Cults – Cults

Powrót kultowych melodii z lat 60 w wersji indje-popowej, które mają dopełnić nam wakacyjne leniuchowanie.

Oj tak, ta płyta to typowa wakacyjna, lekka i bez kompleksowa zbitka melodyjnych piosenek, których zadaniem ma być uzupełnianie wakacji czymś po prostu „fajnym” (w szerokim rozumieniu tego słowa). Cults to nowojorski (można było jeszcze obstawiać Los Angeles) duet Madeline Follin (śpiewa) oraz Briana Oblivion (robi całą resztę). Na płycie widać, a raczej słychać, że para raczej z nich dobrana. Udało im się skomponować fajny, przyjemny debiutancki krążek, który słucha się wyłącznie w ciepłe, słoneczne dni. Utwory nie są długie i nie ma ich dużo, także czas spędzony przy tej płycie nie jest duży, ale i co najważniejsze nie jest zmarnowany.

Stylistycznie odwołują się do lat 60, czyli łatwych piosenek o wszystkim i o niczym. Poza tym przypomina to jak już zauważono Peter, Bjorn and John, ale zrzynki nie ma, są tylko skojarzenia z wakacjami 2006, które były gorące. Mamy tu wszystko co musi zadziałać i jakiś klawisz, i handclaping, i cymbałki, i nieskomplikowane konstrukcje piosenek, które mają za zadanie się podobać. I się podobają. Oczywiście nie jest to nic nowego, ale c’mon people! To tylko płyta na wakacje. Nikt nie słucha na plaży Paranoid Android ani podczas górskiej wycieczki Briana Eno. Cults dobrze w tym momencie trafia, jest fajnie, ale już we październiku nikt nie będzie pamiętał o Abducted czy Go Outside. Póki co urlopowiczu, pakuj Cults do torby. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

Melancholia

Gdy tylko dowiedziałem się o tym filmie, wiedziałem, że będę musiał go zobaczyć. Ze względu na tematykę oraz osobę kontrowersyjnego reżysera, który wyreżyserował ten obraz.

Lars Von Trier to osoba mocno kontrowersyjna. Koleś ma tyle samo wrogów, krytyków co zagorzałych fanów. Wzbudza różne odczucia u odbiorcy, pozytywne, negatywne. Z jednej strony potrafi wyreżyserować skandaliczne obrazy typu Antychryst, gdzie zdaje się nie mieć żadnych granic oraz potrafi powiedzieć, coś co pozwala mu wylecieć z największego festiwalu w Cannes. Z drugiej natomiast tworzy kino ambitne. Geniusz czy Idiota? Myślę, że jedno i drugie. Geniusz w tym kontekście, że potrafi stworzyć taki film, który wpłynie na odbiorcę. Nie tworzy tak zwanego kina popcornowego. Idiota? Owszem, też. Jego zachowanie czasem wydaje się być nie przemyślane, bądź było zbyt mocno przemyślane. Sam już nie wiem. Duńczyk z pewnością jest barwną postacią w współczesnym kinie.

Melancholia natomiast jakby wskazywało hasło z plakatu „To będzie piękny koniec świata” miał być filmem katastroficznym, apokaliptycznym. Jednak to zupełnie inne kino niż 2012, sam reżyser stwierdził ,zę ten film jest romantyczny na swój własny sposób. Owszem w stronę ziemi zbliża się planeta wędrowiec, którą nazwano Melancholia. Jednak sama planeta ma jedynie wymiar symboliczny i stanowi jedynie tło. Gdyż tak na prawdę ten film opowiada o czymś innym, o relacjach dwóch sióstr Claire (Charlotte Gainsbourg) i Justin (Kirsten Dunst). Film został podzielony na dwie części przed którymi jest wstęp, który ukazuje obraz zderzenia planet, wizji Justine oraz tego co się działo na ziemi podczas katastrofy. Oczywiście zostało to przedstawione w sposób do którego Lars nas już przyzwyczaił, czyli w zwolnionym tempie z nastrojową muzyką. Pierwsza część jest poświęcona Justine. Przedstawia ono wesele Justine z Michael’em i jest one nasycone kontrastami, sprzecznościami oraz zachowaniami dość niekonwencjonalnymi Justine. Druga część, to już pokaz życia w domu Claire po weselu, gdzie znajduje się Justin, która przeżywa pewnego rodzaju załamanie.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że film ten przedstawia samego Larsa i jego odczuć. W kluczowej sekwencji pada zdanie „Świat jest zły. Nie ma innego życia poza tym na Ziemi, jednak nie na długo. Nikt nie będzie po nas tęsknił”. Planeta Melancholia, jest metaforą jego odczuć co do życia. Zawarł on wiele krytyki w filmie, której nawet zbytnio nie schował. Postać John’a (Kiefer Sutherland) to ukazanie człowieka dla którego najważniejszą sferą życia jest majętność, z którą się obnosił. Symboliczny tego wymiar ma wspominanie o 18 dołkach na polu golfowym. W kwestii rodzinnych także nie pozostawia złudzeń. Postać rodziców Justin i Claire idealnie to obrazuje, jak i sam fakt nie udanego wesela oraz samobójstwa Johna. Postać pracodawcy Justine, który zajmuje się Public Relations ukazuje również jak mocno na nasze życie wpływa sfera medialna. Można by jeszcze wiele wymieniać, co nie zmienia, że film ten jest bardzo dobrym obrazem, choć smutnym i w pewnym sensie denerwującym. Bo przyznam, że momentami czułem się podenerwowany. Oznacza to tylko tyle, że reżyserowi udało się również i wpłynąć na moje odczucia.

Przejdźmy do kwestii technicznych. Pod tym względem było bardzo, bardzo fajnie. Chciałbym by w ten sposób przedstawiono koniec w 2012, co w Melancholii. Piękne obrazy, idealna muzyka,  świetna gra aktorska. Zwłaszcza Kirsten Dunst, którą wcześniej kojarzyłem jedynie ze Spider-Mana. Warto także zwrócić uwagę na nastrój, który towarzyszył temu filmowi. Po niezbyt udanym Antychryście reżyser zrehabilitował się, jednak z pewnością go to nie obchodzi, bo w końcu „Świat jest zły”. Ocena: 8/10.

Ringo DeathStarr – Colour Trip

Off Festival jest coraz bliżej, zatem przedstawiam to co Artur Rojek przygotował dla fanów muzyki w tym roku.

Wokalista Myslovitz, który w tym roku z zespołem wydał płytę po raz kolejny będzie poprzez OFF edukował masy, by mogł poznać wiele ciekawej muzyki. No tak, ale co by Artur Rojek zrobił bez tego bloga? Tradycyjnie już, recenzuje płyty zespołów, które mają wystąpić na tegorocznym festiwalu.

Ringo DeathStarr ma już na starcie plusa za ciekawą nazwą odnoszącą się do legendy The Beatles, który niedawno u nas gościł. Tylko nurtuje te „Death”. Czy to chodzi o to, że muzycy pokolenia Ringo Starra już się skończyli? Czy to zapowiedź nowej ery muzyki? Albo także apokaliptycznej wizji świata? Domysłów można mieć wiele, jednak najlepiej będzie się skupić na muzyce. A muzycznie jest dość fajnie.

Po pierwsze jest dość „indie” by przypomnieć sobie to co się słuchało w liceum i jest dość shoegaze’owo a la Pains of The Being of Pure Heart, z tym, że Colour Trip to zdecydowanie bardziej szorstka i brudna płyta (w końcu to kowboje z teksasu). Pełna jazgotliwej gitary i ciut noise’u (ale nie przesadzałbym z tym stwierdzeniem bo zaraz przypomina mi się No Age). Chłopcy z pewnością słuchali za młodu punka, także efekty można usłyszeć na tym albumie. Dla mnie osobiście ta płyta jest dość fajna, ciekawa, interesująca, ale na pewno nie przykuje mojej uwagi na zbyt długo. Teraz pozostaje nam czekać już tylko na Paul DeathMcCartney. Ocena: 6/10.

Posłuchaj