Off’owe propozycje część pierwsza

Już od jakiegoś czasu Artur Rojek powiadamia nas o artystach, którzy się pojawią na tegorocznej edycji Off Festiwalu. Trzeba przyznać, że póki co jest całkiem nieźle. Już od dawna zachęcam wszystkich do udziału w tej imprezie. W tym roku nie będzie inaczej i w miarę na bieżąco będę przybliżał projekty, które pojawią się w sierpniu w Dolinie Trzech Stawów. Na początek zacznę od Battles, Swans oraz Sleep Party People.

Battles – Gloss Drop (2011). Ten rok zapowiada się eksperymentalnie. Battles idealnie tutaj się komponuje w układance Artura Rojka. Nowojorczycy grają już 10 lat, jednak do tej pory wydali dwa albumy. Najnowsza płyta wydaje się być lepsza od debiutanckiej, jednak różnicy sporej nie ma. „Gloss Drop” to 12 energicznych, świetnie brzmiących utworów. Moją uwagę przykuł głównie mistrzowskimi bębnami. Płyta ta to pokaz jak powinno się używać tego pięknego instrumentu. John Stanier dał na prawdę rewelacyjny popis swoich umiejętności. Jednak to nie jedyna zaleta tego krążka. Mimo, że jest on niemal instrumentalny to potrafi przykuć nasza uwagę. Słuchając „Gloss Drop” czas płynie tak samo szybko jak pałeczki uderzają w hi-hat. Czego możemy się spodziewać na koncercie? Powiem tak: Będzie się działo. Ocena: 8/10

Sleep Party People – Sleep Party People (2010). Zespół zagadka. Tak na prawdę nie wiadomo o tym duńskim projekcie za dużo. Ciężko jest coś wygrzebać z internetu konkretnego a sami muzycy na koncertach kryją się za króliczymi maskami. Jednak przejdźmy do strony muzycznej. Duńczycy mają jak na razie w dorobku jeden album, ale za to jaki! Na „Sleep Party People” utrzymuje się pewna aura tajemniczości (Co dla zespołów skandynawskich jest pewnego rodzaju przymusem). Melodie zawarte na tym krążku brzmią jak muzyczny zapis najdziwniejszych scen z filmów Davida Lyncha. Piękne, senne, elektroniczne nutki od samego początku uwiodły moje uszy. To może być jeden z tych klimatycznych, mistycznych koncertów, zawartość albumu sprzyja temu jak najbardziej. Trzeba im przyznać, że znają się na sprawnej obsłudze syntezatorów. Bo to co uchwycili na tej płycie chwyta za serce. Gdyby „Donnie Darko” został nakręcony w 2010 roku to Sleep Party People zapewne odnalazłoby się tam jako soundtrack. Ocena: 8/10

Swans – We Rose From Your Bed With The Sun In Our Head (2012). Swans to zespół legendarny. 30 lat działalności, dyskografia bogata w świetne albumy, prekursorzy tzw No wave. Dwa lata temu na nowo się reaktywowali i zaczęli koncertować. Artur Rojek tylko czeka na takie okazje. Na każdej edycji Off Festiwalu mamy okazje posłuchać zespołów legendarnych (Gang of Four, Dinosaur Jr., Primal Scream itd.). Tym razem Rojas zaproponował nam esencje eksperymentalnej muzyki zahaczającej o  post rock. Jak zespół będzie brzmiał na żywo? Możemy to sprawdzić poprzez przesłuchanie ich najnowszej propozycji zatytułowanej „We Rose From Your Bed With The Sun In Our Head”. Ta dwupłytowa kompilacja to zapis wybranych utworów zagranych na żywo. Osobiście za każdym razem podchodzą ostrożnie do tego typu wydawnictw. Traktuje je raczej jako ciekawostkę oraz miły dodatek do dyskografii zespołu. Na najnowszym albumie Swans znajdziemy najnowsze kawałki z ostatniego albumu studyjnego „My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky” jak i utwory starsze. Wykonania mimo, że są mocno rozlazłe i długie (Niektóre osiągają ponad 15 minut) to trzeba przyznać, że zespół na żywo brzmi mocno i nadzwyczaj dobrze. Nie spodziewałbym się żwawego i energicznego show a raczej ponad godzinnego koncertu bogatego w głośne, gitarowe brzmienia. Jeżeli na Offie zaprezentują się równie dobrze jak na płycie to możemy liczyć na udany gig. Tym czasem „We Rose From Your Bed With The Sun In Our Head” oceniam na 6/10.

Sufjan Stevens

Sufjan Stevens. Jeden z najbardziej uzdolnionych i płodnych artystów amerykańskiego niezalu. Wciągu 10 lat wydał osiem albumów długogrających, każdy został dobrze odebrany w środowisku muzycznym i dziennikarskim. W moim osobistym ranking Sufjan jest w czołówce wykonawców łączących folk z szeroką pojętą muzyką indie. Niniejszym wpisem spróbuję przedstawić albumy Amerykanina o litewskich korzeniach. Mam nadzieję, że uda mi się w ten sam sposób opisać innych ważnych artystów o których do tej pory nie miałem okazji wspominać. Miłej lektury i zachęcam do zapoznania się z twórczością Pana Stevensa.

A Sun Came! (2000). „A Sun Came!” to debiutancki krążek Sufjana Stevensa. Artysta nagrywając ten rewelacyjny album postawił sobie wysoko poprzeczkę a co najważniejsze w późniejszych latach zdołał ją przeskoczyć wielokrotnie pobijając wcześniejsze osiągnięcia. Sufjan zamieścił na tym albumie 21 utworów. Część utworów jest kilku sekundowymi skitam, które przeważnie pojawiają się na rap albumach. „A Sun Came!” to przede wszystkim mieszanka wielu instrumentów, brzmień i dźwięków, które nawiązują do różnych kultur. Taki „Demetrius” łączy w sobie rock’owe brzmienie z orientalnym transem. Natomiast „Ya Leil” to już typowy oriental bez żadnych domieszek. Na płycie dominują przeważnie akustyczne, gitarowe, folkowe utwory. Jednak nie brakuje mocnych odjazdów przy użycia gwizdka w „Satan’s Saxophones” czy też zastosowania elektroniki w utworze „Joy! Joy! Joy!”. Ta płyta pokazała tak na prawdę jakie zdolności w tworzeniu posiada Sufjan Stevens i jak potrafi być różnorodny. Ocena: 7/10

Enjoy Your Rabbit (2001). To drugi album w dorobku Sufjana Stevensa, który zupełnie różni się od debiutanckiego. Po pierwsze płyta ta jest zupełnie instrumentalna, a po drugie brzmienie jej jest w pełni nasycone elektroniką. Sufjan już na wcześniejszym albumie bawił się tego typu elektroniką, jednak dopiero teraz dał w pełni upust swoim zdolnościom w tej materii. I trzeba przyznać, że udało się. Kompozycję są nieprzewidywalne i ciekawe. Sufjan Stevens tym albumem oddał hołd kulturze Dalekiego Wschodu, gdyż poszczególne utwory swoimi nazwami nawiązują do chińskiego horoskopu, co wydaje się być pomysłem ciekawym. Jak się później okaże Sufjan Stevens nie raz nas zaskoczy swoją pomysłowością. Ocena: 7/10.

Greetings from Michigan: The Great Lake State (2003). Przy okazji wydania tego albumu Pan Stevens zapowiedział chęć nagrania po jednym albumie poświęconemu jednemu stanowi w USA, jak się okazało projekt zatrzymał się tylko na dwóch stanach: Michigan i Illinois. Jednak trzeba przyznać, że intencje były dobre a sam pomysł niespotykany w świecie muzyki. Ja jednak myślę, że jeszcze kiedyś Sufjan nagra coś o jakimś stanie. Wtrącę także pewną anegdotę dotyczącą Sufjana i tej płyty. Całkiem niedawno na zajęciach podczas oglądania dziewiętnastowiecznej mapy Stanów Zjednoczonych wspomniałem znajomemu o projekcie Sufjana Stevensa. Ów Znajomy wtedy zapytał co to znaczy „alternatywny wykonawca”, czy oznacza to, że jeździ on autobusem? Otóż nie. Odpowiedź tkwi w twórczości Sufjana Stevensa i pomimo, że ta cała gadka o projekcie 50 Stanów była tylko akcją promocyjną to sam materiał zgromadzony na tym albumie jest unikatowy. „Greetings from Michigan” to opis rodzimego stanu Sufjana (Urodził się w Detroit – miasta Robocopa oraz miasta przeżywającego ostatnio proces wyludniania). W Stanach Michigan ze względu na swój krajobraz jest nazywany „Stanem Wielkich Jezior” (coś a la nasze Mazury). I tego akcentu nie zabrakło na tym właśnie krążku, jest on opisem przyrody jak i ogólnym zarysem samego Michigan. Teksty nawiązują do typowych problemów społeczeństwa nie tylko amerykańskiego. Ponadto nadal przychodzi nam zachwycać się bogatą barwą brzmień. Ten koncept album był ogromnym krokiem w przód dla Sufjana Stevensa. Ocena: 9/10.

Seven Swans (2004). Na kolejny album Sufjana fani nie musieli czekać długo, gdyż pojawił się rok po wydaniu bardzo dobrego Michigan. Jak się okazało następny krążek nie wpisywał się w „projekt 50 Stanów” a jego problematyka nawiązywała do sfery religijnej. Czwarta płyta w dorobku artysty jest jakby skromniejszy w brzmieniu w porównaniu do wcześniejszych „bogatych” i „grubych” wydawnictw. Słodki, chłopięcy głos Sufjana Stevensa łączy się tutaj z miłymi żeńskimi chórkami, fortepianem, lekko podkreśloną perkusją, która momentami zanika. Oczywiście nie zabrakło banjo, które stało się takim znakiem rozpoznawczym Stevensa obok czapki z daszkiem i doklejonych skrzydeł. Najlepsze określenie na „Seven Swans” to słowo mistyczny. Sufjan Stevens zawarł tutaj wiele przemyśleń dotyczących sfery sakralnej a same teksty nawiązują do chrześcijaństwa: „Abraham, put off on your son. / Take instead the ram /until Jesus comes” czy też „And when we are dead, we all have wings / We won’t need legs to stand”. Płyta ta mocno wpływa na nasze myśli i zmusza do refleksji nad pewnymi sprawami, pomaga nam w tym w pewnym sensie minimalizm brzmienia, ale i także świetne teksty Sufjana Stevensa. Esencją tego krążka jest tytułowe „Seven Swans”, które pięknie się rozwija od spokojnego dźwięku banjo i głosu Sufjana do mocno patetycznego uniesienia, gdzieś w okolicach 4:34. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś po prostu niesamowitym. Ocena: 9/10.

Illinois (2005). Piąty album w dorobku artysty jest nie tylko powrotem do idei projektu 50 stanów, ale także powrotem do bogatej i ciekawej aranżacji utworów i szerokiej gammy instrumentów wykorzystanych przez Stevensa. Osobiście uważam ten album za najlepszy w dorobku Sufjana Stevensa, który spiął się tutaj na wyżyny swojej zdolności tworzenia genialnych piosenek. Cały album jest genialny i bezbłędny. Słowa to za mało by opisać uczucia towarzyszące tej płycie. Dla mnie ten krążek ma „wewnętrznego ducha”, który zachwyca swoim bogatym brzmieniem. Sufjan Stevens opisał na nim Stan Ala Bundy’ego, który jest sąsiadem stanu Michigan. Opis jest ten różnorodny, bo z jednej strony jest „JOHN WAYNE GACY, JR.” – jeden z najokrutniejszych i najbardziej znanych zabójców seryjnych XX wieku w Stanach Zjednoczonych a z drugiej „THE SEER’S TOWER”, czyli najwyższy wieżowiec USA. Najwięcej braw album zebrał za rewelacyjny utwór „Chicago”, który do tej pory jest uznawany za największy „hit” artysty. Jednak każdy utwór na tym albumie tak na prawdę jest fenomenalny. Podoba mi się spokój i sposób prowadzenia narracji w Casmir Pulaski Day. Na duże brawa zasługuje intro albumu złożone z dwóch pierwszych utworów, które rewelacyjnie wprowadza nas w świat przedstawiony przez Stevensa. Dużą wyobraźnią wykazał się Sufjan także pisząc te absurdalnie długie tytuły piosenek, których nazw wolę nie przytaczać ze względu na ich długość. Konstrukcją album ten przypomina debiut Stevensa, mamy mnogą ilość tytułów (22) oraz pojawiające się co jakiś czas kilku sekundowe przejścia. Dalsze opisywanie Illinois nie ma sensu, tą płytę należy posłuchać. Tych, których zniechęcą zakręcone tytuły i ilość utworów proszę o chwile cierpliwości i skupienia, z pewnością polubicie tą płytę tak jak ja ją polubiłem. Ocena: 10/10.

The Avalanche: Outtakes & Extras from the Illinois Album (2006). Czyli tak jak w tytule – jest to zlepek odrzutów z poprzedniej płyty oraz kilku dodatkowych piosenek. Album ten pokazuję tak na prawdę jak bogaty wybór miał Sufjan Stevens przy wyborze 22 utworów, które miały stworzyć rewelacyjne Illinois. Pozostałe piosenki, mniej pasujące i mniej rewelacyjne utworzyły właśnie to wydawnictwo. Mimo ich solidności i równości oraz zaprezentowania Chicago w trzech różnych wersjach, nadal są to utwory, które z jakiegoś powodu nie znalazły się na Illinois. Siłą rzeczy nie może to być album na miarę poprzednich i jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem, nad którym nie ma sensu głębiej się rozwodzić. Można to potraktować jako album „kopalnia”, czyli każdy będzie mógł poszukać czegoś dla siebie. Ocena: 5/10.

The BQE (2009). Ten album to kolejny ciekawy pomysł Sufjana Stevensa w karierze. The BQE to płyta składająca się wyłącznie z intrumentalnych, symfonicznych utworów. Czyli jest to całkowicie coś nowego, czego wcześniej nie mieliśmy u naszego bossa alternatywy. Jednak bądźmy szczerzy, Stevens po nagraniu tylu świetnych płyt i genialnego „Illinois’ mógł sobie pozwolić na tego typu odstępstwo. Pomimo, że ten pomysł momentami zahacza o banał i raczej nie jest czymś co fani „Illinois’ przyjmą owacjami na stojąco to ja w sumie rozumiem chęć stworzenia przez Stevensa czegoś na miarę klasyki. Na tego typie muzyce nie znam się za bardzo i nie jestem w temacie, ale uważam, że płyta ta może się spodobać poniektórym fanom o wrażliwej, romantycznej i klasycznej duszy. Dla mnie jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem i ciekawostką oraz przerwą w napiętym grafiku tworzenia absolutów przez Stevensa. Ocena: 6/10.

The Age of Adz (2010). O tej płycie pisałem już rok temu tutaj.

Deerhunter – Halcyon Digest

Spóźniona recenzja z 2010 roku.

W moim przypadku spóźnianie się z recenzją jest normą. Jednak w mojej samotnej walce z szumem informacyjnym w internecie (by rzesze ludzi poznały fajną muzę) możliwa jest do usprawiedliwienia tendencja „spóźnionej płyty”. Poza tym to zawsze jest modne. 

Skupmy się jednak na samej płycie. Cox’owi (To nazwisko całkowicie nie pasuje do jego postury) udało się stworzyć album wciągający, na pewien sposób hipnotyzujący i ciekawy. A głównie to wszystko za pomocą gitar, PROSTOTY (Nie cierpię przekombinowanych akcji tak samo jak Mateusz Borek) no i pomysłów, które co chwilę się rodzą w głowie Bradforda C. Jest on zresztą znany z płodności twórczej, jednak Deerhunter > Atlas Sound i to dla mnie zdecydowanie. Wystarczy posłuchać takiego Desire Lines (wam też ten kawałek kojarzy się z nowym Arcade Fire?), Coronado czy też Revival by się przekonać o tym co piszę. Sprawa na prawdę nie jest skomplikowana, co sprawia, że album nie jest tak trudny w odbiorze. Nie mam pojęcia jak wygląda to na żywo, ale myślę, że warto będzie sprawdzić, czy te kawałki w w wykonaniu live również tak potrafią pochłonąć nasze umysły. Ocena: 8/10.

posłuchaj