Gorillaz – Plastic Beach

Damon Albarn nie próżnuję, wydawało się, że grupa Gorillaz poprzestanie na „Demon Days” na rzecz innych projektów Albarna: The Good, The Bad & The Queen, solowa działalność lidera Blur oraz parę koncertów (prawdopodobnie ostatnich) angielskiej formacji. Tymczasem na początek nowej dekady goryle wracają z nową płytą.

I jak się okazuje Damon dalej ma jaja do robienia muzy, tego nie można mu odmówić. Jednak chyba nie tego się spodziewaliśmy. Nie ma wielkiego rozczarowania. Bynajmniej z mojej strony bo oczekiwania też nie były wielkie. Gorillaz ceniłem głównie za kozackie single, całościowo nigdy nie byłem fanem. I tym razem spodziewałem się paru dobrych piosenek i tak jest w ostatecznym rozrachunku tej płyty. Kilka naprawdę dobrych utworów pojawiło się na albumie, do których chętnie wrócę. Do całej płyty raczej nie.

Doceniam ich za umiejętność wypromowania. Kolesie zrobili sobie animowany image, który oprócz sławy lidera grupy przyciąga potencjalnych odbiorców. Na ostatniej płycie obrali drogę mnogości tak zwany „featuringów”. Na „Plastic Beach” występów gościnnych jest jeszcze więcej. Pojawiają się głosy, że może przesadzają. Jednak jest to już pewna charakterystyka ich muzy. Już w 2005 Albarn zapowiedział, że od czasu do czasu pojawi się jakiś „Demon” w utworze. Tym razem jest ich sporo. I to nawet nie byle jakie nazwiska. Mamy przecież Snoopa już na początku. Pojawia się De La Soul, Paul Simonon, Lou Reed, Little Dragon i wielu innych. Także z tej strony jest mocno. Poza tym w teledysku do pierwszego singla pojawia się entuzjasta wódki Sobieski – Bruce Willis. Dlatego też jest o nich głośno przy premierze płyty.

Gorillaz jest lubiane przez wiele jednostek. Jest to spowodowane miedzy innymi mieszaniną gatunkową. W ich muzyce znajdziemy przecież wszystko. Od hip-hopu do muzyki orientalnej. Przeglądając kanały muzyczne trafiałem na videoclip Stylo na kanale rockowym, hip-hopowym czy też stacjach komercyjnych. Wszędzie Gorillaz! Na Laście póki co też szaleją, zobaczymy jak długo potrwa nawijka na „Plastic Beach”.

Wracając jednak jeszcze do samej płyty. Jest różnorodna dźwiękowo, jednakże równocześnie jest cholernie nie równa. Momentami wieje na niej nudą, ale są też i dobre momenty jak choćby Rhinestone Eyes” czy też „On Melancholy Hill”. Singlowe „Stylo” jest dla mnie nagrane na jedno kopyto, nie za wiele się tam dzieje by padać na kolana. Brakuje w moim odczuciu jednak singla killera jakim były takie hity jak  taneczne „Dare”, nieodżałowane „Feeling Good inc.” czy też legendarne „Clint Eastwood”. Ocena :5/10.

Posłuchajcie Rhinestone Eyes.

Hot Chip – One Life Stand

W sumie zgodnie z oczekiwaniami Hot Chip nie załamuje, ale również nie szokuje. Solidny chleb razowy.

Zaznaczę na wstępie, że nie jest to płyta zła ani tak mega wypasiona jak by można sądzić po ocenie przyznanej przez portal Pitchfork Media. Z całym szacunkiem, ale na tej płycie nie ma ani jednego kawałka, który chociażby troszkę nawiązał do największych hitów z The Warning bądź Made in The Dark. Płyta wydaje się bardziej wyrównana, spójna, ale no kurcze brakuje tutaj tego killera w stylu Over and Over albo Ready for The Floor (Najlepszy kawałek grupy). Nie wiem, jak słucham choćby takiego openera jakim jest Thieves In the Night albo I Feel Better to nie jest tak zabawowo prawdę mówiąc. Lepiej jest już przy odsłuchaniu pierwszego singla o tym samym tytule co album.

Przy pojawieniu się Brothers odczuwam pewnego rodzaju patos. Jest jakoś smętnie przez większą część płyty. Duża  w tym zasługa barwy głosu Alexisa Taylora. We Have Love znowu dodaje troszkę ożywienia. Taki Hot Chip mi się podoba, przebojowy. Granie Electropopu zobowiązuje w pewnym stopniu. Całość zamyka Take It In, z lekksza dla mnie bezbarwny.

No cóż, wiele niby nawiązań, ale widoczna równia pochyła. Płyta w kategorii przesłuchać i zapomnieć, wątpię czy jest sens do niej wracać i się nią ekscytować, jeżeli tak na prawdę jest czym się ekscytować. Pojawią się w tym roku w Gdynii, ale ich czas chyba minął. Już nikt nie jara się nimi tak jak jeszcze jakieś cztery lata temu, kiedy każdy chciał by Ci chłopcy zremiksowali jakiś kawałek. Brakuje już chyba takiego uśmiechu jaki pojawił się pewnej babci poszukującej zielonej sagi. Chyba nie ma co zbytnio się nad tym rozwodzić, sprawa jest jasna.

Ocena:5/10

Do i Feel Better nagrali nawet fajny teledysk, ale okładka płyty za to paskudna.

Muchy – Notoryczni Debiutanci

Już możemy sobie mówić na „Ty” z Muchami. Wiraszko i kompanii nie zawodzą i wręczają w dniu dzisiejszym świetny muzyczny prezent wszystkim kobietom.

Notoryczni Debiutanci to drugi album długogrający zespołu z Poznania. Swoim debiutem o dość specyficznym tytule „Terroromans” podbili serca polaków spragnionych, dobrej muzyki pop. W tym moje. Często wracam do tej płyty i mam dość sporo związanych z nią wspomnień, dość niedawnych, najlepszych. Drugi krążek przekornie nazwany „Notoryczni Debiutanci” miał swoją premierę dzisiaj, w dniu kobiet, ale można było już wcześniej posłuchać piosenek z płyty na oficjalnym MySpace Muszek. Dość fajny zabieg, mający przede wszystkim na celu zmniejszenia ilości ściągnięć nielegalnych kopii z internetu. Poza tym po przesłuchaniu materiału, łatwiej nam kupić płytę, albo też jej nie nabyć – jeżeli ta jest dupiata. Generalnie Brawo. Co prezentują na swoim drugim albumie?

Trochę więcej klawiszy, dalej jest gitarowo, popowo. Lirycznie? Wiraszko nieustannie trzyma poziom. „Ten dzień jest po to by przypomnieć sobie że / wciąż lepiej przeżyć coś niż obejrzeć o tym film” albo „to będzie dobry rok bez rocznic i postanowień / bez wspomnień i rozczarowań” albo to „żaden świt tak bezczelnie jak dziś, nie wyważył nam oczu  i drzwi. Ja nie mam pytań, frontman nie dość, że zachwyca swoją barwą głosu i charakterystycznym sposobem śpiewania, to także melodyjnymi, oryginalnymi tekstami. O czym? Głównie o miłości, nie zawsze tej szczęśliwej. Tradycyjnie skupiłem się na perkusji. Szymon Waliszewski nie zapomniał od 2007 roku jak to się robi.

Moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu płyty było takie, że jest gorzej od debiutu. Jednak im częściej słucham tym bardziej mi się podoba. Terroromansu niestety nie przeskoczyli, ale to nie zmienia faktu, że płyta jest bardzo dobra i chłopaki trzymają poziom. Poczułem zapach wiosny słuchając Notorycznych Debiutantów. No może poza odsłuchaniem „Kołobrzeg-Świnoujście” bo to już kawałek dobrze znany wyznawcom Much. Wydaje mi się, że Muchy są mocnym punktem obecnie jeżeli chodzi o scenę muzyki niezależnej w Polsce, chodź ciężko zrozumieć fakt dlaczego nie przebili się do mediów na szerszą skalę i nie zaistnieli w mainstreamie na tyle ile mogliby, bo ta muza ba cholerny popowy potencjał . W sumie, może to i dobrze. Ważne by robić swoje, brnąć do przodu. „więc skąd ten strach”. Posłuchajcie, spróbujcie. Warto, nie będziecie żałować. Ocena: 7/10.

Posłuchajcie Przesilenie.

P.S. Trzymam Ciebie za słowo Wiraszko, że będzie to dobry rok. Bez rozczarowań. Muchy nie rozczarowały. Życzę wszystkiego najlepszego Paniom czytającym mnie 😉