Przegląd Płyt: The Smashing Pumpkins

Już niebawem wybieram się na koncert The Smashing Pumpkins do Gliwickiej Areny. To idealny moment by przyjrzeć się bliżej bogatej dyskografii zespołu z Chicago, który na scenie jest od końca lat 80! Na blogu nie wiele miejsca poświęciłem grupie Billy’ego Corgana, poza recenzją płyty Oceania i krótkiej notki z ich występu podczas OFF Festival w 2013 roku. Pora naprawić ten błąd i sprawdzić, które płyty grupy są warte uwagi.

Gish (1991). Debiutancki album grupy z wietrznego miasta uznawany jest przez krytyków i znawców za jeden z najlepszych w dyskografii The Smashing Pumpkins. Brzmieniowo to mieszanka wszystkiego co było na topie w latach 90 gitarowej muzyki. Od Dream Popu, przez Grunge po Heavy Metal. Tylko trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że „Gish” było jedną z płyt od których rozpoczęła się rewolucja w gitarowej muzyce. Składający się z dziesięciu utworów debiut ujawnił ogromne zdolności grupy w aranżacji utworów i nakładaniu gitar na siebie by zmaksymalizować finalny efekt. Utwory takie jak „Rhinoceros” czy „Daydream” weszły do kanonu gatunku a na radarze pojawił się nowy zespół, który przysporzył sobie rzeszę wiernych fanów. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Siamese Dream (1993). Drugi w dorobku album grupy do tej pory uznawany jest za ich najdoskonalsze dzieło. I trudno się z tym nie zgodzić. Corgan postanowił pozostać w sprawdzonej rockowej, grungowej estetyce jednak sporo także dodał nowości w brzmieniu. Wpływ na to miały problemy składu, przez co Corgan nagrał praktycznie wszystkie instrumenty samodzielnie (poza perkusją). W porównaniu do poprzedniej płyty i twórczości Nirvany na „Siamese Dream” otrzymaliśmy zupełnie inne gitarowe brzmienie, bardziej łagodne i melodyjne. Serdeczne i zarazem refleksyjne teksty Corgana dopełniły sukcesu jakim były listy sprzedaży płyty. W tamtym czasie obok „Nevermind” Nirvany najchętniej kupowanym albumem było właśnie „Siamese Dream” od zmiażdżonych dyń. Dziś to już klasyk pełną gębą i opus magnum grupy. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Mellon Collie and the Infinite Sadness (1995). Wydana w październiku 1995 roku płyta należy do wielkiej trylogii The Smashing Pumpkins, czyli trzech pierwszych i zarazem najlepszych krążków grupy. Tym albumem Billy Corgan i ekipa pokazali prawdziwy rozmach. 28 utworów, blisko 2 godziny muzyki. Co więcej to właśnie na tym albumie znajdziemy ich najlepsze utwory takie jak użyte w ścieżce dźwiękowej do gry GTA IV „1979„, okraszone wspaniałym wizualnie teledyskiem „Tonight, Tonight” czy „Bullet With Butterfly Wings” z pamiętnym tekstem „World is a vampire„. Corgan czerpał tutaj pełnymi garściami z zespołów rockowych i heavy metalowych lat 70, jednak nie poprzestawał na samej inspiracji a rozwijaniu usłyszanych motywów. „Mellon Collie and the Infinite Sadness” to przede wszystkim pokaz kreatywności oraz konsekwencji w tworzeniu, dlatego też ten album do dziś jest uznawany za wybitny. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Adore (1998). Przy tworzeniu czwartego albumu w grupie nastąpiły przetasowania kadrowe a skład opuścił perkusista Jimmy Chamberlin. Punktem wyjścia przy tworzeniu płyty był hit z poprzedniej płyty „1979„. Całość miała brzmieć jak wspomniana piosenka, czyli pulsująco, elegijnie z wyciszonym brzmieniem. I to w pewnym sensie się udało. Dodano sporo syntezatorów, a utwory obracały się w drem-popowym klimacie co najlepiej opisuje określenie „Post-Grunge”. Corgan tym razem stworzył „skromne” 74 minuty muzyki. Pomimo swoich grzechów to całkiem udany album, który wciąż brzmi dobrze. Nie ma na nim tak pamiętnych hitów jak na poprzednich płytach The Smashing Pumpkins, ale potwierdza, że lata 90 należały do zespołu z Chicago w stanie Illinois. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Machina/The Machines of God (2000). Grupa Corgana nigdy nie doznała syndromu drugiej płyty, gdyż ich drugi krążek okazał się najlepszy w ich dyskografii. Także następny w kolejności „Mellon Collie…” to wybitna perełka w ich dyskografii. W przypadku The Smashing Pumpkins można powiedzieć w zasadzie o syndromie piątej płyty. Przy słuchaniu „Machiny” miałem mieszane uczucia. Wydawać by się mogło, że to będzie jakiś epicki progresywny album koncepcyjny. Nic z tych rzeczy. Sam Corgan nie miał za bardzo pomysłu co zrobić z tą płytą. Próbuje tutaj łączyć dokonania z „Mellon Collie” oraz poprzedniego „Adore„, jednak niekoniecznie te najlepsze. Płyta ponownie jest długa i pojawiają się na niej dobre momenty, jednak po kilku średnich, bezpłciowych utworach zapominamy o nich. Płyta sama w sobie nie jest zła, jednak jak stawiasz koło niej cztery poprzednie albumy to słyszysz różnicę. To jest właśnie ten syndrom piątej płyty. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Zeitgeist (2007). Rok 2007 to był na prawdę wspaniały rok. Bardzo miło go wspominam. Człowiek był młody, Milan wygrywał Ligę Mistrzów no i pojawiło się wiele świetnych płyt. ALE niestety nie autorstwa The Smashing Pumpkins. Wydany w tym roku „Zeitgeist” uznawany jest przez znawców i krytyków za najsłabszy album w całej ich dyskografii. I trudno się z tym nie zgodzić gdy słyszymy te przesadnie skonstruowane utwory. Od wydania poprzedniej płyty mijało 7 lat. W tym czasie zespół się rozpadł a Corgan nagrał „jedyny swój solowy” album „TheFutureEmbrace„. Oczywiście ten cudzysłów przy sformułowaniu jedyny solowy album to taka półprawda. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że The Smashing Pumpkins to Billy Corgan a zespół to tylko ładnie skrojone tło pod jego wizerunek. O reaktywacji The Smashing Pumpkins członkowie dowiedzieli się z ogłoszenia w lokalnej gazecie, także ciężko tutaj mówić o dobrej płycie. No, ale patrząc na ogólne oceny to słuchaczom przypadła do gustu… Krytykom już nie. Ja tylko dodam fakt, że to jedyna płyta grupy, której nie posłuchacie na Spotify. Tak jakby ktoś schował wstydliwy krążek. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Oceania (2012). O tej płycie pisałem przy okazji występu zespołu podczas OFF Festival w 2013 roku TUTAJ, dlatego też nie będę się zbytni rozpisywał. Wówczas słabo znałem dyskografię grupy, a ich najnowsza płyta podobała mi się. Teraz z perspektywy czasu złagodziłbym swoją ocenę. Płyta sama w sobie po tym czasie, gdy ją słucham wydaje się być OK. Zwłaszcza po przesłuchaniu przekombinowanego „Zeitegeist„. Jednak na przestrzeni tych 11-12 lat nie wróciłem do tego krążka ani razu, dopiero teraz przy okazji tworzenia tego wpisu. Podejrzewam, że teraz następny powrót także nie nastąpi zbyt wcześnie. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Monuments to an Elegy (2014). Album z 2014 roku to drugi po „Oceanii” album w ramach projektu Teargarden by Kaleidyscope i pierwszy krążek zespołu, który nie trwał dłużej niż 33 minuty. Znając Billy’ego Corgana i jego zamiłowanie do tworzenia monumentalnych, rozbudowanych i niemiłosiernie długich albumów taka decyzja mogła zaskakiwać. Osobiście uważam, że zespół na tym skorzystał, gdyż „Monuments to an Elegy” jest znacznie przystępniejsze w odbiorze. Dostajemy konkretny, zwarty zestaw piosenek aniżeli rozciągnięte fascynacje i wizje Corgana. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Shiny and Oh So Bright, Vol. 1 / LP: No Past. No Future. No Sun. (2018). Dziewiąty album w dorobku grupy The Smashing Pumpkins tylko z nazwy jest długi. Billy Corgan postanowił użyć sprawdzonego na wcześniejszej płycie patentu i nagrał materiał trwający trochę ponad półgodziny. Dzięki temu płyta jest zwarta i łatwiej wyczuć chemię pomiędzy muzykami. A ta przy zmienionym składzie się udzieliła. Do składu wrócił pierwszy perkusista grupy Jimmy Chambarlin oraz gitarzysta James Iha. Tą pozytywną energię czuć zwłaszcza w takich utworach jak „Travels” czy też „With Sympathy„, gdzie otrzymujemy niemalże popowe brzmienie. Nie brakuje tutaj także mocniejszego, gitarowego brzmienia jak chociażby w „Solara„. Udany i całkiem przyjemny powrót Dyń z Chicago. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cyr (2020). Można było się spodziewać, że Corgan nie pozostanie długo przy formule krótkich i zwięzłych albumów. Ten romans potrwał tylko przez dwie płyty, gdyż wydany w okresie pandemii „Cyr” to już kolejna rockowa epopeja trwająca 72 minuty. Sporo tutaj syntezatorów i spłaszczonego brzmienia, Corgan z kolei dwoi i się troi by wszystko brzmiało tak, jak to zaplanował. Przyznam, że nie jestem fanem kierunku, w którym zmierza grupa. Płytę przesłuchałem bez większych emocji, nie była zła, ale na pewno do niej nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Atum: A Rock Opera in Three Acts (2022-2023). Nie dajcie się zmylić nazwie. To żadna Opera. Co prawda są trzy akty (to znaczy trzy albumy), ale nie jest to żadne wzniosłe, patetyczne, wielkie dzieło The Smashing Pumpkins. To po prostu kolejna, nieco miałka płyta Billy’ego Corgana, która została niemiłosiernie rozciągnięta do trzech krążków. Tak jak na minionym „Cyr” jest tu ponownie sporo syntezatorów, a całość brzmi jak nieco dziaderski rock bez pomysłu, ale za to z wieloma wspomnieniami. Szkoda, że nie powstało z tego coś wielkiego i podniosłego. Corgan ma zdolności do tworzenia takich dzieł, jednak już od dawna ich nie używa… Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kiedyś to było – Jak wyglądało życie w 2007 roku.

Zapytacie pewnie skąd ten wyskok z 2007 rokiem? Otóż w dniu dzisiejszym mija dokładnie 15 lat odkąd na bloga wrzuciłem ten WPIS. Sporo wody w Wiśle od tego momentu upłynęło, a blog wciąż istnieje. Postanowiłem z tej okazji wrócić do pamiętnego 2007 i nieco go przypomnieć dla młodszych pokoleń jak to się kiedyś żyło przed Tik-Tokiem, covidem i Robertem Lewandowskim w gazie.

Na początek małe wspomnienie moich wyczynów pisarskich. Nie będę ukrywał, że tworząc bloga miałem ledwo skończone 18 lat i nie wiele wiedziałem (w zasadzie nic nie wiedziałem) o dziennikarstwie muzycznym. Dlatego też moje pierwsze recenzje wyglądały jak jakieś notatki z wikipedi. Generalnie początkowe treści skupiały się na moich zainteresowaniach z tamtego czasu, czyli indie rocku, Milanie i filme. Blog miał formę encyklopedii, która miała za zadanie przybliżać sylwetki moich ulubionych kapel takich jak: Muse, The Killers, Bloc Party czy też Franz Ferdinand. Dopiero w latach 2008-09 nauczyłem się nieco lepiej opisywać swoje muzyczne odczucia i miałem nawet w planie poprawę starych treści, których się wstydziłem. Na szczęście tego nie zrobiłem, gdyż zdałem sobie sprawę, że to piękny wehikuł czasu, dzięki któremu mogę wejść do swojej głowy w czasach licealnych.

Zainteresowanie moimi treściami początkowo było nijakie, do momentu opublikowania pamiętnej notatki EMO. Nie wiem czy wszyscy to pamiętają, ale w tamtym czasie modnie było nosić się na tzw. EMO. Temat ten był o tyle głośny, gdyż nie wiązał się wyłącznie z modą, ale także z emocjonalnymi zachowaniami jak popadanie w depresje czy podcinanie żył. W zasadzie swoim wpisem nie odkryłem ameryki, jednak przyciągnął każdego poszukującego w wyszukiwarce słowa „emo”. Do tej pory to wpis, który jest w czołówce wyświetleń na blogu.

Rok 2007 to także moja pierwsza wizyta na festiwalu muzycznym. W tamtym czasie wybrałem się na Openera do Gdyni, gdzie grały moje ulubione zespoły z tamtego okresu, takie jak: Muse, Bloc Party, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach czy też Beastie Boys. Całość niezgrabnie opisałem w swojej relacji, którą możecie przeczytać TUTAJ. Jak przystało na blog kulturalny zrobiłem także pierwsze podsumowanie, które wyglądało niczym jak rozdanie jakiś tandetnych nagród pokroju MTV czy Brit Award… Dziś bym umieścił tam zupełnie inne longplaye… Listę wstydu możecie zobaczyć TUTAJ.

Przejdźmy teraz do roku 2007. 15 lat temu Mata miał 7 lat i dopiero co nauczył się wiązać sznurowadła (albo nie?), Ariana Grande miała 14 lat i za umawianie się z nią groził prokurator a jej rówieśnikowi Dawidowi Podsiadło zaczął kiełkować pierwszy wąsik. W mainstreamie rządził Timbaland, którego hiciory leciały na każdej imprezie. Pamięta ktoś jeszcze „Give It To Me„, „The Way I Are” albo „Apologize” nagrane z OneRepublic? Najlepiej sprzedawała się Avril Lavigne i jej album „The Best Damn Thing„, której recenzja (przepisana z internetu) ukazała się w gazetce szkolnej mojego liceum, i w efekcie tego wywołało liczne niezadowolenia u czytelników 🙂 Oko chłopaków cieszyła Fergie, która rozpoczęła karierę solowo. Dziewczyny natomiast w tym czasie marzyły o umówieniu się z członkami Maroon 5 czy też Justinem Timberlakiem. Na polskiej scenie muzycznej rządziła Gosia Andrzejewicz, Doda i świeży debiutant Feel. Oczywiście ukazało się wtedy także całkiem sporo dobrej muzyki. Takie płyty jak: „Friend And Foe” Menomeny, „Untrue” Buriala, „Hissing Fauna, Are You the Destroyer?” of Montreal, „Terroromans” Much, „Strawberry Jam” Animal Collective czy też „Sound of Silver” LCD Soundsystem świadczą, że muzycznie to był bardzo dobry i owocny rok. Warto także wspomnieć, że Radiohead jako pierwszy zespół postanowił udostępnić swój nowy album „In Rainbows” w internecie nie narzucając ceny. Nową płytę radiogłowych można było ściągnąć za darmo, jak i za dowolną wpisaną kwotę.

A co tam działo się na dużym i małym ekranie? W kinach grali kolejne części Piratów z Karaibów, Harry’ego Pottera i Shreka. Tobey Maguire był w tym czasie Spidermanem a Pixar wypuścił „Ratatuj„. Ukazał się też w tym czasie takie klasyki jak: „There Will Be Blood„, „No Country for Old Men„, „The Host” czy też „Zodiac„. Netflix co prawda istniał już od 10 lat, jednak seriale wówczas oglądało się w telewizji bądź ściągało się je z torrentów. Pamiętacie takie tytuły jak: „Zagubieni„, „Heroes„, „Californication„, „Dr House” czy też „Dexter„? To były gorące seriale tamtego czasu. Co więcej w 2007 roku rozpoczęła się transmisja „Teorii Wielkiego Podrywu” oraz „Mad Mena„, natomiast zakończył się serial „Rodzina Soprano„.

W 2007 roku w Europie ukazała się konsola PlayStation 3. W tym czasie grano w takie gierki jak: „Call of Duty 4„, „FIFA 2008„, „PES 2008„, „Assassin’s Creed” czy też „GTA: Vice City Stories„. Ja osobiście w tym czasie najwięcej czasu poświęcałem niezmordowanemu FM-owi, gdzie głównie grałem Milanem lub drużynami z polskiej ligi.

A co tam w sporcie się działo? Robert Lewandowski klepał biedę w Zniczu Pruszków, Kylian Mbappe miał 9 lat i naklejał plakaty Ronaldo na ścianę a Messi rozegrał dopiero pierwszy sezon, jako podstawowy zawodnik Barcelony. W tamtym czasie rządził mój, piękny Milan z Kaką, Pirlo, Seedorfem, Nestą i Maldinim w składzie. Wygrali wówczas Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy oraz Klubowe MŚ. W Ekstraklasie mistrzem zostało Zagłębie Lubin wyprzedzając GKS Bełchatów o jeden punkt. W tym roku przyznano Polsce i Ukrainie organizacje EURO 2012. Z innych dziecin sportu to: Adam Małysz zdobył swój czwarty i ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich, W NBA wygrali San Antonio Spurs a najlepiej punktującym zawodnikiem był śp. Kobe Bryant.

A tak ogólnie co tam się działo w 2007 roku? To był fajny rok, pomijając fakt, że Premierem Polski był Jarosław Kaczyński… Dla mnie był to czas zmian za sprawą wejścia w pełnoletność. Szybko zdobyty dowód niestety nigdy nie został użyty do udowodnienia legalności zakupu alkoholu. Nie mniej od tego czasu z większą pewnością siebie urzędowałem w mikołowskich pubach. Co więcej w tym czasie rozpocząłem także kurs na prawo jazdy, które udało się zdobyć wraz z początkiem 2008 roku.

Nie było jeszcze w Polsce Facebooka, Twittera, TikToka, Instagrama. Istniały jednak już portale społecznościowe. Pamięta ktoś jeszcze Naszą Klasę? To był polski facebook, który w okolicach godzin wieczornych z powodu przeładowania ładował się niemiłosiernie długo… Funkcje Instagrama spełniał serwis Fotka.pl. Natomiast wymiana poglądów odbywała się na różnorakich forach, a do komunikacji służyło nieodżałowane Gadu-Gadu. Z zagranicznych social mediów prym wiódł MySpace oraz Last.fm, który pozwalał odkrywać nową muzykę. Mocno rozbudowana była blogosfera, stąd też pomysł na powstanie Paweuu Alternativ Blog. Od tego momentu mija 15 lat i wciąż mam energię i pomysły na nowe wpisy. Mam nadzieję, że spotkamy się tutaj ponownie za parę lat i powspominamy stare czasy. Zachęcam do wpisywania w komentarzach swoich wspominek z tego czasu. Wiem, że teraz ciężko z czytaniem czegokolwiek dłuższego w necie i pisanie komentarzy poza fb, ale liczę, że trafi się tutaj parę ciekawych spostrzeżeń 🙂

10 Najlepszych filmowych remake’ów

Nie jestem fanem remake’ów. Uważam, że jest ich za dużo a znaczna większość z nich nie jest potrzebna, gdyż nie wnosi nic nowego do tematu. Przyznaje jednak, ze jest parę odświeżonych tytułów, które robią wrażenie. Przed wami 10 najlepszych remake’ów, które bardzo dobrze, że się ukazały.

Cape Fear / Przylądek Strachu (1991, reż. Martin Scorsese). W zasadzie od tego filmu wziął się pomysł na tą listę. W zestawieniu 8 najlepszych filmów Martina Scorsese wspomniałem, że ów thriller jest remakem filmu o tym samym tytule z roku 1962. Oczywiście pierwowzór jest równie wyśmienity, gdyż możemy w nim zobaczyć pojedynek dwóch kapitalnych aktorów. Z jednej strony Gregory Peck, a z drugiej niezapomniany Robert Mitchum (Który pojawia się również w nowej wersji!). W odświeżonej wersji, która pojawiła się ponad 30 lat później widzimy świetną kreacje Roberta De Niro, który mierzy się z Nick’em Nolty i jego rodziną. Przypomnijmy jeszcze fabułę ów dzieła: Z więzienia wychodzi Max Cady (W tej roli De Niro), który został skazany na 14 lat więzienia za gwałt. Jego zamiarem jest zemsta na adwokacie, który nie zdołał go obronić przed wyrokiem skazującym. Adwokat Sam Bowden wraz z rodziną będzie musiał stoczyć nierówną walkę z psychopatycznym zwyrodnialcem. „Przylądek Strachu” to przede wszystkim genialny thriller w którym Scorsese świetnie uchwycił poczucie nieustannego zagrożenia. Może kosmiczne potwory i wampiry potrafią wystraszyć widza w kinie, jednak nie ma nic straszniejszego od psychopaty po którym można się spodziewać absolutnie wszystkiego!

The Fly / Mucha (1985, reż. David Cronenberg). Naukowiec Seth Brundle (W tej roli Jeff Goldblum) pracuje nad maszyną do transformacji. Podczas jednej prób, nieumyślnie do kabiny transformacyjnej dostaje się mucha w wyniku czego jej DNA krzyżuje się z DNA głównego bohatera. Od tego momentu będziemy świadkami jego transformacji w owada. Od razu trzeba zaznaczyć, że ten obraz udanie mógł sfilmować tylko jeden twórca – David Cronenberg. W końcu to prekursor i specjalista od tzw. „body horroru”. Reżyser bardzo realistycznie i dramatycznie ukazał przemianę naukowca w muchę. Z jednej strony to co widzimy było obrzydliwe i straszne, z drugiej jednak groteskowe i śmieszne. „Mucha” na stałe wpisała się do kanonu horroru i stanowi jedno z najważniejszych dzieł Cronenberga, dlatego nie mogło jej zabraknąć na liście. Co więcej remake ten jest znacznie lepszy od swojego pierwowzoru z 1958 roku.

Funny Games U.S. (2007, reż. Michael Haneke). Przykład „Funny Games” to dość specyficzny remake. Po pierwsze twórcą pierwowzoru jest również Michael Haneke, czyli reżyser nakręcił na nowo ponownie swój film. Czy zrobił to lepiej? Ciężko powiedzieć, gdyż nowa wersja jest w zasadzie odzwierciedleniem 1:1 pierwowzoru. Różnią się tylko aktorzy i język w jakim się porozumiewają. W pierwotnej wersji z 1997 roku aktorzy mówią po niemiecku. Kolejna wersja, która ukazała się 10 lat później była w zasadzie umożliwieniem zobaczenia tej historii szerszemu gronu widzów poprzez użycie języka angielskiego. Fabuła przedstawia historię rodziny wypoczywającej w domu nad jeziorem. Pewnego dnia ich spokój zostaje zaburzony przez wizytę dwójki dziwnie zachowujących się młodych mężczyzn Paula i Petera. Wciągają oni rodzinę Farberów w niezwykle okrutną i brutalną grę. Od razu zaznaczę, że nie cierpię tego typu filmów w którym silniejszy pastwi się psychicznie i fizycznie nad bezbronnymi. Zawsze trzymam mocno kciuki za zemstę i rewanż w tej sytuacji, a Haneke niestety stosuje tutaj bardzo perfidny chwyt filmowy o którym nie chcę spoilerować. Tego typy filmy zawsze kosztują mnie wiele nerwów, jednak jednocześnie doceniam kunszt jakim się wykazał reżyser. „Funny Games U.S.” to nie jest ukazanie zwykłe ukazanie przemocy dla rozrywki, to pokazanie, że zło może czaić się totalnie wszędzie. Zwłaszcza pod przykryciem przyjaznej twarzy.

Heat / Gorączka (1995, reż. Michael Mann). Nie wszyscy wiedzą o tym, ale „Gorączka” to ulepszona wersja filmu „Wydarzyło się w Los Angeles” z 1989 roku, również w reżyserii Michaela Manna. Podobno pierwowzór był za długi (Trwał 3 godziny) w związku z czym film pocięto. Nie przypadło to do gustu Mannowi, który 6 lat później zrealizował film na nowo z większym budżetem i lepszą obsadą aktorską. „Heat” jest uznawany z jeden z najlepszych filmów sensacyjnych w historii kina. Jest tutaj wszystko czego możecie się spodziewać od dobrego kina akcji. Realistyczne sceny batalistyczne, wartka akcja, pościgi, napięcie, dobrze napisane postacie i arcymistrzowska obsada. Do tej pory można się kłócić kto zagrał lepiej? Czy był to Al Pacino w roli porucznika Vincenta Hanny. Czy może Robert De Niro jako przestępca Neil McCauley? A poza nimi przecież pojawili się jeszcze: Val Kilmer, John Voigt czy też Natalie Portman. Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście tego dzieła to musicie je koniecznie nadrobić.

Invasion of Body Snatchers / Inwazja łowców ciał (1978, reż. Philip Kaufman). Film Philipa Kaufmana jest remakem obrazu „Inwazja Porywaczy Ciała” z 1956 roku. Kwestią sporną jest, który obraz jest lepszy, gdyż oba weszły na stałe do panteonu kina grozy. Na Ziemię przybywają kosmici, którzy planują zająć naszą planetę. By pozbyć się mieszkańców planety postanawiają ich skopiować. Dużą robotę w tym filmie robi niezmordowany Donald Sutherland grający Matthew Bennella, który postanawia postawić opór obcej rasie. W filmie pojawia się także młody Jeff Goldblum oraz Brooke Adams. „Inwazja łowców ciał” to obecnie klasyczna pozycja horroru science-fiction. Pomimo upływu ponad 40 lat od premiery to film wciąż robi pozytywne wrażenie i dobrze się go ogląda.

Scareface / Człowiek z Blizną (1983, reż. Brian De Palma). Klasyk kina, który jest remakem filmu o tym samym tytule z 1932 roku w reżyserii Howarda Hawksa. Co więcej, szykuje się kolejna wersja, którą wyreżyseruje Luca Guadagnino. Film opowiada historię Tony’ego Montany (w tej roli niesamowity Al Pacino), kubańskiego uchodźcy, który trafia do Stanów Zjednoczonych na początku lat 80. Wraz z przyjacielem Mannym starają się przebić w kryminalnym świecie słonecznego Miami. Wkrótce Montana przejmuje miejsce miejscowego bossa mafijnego Franka Lopeza i dzięki kontaktom z Sosą, baronem narkotykowym, staje się wpływowym milionerem. Film Briana De Palmy to klasyka kina gangsterskiego i jeden z najlepszych filmów reżysera. Sam film mocno odcisnął swoje piętno na popkulturze, stając się pożywką dla wielu nawiązań. Graliście chociażby w GTA Vice City czy też oglądaliście serial „Policjanci z Miami„? Jeżeli tak, to wiecie, że jest tam wiele nawiązań do „Człowieka z Blizną„. Co więcej film stał się potężną odskocznią w karierze Michelle Pfeiffer, która grała dziewczynę Montanty – Elvirę.

Scent of a Woman / Zapach Kobiety (1992, reż. Martin Brest). Film w reżyserii Martina Bresta to remake włoskiego dramatu „Profumo di donna” z 1974 roku. Do tej pory budzi on dość skrajne emocje, gdyż posiada za równo wielu zwolenników jak i przeciwników. Dla mnie jednak obraz z 1992 roku jest warty zobaczenia, pomimo wielu mankamentów, które posiada. Fabuła opowiada historię niewidomego, emerytowanego pułkownika Franka Slade’a (w tej roli niesamowity Al Pacino), który postanawia spędzić bogaty w rozrywki weekend by następnie skończyć ze swoim życiem. Towarzyszem tej wyprawy będzie młody student Charlie Simms, który dodatkowo stoi przed dylematem w sprawie szkolnej afery. Wspólna wyprawa, pomimo początkowy spięć zamieni się w nowy początek dla obu postaci. Przede wszystkim warto zobaczyć ten obraz dla samej roli Pacino, który dostał za nią Oscara. W filmie pojawia się także młody Philip Seymour Hoffman, jednak jego rola jest drugoplanowa i należy ją traktować bardziej jako ciekawostkę. Sama historia wzbudza zainteresowanie i jest to jeden z tych obrazów, który po seansie daje odrobinę do namysłu.

The Ring / Krąg (2002, reż. Gore Verbinski). Amerykański „The Ring” jest remakem japońskiego horroru „Ringu” z 1998 roku. Fabuła skupia się na tajemniczej kasecie VHS, która krąży niczym miejska legenda. Każdy kto obejrzy dziwaczny film na kasecie ginie w tajemniczych okolicznościach po 7 dniach. Sprawę kasety bada reporterka Rachel Keller (w tej roli Naomi Watts), która po obejrzeniu kasety ma równy tydzień by rozwikłać zagadkę i uratować życie swoje, oraz syna. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że udany remake horroru to bardzo rzadka rzecz. Tutaj jednak Verbinskiemu udało się idealnie przenieść pierwowzór do amerykańskich kin nie robiąc obciachu. Dziwaczna taśma wywołuje gęsią skórkę, a mroczny klimat i zagadka wzbudzają naszą ciekawość. Co więcej film jest autentycznie przerażający i w tamtym czasie wzbudzał ogromne emocje.

The Thing / Coś (1982, reż. John Carpenter). „Coś” Carpentera, jednego z moich ulubionych reżyserów to klasyk zarówno horroru jak i kina sci-fi. Film jest remakem obrazu z 1951 roku „The Thing From Another World” w reżyserii Christiana Nyby. Poza tym w 2011 roku powstał prequel, który ciężko uznać udanym. Jednak wracając do dzieła Carpentera, tutaj nie ma już żadnych wątpliwości co do jakości samego filmu. Badacze z USA na Antarktydzie trafiają na dziwne znalezisko w lodzie. Okazuje się, że głęboko pod lodem przeżyła obca forma życia, która potrafi przybierać różne formy. Pod kamuflażem ciał załogi będzie starało się zabić każdą osobę na stacji badawczej.  Film ten przede wszystkim straszy widza niesamowitymi efektami specjalnymi, które na tamte czasy robiły ogromne wrażenie. Co więcej dostajemy piękne, śnieżne ujęcia oraz sporo wartkiej akcji z Kurtem Russelem w roli głównej. „Coś” to także niesamowite poczucie napięcia (Przypominam scenę z badaniem krwi!) oraz gęsty klimat osaczenia, alienacji i odosobnienia. To jeden z tych filmów, które mam w swojej kolekcji na półce – czyli dzieło niezwykle ważne i godne polecenia!

Nosferatu: Phantom der Nacht / Nosferatu wampir (1979, reż. Werner Herzog). Trzeba przyznać, że tematyka wampiryczna i sama postać Drakuli zostały przez kinematografię aż zanadto wyeksponowane. Ta sama historia przedstawiana po raz kolejny od nowa już ze 10 czy 20 raz nie budzi tych samych emocji. Jednak niemieckiemu reżyserowi udało się nie popaść w banał i w ciekawy sposób kolejny raz przedstawić postać księcia ciemności. Herzog w zgrabny sposób nawiązał do pierwowzoru Murnau zawierając w swoim wiele z niemieckiego ekspresjonizmu łącząc go ze swoim charakterystycznym stylem. Niemiec ukazał wampira jako postać dramatyczną, pełną nieszczęścia i bólu egzystencji. Nie jest to zwykły potwór, a postać, której współczujemy. W tym miejscu należy wyróżnić kapitalną rolę Klausa Kinskiego oraz jego charakteryzacji. Ekscentryczny aktor nie należał do łatwych osób, jednak wszystkie jego role w filmach Herzoga były wybitne. Rolę ukochanej wampira powierzono wyśmienitej Isabelle Adjani, która również dobrze spełniła swoją rolę. Film posiada także ciekawy, gotycki klimat. Zdjęcia kręcono w Niemczech i Europie środkowo-wschodniej, dlatego też lepiej on oddaje ducha tej historii aniżeli obrazki z angielskich lasów w produkcjach wytwórni Hammer czy też studia Universala. Klasyka gatunku kina grozy, którą należy znać.