Neon Indian – Era Extraña

Kolejna porcja dobrego chilleave’u na długie jesienne wieczory.

Wszyscy fani gatunku pamiętają świetny rok 2009. Rok rewelacyjny pod wieloma względami (nie tylko muzycznymi), aczkolwiek dobry ze względu na liczbę full wypas albumów. Wtedy to Alan Palomo wydał dobrze przyjęty „Psychic Chasms” i dzięki temu późne wieczory nabierały barw. W tym roku ma być podobnie, a to głównie za sprawą polskich dziewczyn i „Era Extraña”.

Nie będę bawił się w rozszyfrowanie nazwy płyty (trzeba przyznać, że oryginalna) lecz pokuszę się o ocenę materiału zgromadzonego na tym krążku. Początkowe intro tak jak w tytule ma wywołać u nas już na starcie atak serca. U mnie wywołało zaciekawienie. „Polish Girl” na początek stanowi przypomnienie nam kończące wakacje i zapewnia dobrą, taneczną zabawę przez następne 4 minuty i 26 sekundy. „Blinside Kiss” otrzeźwia nas swoim surowym, hałaśliwym brzmienie waląc nam po twarzy rękawiczką. Palomo miał na pewno świetną zabawę nagrywając tą płytę, czuć to na późniejszych „Hex Girlfriend” i „Future Sick”. „Suns Irrupt” natomiast idealnie znalazło by swoje miejsce na niejednej hipsterskiej dyskotece. Całość wieńczy „Arcade Blues”, które jakby żywcem zostąło wyrwane z debiutu Neon Indian.

Tak, słychać wyraźnie na „Era Extraña” jeszcze echa poprzedniego krążka, co oznacza, że Palomo nie rzuca póki co swoimi muzycznymi kamieniami dalej. Tworzy to w czym czuje się dobrze i co najważniejsze rewelacyjnie mu wychodzi. Uwielbiam to w jaki sposób łączy ze sobą banalną prostotę, melodyjność i taneczność z psychodelicznymi wariacjami. Czuć w tym jednocześnie smutek jak i radość. Często się go wymienia przy okazji pisania o Washed Out czy też Toro y Moi, jednak Neon Indian tak jakby podąża swoją, ciut inną drogą do naszych serc. Próbuje pokolorować szare, depresyjne dni jednocześnie wspominając, że zima tuż tuż. A to, że pory roku łączą się z muzyką już wiedział Vivaldi a Neon Indian zawsze będzie dla mnie tą fajniejszą częścią jesienni i wczesnej zimy. Ocena: 8/10

posłuchaj

Wu-Tang Clan – Legendary Weapons

Legendarna grupa o legendarnej broni.

Z tezą, że Wu-Tang Clan jest dla hip-hopu tym czym dla muzyki rockowej dokonania grup pokroju Led Zeppelin czy Sonic Youth zgodzi się każdy kto chociaż raz w życiu słuchał 36 Chambres. Z resztą pisałem już o kamieniach milowych dla tego gatunku rok temu tutaj. Więc oczywistą oczywistością jest fakt, że to co robiły te nowojorskie ziomki w latach 90 miały ogromny wpływ na to co potoczyło się dalej w czarnej muzie. Mam ogromny szacunek do Raekwona, Ghostface’a, RZA, GZA i reszty, jednak słuchając i próbując ocenić najnowszy album grupy starałem się nie zwracać uwagi na wcześniejsze zasługi Wu-Tang Clan.

Dla tego też dumnie donoszę, że oni nadal są w formie. Zwłaszcza Raekwon, który w tym roku wypuścił całkiem fajny solowy album Shaolin Vs. Wu-Tang a teraz razem z Wu-Tang Clan daje czadu. Ghostface natomiast zawsze wzbudzał u mnie mały uśmieszek na twarzy, uwielbiam jego luzackość. Posłuchajcie jak nawija w tytułowym Legendary Weapons. Mimo, że na płycie nie uraczymy wszystkich członków Wu-Tang (GZA, Masta Killa) to pojawiają się goście w postaciach między innymi: AZ, M.O.P. czy też Sean Price. Usłyszymy także wstawki wyrwane żywcem z kina kung-fu, do czego Wu-Tang i Raekwon nas przyzwyczaili. Są wierni starej szkole, co oczywiście nie przeszkadza w odbiorze ich płyty przez młode pokolenia głodne porządnego rapu.

Wysoko stawiają poprzeczkę dla młodych a w odróżnieniu od innych legendarnych ekip (Public Enemy) nauczyli się chwytać szybko to co jest obecnie trendy. Nie czuć tutaj kurzu lat ’80, jest nowocześnie, momentami nawet pop’owo. Skumajcie Never Feel This Pain. Mocną stroną po raz kolejny są podkłady, świetna gitarka w Start The Show, klimat w Drunk Tongue  czy Laced Cheeba. Ogólna zajebistość Meteor Hammer. Oczywiście za mało słucham tego typu muzyki by odnieść do tego co nagrywają inni, jednak wiem, że w swojej lidze są najbardziej utytułowaną drużyną, która wciąż walczy o najwyższe cele. Więc jeżeli macie odrobinę chęci na pokiwanie głową, poczucie czarnego klimatu, posłuchanie dźwięków walk i ogarnięcie dobrej nawijki to serdecznie polecam Legendary Weapons. Ocena: 7/10.

posłuchaj

 

The Field – Lopping State of Mind

Axel Willner po dwóch latach wraca z nowym materiałem.

Premiera ma odbyć się dopiero w październiku, ale magia internatu pozwala poznać ten album wcześniej i przekonać się samemu czy warto będzie wydać parę banknotów na ten krążek.

Oczywiście, że warto. Axel Willner, który ukrywa się pod prostym szyldem The Field po raz kolejny daje do zrozumienia, że w kategorii alternatywne techno nie ma sobie jeszcze równych. Szwedzki kompozytor w siedmiu, długich transowych kawałkach uchwycił sedno sprawy. Jest psychodelicznie, rytmicznie, minimalistycznie chwilami i co najważniejsze tanecznie (o czym miałem okazję się przekonać na niedawnym koncercie, gdzie odegrał część nowego materiału). Jednak nie jest tak doskonale jakby mogło się wydawać. Od początku daje się usłyszeć, że jest to już kolejna kontynuacja From Here We Go Sublime. Jednak to tak samo jakby być rozczarowanym z trzeciego tytułu mistrzowskiego zdobytego z rzędu przez waszą ulubioną drużyną.

Lopping State of Mind zaczyna się wręcz rewelacyjnie. Is This Power oraz It’s Up There stanowią mocny, energiczny opener albumu. Dalej Axel trochę zwalnia tempa by dopiero tytułowy track uświadomił nam, że będzie walczył w zestawieniach singlowych na koniec roku na wszystkich ważnych portalach muzycznych. Myślę, że ten album jest fajną częścią całej trylogii (From Here We Go Sublime + Yesterday and Today + Lopping State of Mind) wydanej przez The Field. Ogromne zasługi w tym partie gitary basowej, które są na wysokim poziomie. Dają kopa. Jesień tego roku będzie mocno taneczna. Ocena: 6/10.

posłuchaj