literą M jak Mogwai. Jest kilka pozycji tego zespołu. Bierzemy pierwszą z nich i czytamy tytuł płyty: Happy Songs For Happy People. Człowiek znający język angielski w minimalnym stopniu od razu się zorientuje, że chodzi o Radosne piosenki dla Radosnych ludzi.

Kupi płytę z myślą: „a posłucham se”. Pomyśli sobie, że to na pewno jakieś letnie, bezrefleksyjne granie z tekstami w stylu: „nie martw się, nie ma co płakać nad nawarzonym bigosem” itd. I następuje chwila włączenia płyty. Co się dzieje? Zdziwienie i to nie małe. To nie jest tak jak myśleliśmy. To nie są żadne radosne piosenki.

Jak to brzmi? Nie wiem jak to opisać, bo nie potrafię. Kilku szkotów robi coś niesamowitego ze swoimi instrumentami. Zero wokalu. Nikt nie śpiewa, i nie jest to minus. Sądzę, że wokal mógłby zepsuć całość, bo to co tworzy ten zespół to nieziemska interpretacja muzyki. Nie wyczułem, żadnych radosnych momentów słuchając tej płyty. Więc o co chodziło zespołowi? Można się tylko domyślać. Piosenki (raczej kompozycje) są psychodeliczne, wciągające, nurtujące, wprawiające w zadumę i prowokujące do kontemplacji. Wszystko stoi na wysokim poziomie, całość wyrównana. Na tej płycie wszystko jest poukładane.

Z Mogwaiem nie jest też tak, że ich słucha się tylko kiedy ma sie doła lub pada deszcz. W zasadzie tej płyty można posłuchać o każdej porze. Nie jest to grupa zakompleksionych szkotów tworząca muzykę wyłącznie dla melancholijnych dziwaków. Może tu się zawiera tajemnica tytułu albumu? Dużo także się zastanawiałem nad tytułami piosenek. Czy oni mieli coś na myśli nadając taki a nie inny tytuł tej piosence, czy po prostu wymyślali pierwszy lepszy tytuł by było śmiesznie? Kids Will Be Skeletons…

Większość entuzjastów muzyki z pewnością kojarzy zespół dzięki płycie Young Team, uważanej za najlepszą w całej twórczości zespołu. Warto jednak zapoznać się także z Happy Songs For Happy People, na pewno nie stracimy czasu a i może się tak zdarzyć, że ta płyta natchnie nas do czegoś nowego? Ocena: 8\10