10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych

wtf-faceOglądałem sobie ostatnio komedie romantyczną z młodym Heathem Ledgerem zatytułowaną „10 Things I Hate About You„. Fajny, lekki, przyjemny seans. Polecam. Jednak jedna rzecz mi nie dawała spokoju. Dlaczego polski tytuł tego filmu to „Zakochana złośnica„?!? Co ma piernik do wiatraka? Na podstawie tego kreatywnego tytułu postanowiłem zrobić listę 10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych. Zapraszam do lektury.

10 Things I Hate About You / Zakochana Złośnica (1999). Na początek tytuł o którym wspomniałem kilka linijek wyżej. Zupełnie nie rozumiem dlaczego polski tytuł tego filmu nie mógł brzmieć dosłownie „10 rzeczy, których w Tobie nienawidzę”. Czy polscy dystrybutorzy mają polskiego widza za idiotę, że trzeba mu w tytule wyjaśniać o czym będzie film? Pozostawiam to bez komentarza.

Cloverfield / Projekt: Monster (2008). Jak można przetłumaczyć angielską nazwę na inną angielską nazwę? To jedna z zagadek ludzkości, która za pewne nigdy nie zostanie wyjaśniona.

urlHangover part II / Kac Vegas w Bangkoku (2011). W tym miejscu mamy do czynienia z kontynuacją tłumaczenia pierwszej części. „Hangover” tłumaczone jako „Kac Vegas” można uznać za fajną grę słowami, bo w końcu łączy tytułowy kac z miejscem akcji, czyli miastem Las Vegas. Problem pojawia się w sequelu obrazu, gdyż „Kac Vegas w Bangkoku” brzmi mocno niedorzecznie.

Die Hard II / Szklana Pułapka 2 (1990). Klasyka źle przetłumaczonego tytułu, która ciągnie się od pierwszej części. O ile wtedy można było tytuł tłumaczyć nawiązaniem do miejsca akcji, to następne część serii z Johnem McClanem stanowią niewytłumaczalne kuriozum.

12 Years A Slave / Zniewolony. 12 Years A Slave (2013). Mamy tutaj do czynienia z ciekawą kombinacją. W tytule pojawia się słowo Zniewolony, co jest zrozumiałe bo film opowiada o zniewolonym, czarnoskórym mężczyźnie. Jednak po kropce pojawia się oryginalny tytuł – i tego już nie ogarniam.

Dallas Buyers Club / Witaj w Klubie (2013). Przyznam szczerze, że tytuł filmu Jeana-Marca Vallée nie jest łatwą kwestią do przetłumaczenia. Bo Klub kupców/nabywców z Dallas nie brzmi za ciekawie. Jednak wybranie „Witaj w Klubie” to jak mówienie, że parówka to mięso.

Chris-Rock-HUH-WTFInterstate 60: Episodes of the Road / Ale jazda! (2002). Film podobno dobry, nie widziałem. Jednak ten polski tytuł totalnie zniechęca by zobaczyć obraz Boba Gale’a.

Eternal Sunshine of the Spotless Mind / Zakochany bez pamięci (2004). No cóż, totalnie nie wiem dlaczego ten film tak przetłumaczyli. Swoją drogą też nie rozumiem, dlaczego ten kapitalny dramat psychologiczny ukazujący skomplikowane tajniki ludzkiej psychologii i uczuć do drugiej osoby był reklamowany jako kolejna słodka komedia romantyczna…

Prisoners / Labirynt (2013). Sprawdzałem wszystkie internetowe translatory oraz słowniki. W żadnym słowo Prisoners nie oznacza po polsku Labirynt.

Reality Bites / Orbitowanie Bez Cukru (1994). Tutaj również mamy do czynienia z dziwną kreatywnością polskich dystrybutorów…

To moje propozycje, a źle przetłumaczonych tytułów filmowych jest cała masa. Wpisujcie swoje propozycje w komentarzach. Jestem ciekaw co pominąłem przy tworzeniu tej listy. Oczywiście, oprócz „Dirty Dancing” i polskiego „Wirującego Seksu” – bo to klasyk.

Przegląd Filmowy #7

Czas po raz kolejny odkurzyć zasłużony dział filmowy. Muzyki nie słuchałem za dużo, więc nie mam na razie nic do powiedzenia w tej kwestii. Chciałbym jednak podzielić się swoimi opiniami na temat kilku filmów, które widziałem w ostatnim czasie.

mechanikNa pierwszy rzut obraz, do którego zabierałem się od dawien, dawna. Mowa o „Mechaniku” w reżyserii Brada Andersona. Film ten przedstawia historię Trevora Reznika (w tej roli okrutnie wychudzony, acz genialny Christian Bale), który cierpi na bezsenność. Dnie mijają mu na pracy w jednym z lokalnych zakładów oraz spotkaniach z prostytutką Stevie. Wieczory natomiast spędza w lotniskowej kawiarni gdzie do późnych godzin rozmawia z kelnerką Marie. Jest jednak pewien problem. Z powodu braku snu Trevor nie rozróżnia już rzeczywistości od często nawiedzających go zwidów. Zaczyna odczuwać niepokój, gdy spotyka Ivana o którym nikt z jego współpracowników nie słyszał. Zaczyna podejrzewać, że ludzie wokół są w zmowie przeciwko niemu. Prawda okaże się jednak brutalniejsza.

Po pierwsze „Mechanik” to absolutnie moje klimaty jeżeli chodzi o obrazy filmowe. Cała konstrukcja oraz sposób realizacji mocno przypomina dzieła Davida Lyncha. Mamy przecież liczne psychodeliczne wizje (jazda w domu strachów, zakrwawiona lodówka), bohatera nie rozróżniającego rzeczywistości od zwykłej halucynacji, ciepłe oraz industrialne miejsce akcji, zagadkę, symbolikę (lewa strona, prawa strona), poczucie zagrożenia oraz osaczenia (Co akurat może budzić skojarzenia z obrazami Romana Polańskiego). Film Andersona dodatkowo ma świetne, szare barwy, które potęgują klimat. „Mechanik” wciąga i może nie trzyma w jakimś wielkim napięciu, ale absorbuje całkowicie naszą uwagę. Poza tym moje uznanie dla Pana Bale’a, który specjalnie na potrzeby scenariusza głodził się by ważyć trochę ponad 50 kg. Szczerze polecam ten obraz, jeżeli lubicie zagadkowe filmy o specyficznym, mrocznym klimacie. Ocena: 8/10.

Dracula-Untold-Concept-TransformationNa drugi rzut dla odmiany film, który należy omijać szerokim łukiem. Takim obrazem jest tegoroczny „Dracula Untold„, czyli „Dracula Historia Nieznana„. Szczerze? Ta historia nigdy nie powinna być znana. To co zafundowali nam scenarzyści to arcy głupota. Nie chce mi się wymieniać wszystkich idiotyzmów z tego filmu, bo było ich wiele. Wspomnę tylko o tych, które mnie najbardziej bolą. Co do diabła uczyniono z postacią Draculi? Zamiast potwora, postaci tragicznej w swoim bycie otrzymaliśmy superbohatera, który w pojedynkę rozprawił się z całą armią osmańską. Druga rzecz to ten cały główny wątek, nie zrozumiały dla mnie. 100 tysięczna armia idzie na garstkę ludzi, tylko po to by pojmać syna Hrabiego? I to wszystko w dwa wieczory? Trzeci koszmar to turecki sposób na strach żołnierzy – czyli zawiązanie oczu całej armii. Bo w końcu boimy się tego co widzimy… Ten film uwłacza ikonie popkulturowej jaką jest Hrabia Dracula. Nie jest to też żaden horror, tylko zwykły film akcji. Dialogi są cienkie, fabuła naciągana, motywacje bohaterów niezrozumiałe, postacie słabo napisane. Widziałem ten film parę dni temu i nadal mnie boli, że straciłem swój cenny czas na tego gniota. Stanowczo odradzam. Ocena: 3/10.

pinNa zakończenie dzisiejszego przeglądu filmowego mam dla was perełkę z końca lat 80. Mianowicie film produkcji kanadyjskiej pod tytułem „Manekin„. Pewne rodzeństwo: Leon i Ursula żyje jak wiele rodzin. Ojciec lekarz, człowiek z zasadami oraz matka gospodyni domowa mająca fobię odnośnie porządku nie okazują za wiele uczuć swoim dzieciom. Te jednak znajdują przyjaciela w manekinie z gabinetu ojca. Po śmierci rodzicieli, Leon i Ursula mieszkają sami ze swoim „przyjacielem” Pinem. Ursula pragnie ułożyć swoje życie na nowo z nowo poznanym kolegą. Niestety inne plany ma Leon oraz przede wszystkim Pin.

Zacznę od tego, że nie jest to typowy horror. W tym filmie jest sporo z dramatu psychologicznego oraz thilleru. Obraz ten genialnie ukazuje konstrukcję psychologiczną bohaterów. Mamy wyraziste postacie ojca lekarza, perfekcyjnej pani domu oraz zagubionego syna. Trochę nie pasowała mi tutaj postać Ursuli, która początkowo wydawała się pustą i głupią Kelly Bundy by po czasie zamienić się w rozsądną i pracowitą kobietę. Druga trudna w ocenie postać to Pin. Do samego końca nie wiadomo, czy manekin faktycznie żyje, czy jest tylko wymysłem chorej wyobraźni. Film wciąga, momentami bawi ale głównie szokuje. Nie jest to może kino najwyższych lotów, ale „Manekin” jest całkiem sprawnie zrealizowany i dobrze się go ogląda. Ocena: 6/10.

Kasabian

Kasabian to jedna z tych grup, która przetrwała new rock revolution i co więcej weszła do mainstremu nie tracąc na jakości. Mimo, że ich płyty są co najwyżej dobre to chłopaki z Manchesteru posiadają świetny zmysł do tworzenia rewelacyjnych singli. Dodatkowo nieźle sobie radzą na żywo. Nie miałem do tej pory okazji pisania o ich albumach dlatego zaległości nadrabiam w poniższym przeglądzie.

Kasabian (2004). Debiutancka płyta Kasabian jest cholernie nie równa. Początek płyty to hit za hitem. Zlep wszystkich singli i piosenek, które śmiało mogły by nimi być. Opener „Club Foot” troszkę mi obrzydł częstym eksploatowaniem we wszelkich grach piłkarskich, kompilacjach z udziałem Ronaldinho itd. Jednak to dzięki tej piosence się wybili i trzeba o tym pamiętać. Poza tym to kapitalny utwór do którego często będą się odwoływać w dalszej twórczości. Następny „Processed Beats” to kwintesencja wpływów brit-popowych z wyraźnym piętnem Manchesteru. „Reason Is Treason” mimo, że nie zachwyca lirycznie to pod względem muzycznym jest bezwzględny. Typowy stadionowy hymn. „I.D.” to w pewnym stopniu zabawa z elektroniką. Ok, fajny pomysł, melodia, wykonanie, ALE łatka „electro-rock” do nich przyklejona w tamtym czasie jest znacznie przesadzona. Bo to co najwyżej jest zabawa, próba niż poważne branie się za elektronikę. Piąty na płycie „L.S.F. (Lost Souls Forever)” wydaje się być najlepszym utworem i pewnego rodzaju punktem kulminacyjnym albumu. Przebojowa sielanka trwa gdzieś do „Cutt Off”. Dalej robi się troszkę nudno, jest mniej przebojowo. Zeszło powietrze. Całość debiutanckiego albumu ciężko ocenić na coś więcej niż 7, gdyż ta płyta wydaje się być zlepkiem kilku rewelacyjnych singli dopełniona paroma przewidywalnymi piosenkami w podobnym tonie. Ocena: 7/10.

Empire (2006). To jedna z tych płyt, o których raczej nie chciałbym pamiętać. Nie chciałbym także zbytnio jej przypominać. No, ale w końcu robię przegląd całej dyskografii i muszę być w pełni profesjonalny. Poza tym już tak dawno nie pisałem o słabej płycie… Ok, zacznijmy od tego, że „Empire” to okropnie nudna płyta zrobiona na przysłowiowy „odwal”. Dwa średniej jakości single „Empire” i „Shoot The Runner” plus zlepek nijakich, nic nie wnoszących piosenek. Całość ma wartość bliską zeru, ale przed najniższą oceną ratują ich dwa wcześniej wspomniane utwory. Trudno napisać czego brakuje tej płycie najbardziej, bo brakuje chyba wszystkiego. Lepiej byłoby dla zespołu gdyby nigdy nie nagrali „Empire”. Pięć lat temu napisałem na Blogu coś takiego: „Sami muzycy powiedzieli, że płyta jest genialna i za kilka lat czas to zweryfikuje. Jednak moim zdaniem ciężko tej płycie w jakikolwiek sposób nawiązać do sukcesu pierwszego krążka “Kasabian””. Czas nie musiał tego weryfikować, już wtedy było wiadomo, że płyta jest beznadziejna. Oczywiście komercyjnie nawiązali do debiutu, ale zawdzięczają to wyłącznie dobrej promocji. Sam album był jednak wielkim rozczarowaniem a muzycy Kasabian dobrze o tym wiedzieli. Ocena: 2/10. P.S. Album z taką okładką nie mógłby być dobry.

West Ryder Pauper Lunatic Asylum (2009). To chyba najbardziej przeze mnie niedoceniony krążek. Po żenująco słabym „Empire” nie miałem ochoty zapoznawać się z tym albumem. Oczywiście single „Fire” czy „Underdog”, które widziałem na MTV2 podobały mi się. Jednak decyzja już zapadła, kości zostały rzucone. Postanowiłem nie sprawdzać całości. Z jednej strony wynikało to z lenistwa, z drugiej z przekonania o kolejnej słabej płycie zamaskowanej dwoma dobrymi singlami. Skreśliłem ich. I cóż to był za błąd! Płyta zebrała naprawdę dobre recenzje. Zapoznałem się z nią stosunkowo nie dawno i przyznaje również, że wydaje się być najlepszym dziełem w ich dyskografii. „West Ryder Pauper Lunatic Asylum” ma wszystko to czego brakowało poprzedniczkom. Jest to równy, kompletny album. Nie brakuje tutaj hitów, ale i nie brak fajnych, żywych utworów. Połączenie hipisowskiej estetyki z brit-rockiem dało całkiem ciekawy rezultat. Sporo tutaj prostych, fajnych piosenek takich jak „Thick As Thieves” czy też „Happiness”, które w mocno widoczny sposób odwołują się do twórczości Primal Scream. Nie zabrakło utworów opartych na już wcześniej sprawdzonych schematach takich jak zabawa z elektroniką i mocne eksponowanie linii basu. Idealnym przykładem tej tez z całą pewnością jest trzeci singiel „Vlad The Impaler”. To zdecydowanie ich najlepsza płyta, rok 2009 był dobrym rokiem również dla Anglików. Ocena: 8/10.

Velociraptor! (2011). Wydawać by się mogło, że nowa płyta to nowe wyzwania i pomysły. Nic z tych rzeczy.  Zeszłoroczna płyta Kasabian nie jest krokiem w przód, ani w tył. Zespół zachował status quo nagrywając mocno przyzwoitą płytę, która nie wybija się na żadnej płaszczyźnie. „Velociraptor” jest mniej udaną kopią poprzedniego mocno udanego albumu „West Ryder Pauper Lunatic Asylum”. Po raz kolejny udało im się napisać fajne, melodyjne single. Widać, że to ich mocny punkt na każdej płycie. Resztę materiału dopełnili w miarę dobrymi piosenkami, których raczej już nikt nie pamięta. Wszystko niby fajnie, fajnie, ale ile razy można słuchać tego samego? W dodatku trochę gorzej wykonanego i momentami po prostu nudnego. Po paru godzinach spędzonych z tym krążkiem nie daje mi spokoju jedno pytanie: czy ten zespół jest jeszcze w stanie coś wnieść do muzyki dobrego? Raczej nie popełnię tego samego błędu i nie skreślę ich przedwcześnie. Możliwe, że tylko nieparzyste albumy w ich wykonaniu są fajne i ciekawe. Pożyjemy, zobaczymy póki co następnym punktem w ich karierze powinna być składanka The Best of zawierająca wszystkie single. Materiału mają na minimum dwie takie płyty. Ocena: 5/10.

Na początku wspomniałem, że zespół świetnie sprawdza się na koncertach. Jest to prawda, zwłaszcza, że mają dobry, singlowy materiał na fajny gig. Dlatego z miłą chęcią mogę polecić koncert: „Kasabian w akcji”, który zaprezentuje na swojej antenie Canal Plus 1 października o godzinie 21:00 z okazji międzynarodowego dnia muzyki.