The National – High Violet

The National wydaje piąty studyjny album, który podbija serca fanów i redaktorów Pitchforka.

W ostatnim czasie idzie zauważyć wzrost zainteresowania tym, że skromnym zespołem Matta Berningera. Można nawet odnieść wrażenie, że jest mocno cool mieć w odtwarzaczu, którą z płyt Nowojorczyków. Całkiem możliwe, że jest to spowodowane koncertem, który grupa zagrała rok temu w Mysłowicach podczas Off Festivalu, gdzie zagrali bardzo dobry gig dodatkowo byli grupą, która nie miała godnych konkurentów w walce o najgrubszą czcionkę na plakacie reklamującym festiwal Artura Rojka. O ile kiedyś byli uznawani za taki sobie, gdzieś tam grający zespolik z Nowego Jorku to teraz są headlinerem pełną gębą. I wydana w tym roku płyta, a w zasadzie zainteresowanie nią najlepiej o tym świadczy a sam zespół wróci do Polski jeszcze w tym roku. I na pewno będzie wielu chętnych by zobaczyć ich jeszcze raz albo po raz pierwszy.

A płyta? Czy zasłużony hype? Poziomu Alligatora nie przeskoczyli ale wydaje się lepiej niż w stosunku do starszych płyt i ostatniej zatytułowanej Boxer. Nie ma niespodzianek, nagrali to czego od nich się oczekiwało, czyli 11 piosenek o charakterystycznym dla nich brzmieniu nasączone gorzkimi tekstami przy których można swobodnie wyć do księżyca. Jest tak jak zawsze melancholijnie, melodyjnie, z drugim dnem a głos Berningera nie wkurza. Perkusista Bryan Devendorf jak zwykle pokazuje, że bębnienie to jego specjalność. Nie zabraknie również różnorakich instrumentów smyczkowych i klawiszy w tle. Pod tym względem bardzo mocno są podobni do wydawnictw Arcade Fire i dzieł Final Fantasy. Tym razem nie słyszałem w tym Interpolu i to stanowczo na plus bo o ile The National notuje tendencje wzrostową to Interpol o czym pisałem już we wrześniu grzebie się w mule blisko dna.

Nie ma tutaj zbytnio wyróżniających się utworów, każdy z nich jest na równym poziomie. Z świeczką szukać hitu na miarę Mr. November. Mamy zamiast tego zlepek jedenastu fajnych piosenek. Czy to leniwy Runaway czy też pełen polotu i podniosłości Afraid of Everyone to każda z tych piosenek ma w sobie coś ciekawego. Póki co płytę dobrze mi się słucha i nie nudzi, ale jak będzie dalej? Czas oceni. Na dzień dzisiejszy daje ocenę: 6/10

Posłuchajcie Bloodbuzz Ohio

!!! – Strange Weather, Isn’t It?

Nowe wydawnictwo potrójnego wykrzyknika nie wnosi za wiele do muzyki rozrywkowej, ani też nie jest koncept albumem na temat anomalii pogodowych, które ostatnio doświadczamy jednak z pewnością jest solidną płytą na imprezę.

No cóż, oryginalnie z pewnością na najnowszym krążku chk chk chk nie jest. Sprawdziły się sprawdzone patenty z Myth Takes, które wypuścili w świat 3 lata temu. Najwidoczniej grupa przez kolejne lata chce zabawiać na różnorakich melanżach. Jest to typowa płyta imprezowa. Dużo, dobrych gitarowych, tanecznych rytmów. Idzie poszaleć. I to zdecydowanie na plus bo Strange Weather, Isn’t It? to album solidny, pełen zgrabnych, imprezowych nutek typowych dla !!!. Jednak jeżeli ktoś szuka na tym albumie czegoś więcej to się raczej rozczaruje. W moim przypadku nie wiedziałem za bardzo co sądzić o tej płycie. Z początku byłem troszkę nie przychylnie do niej nastawiony. Wszystkie kawałki wydały mi się odrzutami z poprzedniego wydawnictwa muzyków, która zdecydowanie przypadła mi do gustu i poprzednią sesję poprawkową spędzałem przy niej. Słuchając Sweet Life i jednocześnie rozkminiając polską konstytucję.

Po paru przesłuchaniach stwierdziłem jednak, że nie ma co popadać w skrajności szukania płyty oscylujących wyżej niż 8.0. I takie Wannagain Wannagain, AM/FM czy też Steady as the Sidewalk Cracks uznałem za kawałki, które powinny odnaleźć się na każdej dobrej, imprezowej playliście. A taki przykładowy Even Judas Gave Jesus a Kiss daje całkiem niezłego kopa i dobrze się tego słucha. Jednak trzeba sobie zdać sprawę, że za parę miesięcy nie będziemy pamiętać tych kawałków. Jak każde dobre party, są one po prostu przelotne i nie zabawią na dłuższy czas w naszych głowach.

Analizując bliżej poszczególne części to jak zwykle, fajne, transowe bębny. Klimatyczny basik no i różnorakie okrzyki „u-u-u-u-u aaa uu aaa uuu” itd. Czyli spoko gdzie jest parkiet? Jest to kontynuacja Myth Takes, które rok temu oceniłem na siódemkę. Tym razem więcej niż piątkę nie dam. Bo w końcu to już było. Ocena: 5/10

posłuchajcie AM/FM

Brodka – Granda

Cóż za metamorfoza. Ogromny progres zanotowała 23-letnia Monika Brodka laureatka trzeciej edycji Idola.

Poprzednie wydawnictwa były nijakie, posiadające single, które dominowały na stacjach radiowych. Myślę, że te pierwsze płyty można jej przebaczyć, gdyż więcej do powiedzenia wtedy mieli ludzie z Polsatu, wydawnictwa itd. Nagrodą w programie przecież było nagranie płyty. Wszyscy dołożyli wszelkich starań by tylko to upchnąć w masę. A sama krnąbrna wtedy góralka nie miała raczej za wiele do powiedzenia. Teraz Brodka zdaje się nie miała takiej presji. Też jest starsza. W 2004 roku miała ledwie 17 lat.

Słuchanie trzeciej płyty to istna przyjemność. Granda jest pogłosem wszystkiego co dobre spotkało polską muzykę i nie tylko. Słychać tutaj echa terroromansu. Takie Kriopki Kreski, zarówno jeżeli chodzi o muzykę jak i tekst budzi skojarzenia z muszkami i Michałem Wiraszko. Nie zdziwiłbym gdyby ten kawałek kiedyś scoverowali chłopcy z Poznania. Są też i elektroniczne kawałki. Bez tytułowy utwór na płycie pokazuje, że dorobek Radiohead i ostatnie płyty Animal Collective pozostawiły po sobie ślad. A pierwszy singiel z płyty W pięciu smakach o bardzo bogatym brzmieniu to z pewnością najlepsza piosenka Moniki. Boszzzz ta perkusja rządzi. Wątpię by te kawałki puszczali na RMF FM, ale inne media na pewno docenią wartość tej płyty. Jest przebojowo ale i zarazem na zajebiście wysokim poziomie jak na polskie standardy. Nie chce teraz wyjść jak jakiś Andrzej Buda ubóstwiający swoją nieżydowską Ewę Farnę, ale widać, że przemiana Brodki jest na ogromny plusior. Nie spodziewałbym się po niej nigdy tego.

Sama Monika ma natomiast teraz o wiele ciekawsze teksty. „Gdy zamknąłeś drzwi zegar dalej bił/Czas nie stanął w miejscu, nie było mi żal” zastąpiła takimi perełkami jak „Sprawdziłam wszystkie obce alfabety by rozszyfrować język, który znam/ I ciągle mówisz do mnie krzyżówkami/ a migi zasłoniła gęsta mgła” Poza tym gdy się słucha wokalistki z Twardorzecza to jej barwa głosu momentami mi przypomina starą dobrą Kasię Nosowską, zwłaszcza słychać to w openerze Szysza. W następnym tytułowym kawałku także da się wyłapać pewną gorzkość tekstu typową dla liderki zespołu Hey. „Nie polubię Cię, jak powiedzieć prościej. Zbliżysz się o krok porachuje kości.” Co zadziwiające Monika zawarła tyle fajnych rzecz w jedenastu kawałkach, które szybko nam zlatują. Póki co najfajniejsza polska płyta popowa. Dobra alternatywa na przynudzającą już Gagę. Ocena: 7/10.

posłuchaj W pięciu smakach. amen