8 filmów Martina Scorsese, które musisz zobaczyć

Martina Scorsese generalnie nie trzeba przedstawiać. Reżyser- Legenda. Mistrz kina gangsterskiego, genialny ilustrator dobrej historii i laureat wielu prestiżowych nagród filmowych. Twórczość tego 77-letniego reżysera można podzielić na dwa etapy: filmy z De Niro i filmy z DiCaprio. Przez ponad 50 lat działalności filmowej uzbierał  na koncie wiele wyśmienitych filmów i z pewnością każdy jest wary zobaczenia.  W wpisie tym postaram się jednak wyodrębnić 8 obrazów, które każdy powinien zobaczyć.

Taxi Driver/ Taksówkarz (1976). W sumie do tej pory się zastanawiam co jest tutaj lepsze? Czy film „Taksówkarz” jako całość, który wpisał się do kanonu kinematografii? Czy może rola Robera De Niro, który jest tutaj FE-NO-ME-NA-LNY. Travis w którego wciela się aktor to weteran wojny w Wietnamie cierpiący na bezsenność. Chcąc rozwiązać swój problem zostaje kierowcą taksówki na nocnej zmianie. Jako, że jego praca odbywa się na ulicach Nowego Jorku to jest świadkiem wielu patologii i przemocy z którą postanawia się rozprawić na własną rękę. No co tu dużo mówić? KLASYK kina, który trzeba znać obowiązkowo. Ogromny wpływ na popkulturę i odskocznia w aktorskich karierach De Niro i Jodie Foster. W mojej ocenie 10/10, także tego… ZOBACZCIE KONIECZNIE, jeżeli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście.

Raging Bull / Wściekły Byk (1980). Kolejny filmowy dowód, że współpraca De Niro z reżyserem to najlepsze co mogło mu się przytrafić (I na odwrót też). „Wściekły Byk” to kinowa ekranizacja biografii boksera Jake’a La Motty. Młody i głodny sukcesów bokser zdobywa uznanie dzięki wygranym walkom w wyjątkowo brutalnym stylu. Jednakże sukces i popularność sprawiają, że główny bohater staje się coraz bardziej nieufny. Ponownie dużą robotę robi rola pierwszoplanowa De Niro, który na potrzeby filmu profesjonalnie ćwiczył boks i stoczył trzy walki (Z czego dwie wygrał) a także musiał przybrać na wadzę 27 kg. Czarno-biały film reżysera to studium ludzkiego umysłu, jego słabości i słabych stron. To poza tym dająca do myślenia i dobrze oglądająca się ilustracja drogi jaką przeszedł La Motta. Jeżeli lubicie filmy o boksie a seria o Rockym wydaje się wam zbyt ckliwa i bajkowa to zdecydowanie polecam ten tytuł.

Goodfellas / Chłopcy z ferajny (1990). O tym filmie można by pisać prace doktoranckie i naukowe. Z jednej strony „Goodfellas” to świetne podsumowanie kina gangsterskiego, które pełnymi garściami czerpie z takich filmów jak „Człowiek z Blizną„, „Ojciec Chrzestny” czy też „Nietykalni„. Z drugiej natomiast strony film ten wiele dodaje do gatunku kina gangsterskiego i staje się jego jednym z najlepszych reprezentantów wpływając na późniejsze powstanie takich filmów jak „Wściekłe Psy” czy „Donnie Brasco„. Film opowiada historię trójki przyjaciół: Jimmy’ego (Ponownie De Niro), Henry’ego (Ray Liotta) oraz Tommy’ego (Genialna rola Joe Pesciego) i ich niezbyt legalnego sposobu na życie. Pierwszoosobowa narracja i krótki montaż sprawia, że angażujemy się w historię od pierwszej sceny w filmie. By dowiedzieć się jak genialne jest to skupisko scen i dialogów a także popisów aktorskich, należy zobaczyć niezapomnianą sekwencje z Pescim pytającym się: „Co to znaczy, że jestem zabawny?„. Jeżeli nie przepadacie za kinem gangsterskim to po seansie tego film zmienicie zdanie.

Cape Fear / Przylądek Strachu (1991). Legendarny thriller z De Niro, Nickiem Nolte i Jessicą Lange w rolach głównych to remake filmu o tym samym tytule z 1962 roku. Z więzienia wychodzi Max Cady (W tej roli De Niro), który został skazany na 14 lat więzienia za gwałt. Jego zamiarem jest zemsta na adwokacie, który nie zdołał go obronić przed wyrokiem skazującym. Adwokat Sam Bowden wraz z rodziną będzie musiał stoczyć nierówną walkę z psychopatycznym zwyrodnialcem. To prawdopodobnie jeden z najlepszych remake’ów w dziejach kina (Muszę zrobić kiedyś osobną listę na ten temat). Scorsese wytworzył tutaj bardzo gęsty klimat osaczenia i poczucia niebezpieczeństwa i bezradności. Do końca seansu nie możemy się czuć bezpieczni a częste zwroty akcji sprawiają, że seans pochłania nas całkowicie. Całość kończy WIELKI FINAŁ i ostateczną batalię na lini rodzina Bowdenów – Max Cady.

The Departed / Infiltracja (2006). Film Scorsese z 2006 roku to przykład idealnego kina sensacyjnego. Fabuła skupia się na bostońskiej policji walczącej z przestępczością zorganizowaną. Jesteśmy świadkami rywalizacji pomiędzy dwóją policjantów: Billy’ego Costigana (W tej Roli Leonardo DiCaprio), który rozpracowuje mafię od środka i Colina Sullivana (Matt „Kamienna Twarz” Damon), który jest wtyką mafii w służbach mundurowych. Scorsese udaje się w tym filmie wszystko. Jest brawurowa akcja, napięcie, rozbudowane postacie, dobry scenariusz i genialne kreacje aktorskie. Tym razem swój popis daje Jack Nicholson w roli bossa mafii Franka Costello, dla którego była  to jedna z ostatnich kreacji aktorskich. Generalnie nie jestem fanem kina sensacyjnego, ale ten film stawiam równie wysoko w swoim osobistym rankingu co takie klasyki jak „Dirty Harry” czy też „Gorączka„.

The Shutter Island / Wyspa Tajemnic (2010). Szczerze? Aż dziwi mnie, że nad tytułem tego filmu nie widnieje nazwisko Davida Finchera albo Christophera Nolana. Ten obraz jest totalnie w klimacie tych kolesi. Stary wyga Scorsese udowodnił tutaj jednak, że niczym nie odstępuje od swoich dużo młodszych kolegów po fachu. Mamy rok 1954, na jednej z wysp Zatoki Bostońskiej znajduje się zakład psychiatryczny z którego ucieka jedna z pacjentek. Sprawę ucieczki rozwiązuje dwójka szeryfów federalnych Teddy Daniels (Leonardo DiCaprio) oraz Chuck Aule (Mark Ruffalo). Sprawy się komplikują gdy panujący huragan odcina wyspę od reszty Świata. Okazuje się również, że nie wszystko wydaje się tak oczywiste jakie w rzeczywistości jest. Przyznam się, że lubię tego typu pokręcone filmy, które dają pole do interpretacji. Czy główny bohater zwariował? A może cała reszta oszalała? Było sporo tego typu filmów, ale to „Wyspa Tajemnic” jest najlepszym przykładem tego typu kina. Wytężcie mózgi i zobaczcie ten angażujący thiller z domieszką dramatu.

The Wolf of Wall Street / Wilk z Wolf Street (2013). Z „Wilkiem…” mam nie mały problem. W 2013 roku kiedy film wyszedł do kin wielu recenzentów i fanów bezwarunkowo pokochało ten obraz. Ja również dałem się porwać pozytywnemu hajpowi na nowy hit od Scorsesego, jednak z perspektywy czasu uważam, że ocena tego dzieła jest nieco przesadzona. Co nie zmienia faktu, że to dobry film i było o nim głośno nawet kilka lat po premierze, gdy pierwszy raz puszczano go w TV. „Wilk z Wall Street” to historia nowojorskiego brokera Jordana Belforta, którego rozwiązły tryb życia wzbudza podejrzenia u agentów FBI. Być może Scorsese przesadził z niektórymi scenami, ale to wciąż ciekawa historia. Jednak sporo racji ma Pan Dębski, mówiący, że przez trzy godziny nie zmienia się tu za wiele. To najsłabsza pozycja na mojej liście, nie mniej warta zobaczenia.

The Irishman / Irlandczyk (2019). Zeszłoroczny hit Scorsesego od Netflixa to ponad trzy godzinna epopeja i powrót do starych, dobrych czasów. Scorsese ponownie postawił na długie, gangsterskie kino stawiając na historię Franka Sheerana (W tej roli De Niro), który pracuje dla mafijnego bossa Russella Bufalino (Joe Pesci) oraz szefa związków zawodowych Jimmyego Hoffy (Al Pacino). Film na swój sposób jest innowacyjny, gdyż komputerowo odmłodzeni zostają wszyscy trzej główni bohaterowie. W związku z tym należy sobie zadać za chwilę pytanie – Czy będą pojawiać się jeszcze wielcy aktorzy w filmach? Czy czeka nas oglądanie tych samych historii z tymi samymi odmłodzonymi twarzami? Pytanie to jest tym bardziej ciekawe zwłaszcza, że ostatnie filmy pokazują, że normą staje się zastępowanie zmarłych aktorów (Patrz ostatnie „Gwiezdne Wojny„). Film ten wydaje mi się pewnego rodzaju postawioną kropką i zamknięciem pewnego rozdziału. To prawdopodobnie ostatni wielki film dla wspomnianej trójki aktorskiej. Scorsese co prawda udowadnia, że wciąż można zrobić wielki film w tym temacie, który nie nudzi (Mi te trzy i pół godzinny szybko minęły!), jednak ciężko mi uwierzyć by powstał jeszcze jeden tego typu film, który nie byłby klapą. „Irlandczyk” to po prostu dobrze opowiedziana historia i dobrze przedstawieni bohaterowie. Zobaczcie koniecznie.

10 Najlepszych piosenek Maca Millera

W związku z niespodziewaną śmiercią Maca Millera, postanowiłem uczcić pamięć tego wybitnego rapera z Pittsburgha listą jego 10 najlepszych tracków. Lista mocno subiektywna, kolejność alfabetyczna.

2009 (2018, Swimming). Najbardziej nostalgiczny utwór na „Swimming” rozpoczyna się od okazałej porcji smyczków i fortepiana. Później jednak wchodzi beat w stylu starego Eminema samplujący Chante Moore a Malcolm wraca myślami do momentów sprzed wydania pierwszego mixtape’u. Rok 2009 to był dobry rok. A „2009” wychodzi na przeciw moim oczekiwaniom.

Posłuchaj

Cinderella (2016, The Divine Feminine). Ten trwający równe osiem minut utwór oparty jest na prostym i chwytliwym gitarowym riffie wyjętym z utworu Tokyo Police Club oraz wpadającym w ucho refrenie, który wykonuje Ty Dolla $ign. Całość brzmi jak brakujący track z „Long.Live.A$AP„, który również mógłby znaleźć się na jakimkolwiek albumie Drake’a. Malcolm opowiada o namiętnych chwilach spędzonych z dziewczyną, by po ponad pięciu minutach stać się jeszcze bardziej romantycznym i śpiewać przy akompaniamencie fortepianu.

Posłuchaj

Dang! (2016, The Divine Feminine). Utwór nagrany we spółce z Andersonem Paak to prawdopodobnie jeden z najlepszych dowodów, że twórczości Millera nie daleko do samego Justina Timberlake’a. Funkujący i zahaczający o electro-pop beat ładnie komponuje się z elastycznym refrenem. Chłopaki śpiewają o dziewczynach i bardzo dobrze im to wychodzi.

Posłuchaj

Donald Trump (2011, Best Day Ever). Pomijając wszelkie nawiązania polityczne, warto zwrócić tutaj szczególną uwagę jak pięknie zapętlony został „Vesuvius” Sufjana Stevensa. Młodzieniaszek Miller pokazał tutaj, że posiada potencjał by przebić się ze swoim rapowaniem w gatunku zdominowanym przez czarnych, a sam bohater z tytułu określił kiedyś Millera jako „następny Eminem”. Jak dobrze, że nim się nie stał!

Posłuchaj

Kool Aid & Frozen Pizza (2010, K.I.D.S.). Perełka z jednego z pierwszych mixtape’ów, dzięki któremu Malcom wybił się na szerokie wody. Generalnie wolę późniejszego, bardziej dojrzalszego Maca. Nie mniej warto sprawdzić od czego to wszystko się zaczęło.

Posłuchaj

Ladders (2018, Swimming). Na najnowszym i zarazem ostatnim długograju Malcolm pokazuje swoją dojrzałość muzyczną. Świetnie zrobiony podkład przez duet: Pomo/Jon Brion ładnie wpisuje się w metaforę życia jaką jest opisywana przez Millera tytułowa drabina. Gdzieś w tle łaskocze nas funkująca gitarka, pojawią się synthy i jakieś trąbeczki. Ładnie skomponowany utwór.

Posłuchaj

S.D.S (2013, Watching Movies with the Sound Off). To jeden z tych utworów, który od razu rozpoczyna się z „grubej rury”. Psychodeliczny, wręcz narkotyczny podkład stworzony przez Flying Lotusa (słychać to) sampluje… fragment z Dragon Ball Z. Miller swoją nawijką natomiast świadomie nawiązuje do tego pokręconego beatu rzucając „My voice sound like it was a sample off a vinyl„. Mostkowe „Somebody do something” dodaje tylko więcej absurdalności tej sytuacji, podoba mi się to!

Posłuchaj

Self Care (2018, Swimming). O takie rap single walczyłem. Wpada w ucho, da się do tego pobujać, ale równie dobrze działa jako utwór do spokojnych przemyśleń. A te są takie, że Mac Miller szedł w dobrą stronę ze swoją twórczością. Piosenka dzieli się na dwie części. Pierwsza brzmi jak połączenie Drake’a z Justinem Timberlakem, druga natomiast przywołuje mi outra w stylu Kendricka Lamara. Rzadką sprawą jest by przywołać te trzy nazwiska w czyimś utworze, także szacuneczek.

Posłuchaj

Weekend (2015, GO:OD AM). Piszę te słowa we wtorek, słucham tego utworu i już marzę o weekendzie. Dzięki Mac! Rozważania na temat weekendowych rozrywek nie pomagają mi zapomnieć, że dziś dopiero pieprzony wtorek! Ok, ale przejdźmy do utworu. Podoba mi się jak mój r’n’b ulubieniec Miguel współgra z Malcolmem. Swoją drogą Mac Miller świetnie dobiera sobie featuringi. Miguel raczej nie gra tu wielkiej roli, pomaga przy hookach i na końcu serwuje outro na temat dni tygodnia niczym w utworze D-Bomb „O Ela„. A tak na poważnie, to bardzo przyjemny utwór z pogranicza alternatywnego r’n’b i hip-hopu.

Posłuchaj

 

 

10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.