Liars – Sisterworld

Przesłuchując ostatnio różnorakie zespoły grające raczej muzę ciężką do zakwalifikowania natrafiłem na płytę Sisterworld zespołu Liars. Nowojorski band już był mi wcześniej znany, w sensie kojarzyłem go i ciężko mi było zawsze nakłonić się do ich przesłuchania. Gdy w końcu to zrobiłem… Nie żałowałem.

Ci kolesie na tej płycie brzmią mocno konkretnie i przekonywająco. Liczyłem się… a w zasadzie spodziewałem się jakiegoś miauczenia, seplenienia i bóg wie jeszcze jakich nudnych rzeczy. I w sumie Scissor zaczyna się cicho, chórowo, wręcz a capella. Jednak coś się stało w momencie 1:41 i zaczął się totalny muzyczny huragan. Walący crash i nieokrzesana gitara. Potem znowu zwolnienie, ale jakie?!? klawisz i wokal. Kurcze, świetnie to brzmi. Już od pierwszego utworu mnie zachwycili. No Barrier Fun zaczyna prosty bas, ale potem kawałek się rozwija i powstaję coś nieźle psychodelicznego i pokręconego. Klimatycznego. Jest jakiś mrok, jakaś tajemnica  w tym wszystkim. Ja jestem na tak.

Podoba mi się, że jest dość żywiołowo i czasami mam wrażenie, że spontanicznie. Tak jakby grali nie myśląc co grają a utwory same powstawały. Zmiany tempa też na poziomie. Może wokalista EAngus Andrew ma dość dziwną manierę wokalną i w sumie to chyba nie umie za bardzo śpiewać, ale brzmi to dobrze z muzyką w tle. Jedno z drugim współgra. Riffy mają całkiem, całkiem. Istotnym minusem może być fakt, że w sumie płyta nie jest na tyle fajna by do niej wracać przez dłuższy czas. Jest to raczej produkt do aktualnego spożycia. Jest różnorodnie, ale czasem mam wrażenie, że może zbyt rożnie jest. Obciachu nie ma słuchając Liars.

Mimo wszystko udało im się przez te kilkadziesiąt minut słuchania albumu zaintrygować mnie swoim brzmieniem. Grają już od jakiegoś czasu na określonym poziomie poniżej którego nie schodzą co chwalebne, ale i też nie przewyższają go. Polecam na nudne, majowe, deszczowe wieczory. Natura szaleje ostatnio a przecież majowe dni powinny wyglądać inaczej, jakieś wyjazdy, beztroska, bliskość, juwenalia. Wszystko wywróżył nasz parafialny ksiądz. W jego przepowiedniach jest jeszcze mowa o katastrofach w lipcu i na jesień. Mam nadzieje, że to nie chodziło sesje hehe. Może na ten czas zrecenzuje wam Built To Spill czy coś. Póki co sprawdźcie Liars jak nie macie nic innego do roboty.Ocena: 6/10.

To może Scissor?

Foals – Total Live Forever

Z pewnością płyta ta nie zapisze tego zespołu  na kartach historii. Bo ani nie zbawili świata, ani nie wykrzyczeli haseł, które by trafiły w serca mas, nie wymyślili też nic nowego.

Jednak przyznam, że panowie zaskoczyli mnie. Pozytywnie zaskoczyli. Nie wróżyłem im jakiejś kariery. Słuchając kawałków z debiutu „Antidotes„, który pojawił się w 2008 roku i mieszał głównie na listach przebojów nędznej MTV 2 nie wpłynął zbyt na mnie. Ani Cassius, Ani Balloons, ani inny utwór nie zachwycił mnie. Co więcej to w sumie nawet trochę mnie wkurzali. To wąsikiem u wokalisty, to notorycznym wałkowania jednego i tego samego w telewizji, poza tym znajomy katował mnie  utworami  Angoli puszczając je na swojej Nokii. Myśląc Folas, myślałem – kolejna nędza promowana przez Gonzo i innych pajaców z MTV.

Okazało się inaczej. Chłopaki wykazali się na tyle ambitnie, że druga płyta zdecydowanie wyprzedza pierwszą. Na początek usłyszałem pierwszy singiel „Spanish Sahara”. Zamurowało mnie. Kawałek naprawdę dający radę, na przestrzeni muzycznej, lirycznej „Now the waves they drag you down/ Carry you to broken ground/ Though I find you in the sand/ Wipe you clean with dirty hands” i samego klimatu. Utwór trwa prawie 7 minut i żadna sekunda nie jest zbędna. Lekki, spokojny początek jednak to tylko pozory. Utwór nabiera tempa by na wysokości 4:15 nabrać pełnej energii, która ulatnia się przez perkusje i gitary oraz pojawiający się syntezator.

Total Live Forever to nie tylko Spanish Sahara, która wyróżnia się z pewnością. Całość stoi na równym poziomie, dobrym poziomie co najważniejsze. Jest gitarowo, melodyjnie a co najistotniejsze całość nie traci na swojej alternatywności. Wątpię by puszczali tym razem Foals na listach przebojów gdzie mogli by walczyć z nic nie znaczącymi zespołami o miano BEST NEW ROCK INDIE NOISE AWESOME MUSIC. No, ale po co im to skoro muzykę nagrywają dobrą? Na pewno recenzenci muzyczni czy też sami słuchacze polubią ten materiał i dobrze się o nim wypowiedzą. Ja zmieniłem o nich zdanie. Gdyby tak każdy zespół nagrywał co płytę to lepszą. Przeważnie po udanym debiucie młode zespoły umierają na wysokości drugiej, trzeciej płyty.

Wróćmy jeszcze na chwilę do samej muzyki. Chciałbym pochwalić w tym miejscu perkusistę. Chłop wie co robi i wie jak to robić. Skumajcie taki After Glow. Wokalista mnie nie drażni już jak to było przy odsłuchach debiutu, a specyficzna gitarka dodaje klimatu. No i pojawia się także syntezator, który nie przeszkadza a urozmaica. Krążek dobry do odsłuchania w domu czy też w drodze do pracy. Na imprezę raczej go nie bierzcie. Zwykłe chwile można przy tej płycie spędzić. A takie zwykłe chwile często bywają najbardziej wyjątkowe. Coś o tym wiem.

Chyba pospieszyłem się z tymi pochlebnymi słowami. Czas na pewno pokaże, czy płyta ta odmieniła oblicze zespołu i skłoniła go do nagrywania coraz to lepszych i nowszych nutek. No i mam nadzieję, że nie będą już odbijać w teledyskach kawałami mięcha. Tym czasem daję ocenę: 7/10

Sprawdźcie Spanish Sahara

Hannah Georgas – This is Good

This is really good…

Hannah Georgas póki co jest anonimowa postacią, próbowałem się doszukać jakiś informacji na jej temat na allmusic.com. Przewrotny tytuł tego portalu, bo jednak nie cała muzyka jak się okazuje. Płytę This is Good odkryłem na pewnym blogu, który polecam. Sprawdzam tamtejszą muzę i póki co nie czuje się zawiedziony. A jest to sprawdzać i mam nadzieje, że długo tak pozostanie.

To co wiemy na temat tej Pani? Jest z Kanady. Co w pewnym sensie ma znaczenie. Dla mnie nawet istotne. Bo jak wiecie ubóstwiam kanadyjskie klimaty. Gdy zajrzycie na jej stronę myspace możecie zobaczyć długą listę wpływów, gdzie między innymi pojawiają się: The Flaming Lips, The Cranberries, Bjork, Interpol, The Strokes, The National, Radiohead, Jeff Buckley, Broken Social Scene, Modest Mouse i wiele innych artystów, którzy naprawdę dobrze że znajdują się na tej liście. Dobre wpływy to już połowa sukcesu. Teraz wystarczy nagrać równie coś dobrego.

No może This is Good nie jest płyta na miarę Grace albo You Forgot It In People. Jednak jest to naprawdę bardzo fajny indie-pop. Każda z 12 kompozycji na płycie zachwyca pewnym urokiem, taką fajnością jaką ta płyta kipi aż. Pani Georgas ma naprawdę świetną barwę głosu, którą polubimy już od pierwszego: what’s it like for you/on your own,what do you do/do the walls talk back/do you still do those things that you do”. Warta muzyczna też jest zadowalająca, jest gitarowo ale jednocześnie popowo i melodyjnie. Oj Tak jest sporo fajnych melodii. Ta płyta powinna się spodobać każdemu.

Idealna wręcz na okres weekendu majowego. Jest radośnie, słonecznie, wesoło. Wyobraźcie sobie, że jedziecie gdzieś spędzić majówkę. Pograć w badmintona, pospacerować, pojeździć na rowerze, rozpalić ognisko, grilla, pójść na imprezę. Ta płyta idealnie umili czas w samochodzie. A gdy zabraknie słońca to Hannah Georgas przypomni wam, że radośnie może być w każdej chwili nawet gdy nie jest tak słonecznie. Wyobraziliście to sobie?

Warto wspomnieć także, że jest różnorodnie na tej płycie. The Deep End jest dość folkowy a początek mi się kojarzy z Bon Iver. Shine to typowa ballada, która jest nasiąknięta emocjami. Something for You budzi skojarzenia z latami 30-40. Całość kończy akustyczne You’ve Got A Place Called Home. Muszę przyznać, że w każdym z tych utworów Hannah Georgas jest przekonywająca.Ocena:7/10

Sprawdźcie sami

P.S. Fajna okładka