Garbage – Not Your Kind of People

Po dłuższej przerwie wraca legenda lat 90.

Garbage swoje grube lata mieli w latach 90. Debiutancka płyta „Garbage” z 1995 roku uznana została przez krytyków i znawców za „wystrzałową”. Natomiast single z „Version 2.0” szalały na rockowych listach przebojów. Była to zasługa energicznej, rockowej muzyki oraz charyzmatycznej wokalistki Shirley Manson. Chude lata przypadły na okres 2000-2005. Wydane w tym czasie dwa albumy „Beautiful Garbage” i „Bleed Like Me” nie można uznać za udane. Jednak w tym roku zespół powróciła na drogę zwycięstwa wydając świetny album „Not Your Kind of People”.

Na najnowszym albumie Garbage łączy w sobie ostry gitarowy rock z roztańczoną dyskoteką. Już opener płyty „Automatic Systematic Habit” idealnie nadałby się na parkiety wielkomiejskich rockotek. Mocne brzmienie, kopyto, Shirley Manson w formie, hook goniący hook. To wszystko idealnie opisuje obraz tej płyty. Oczywiście nie należy pomijać ballad typu „Not Your Kind Of People” czy „Sugar”, jednak największym plusem tego albumu są energiczne utwory pokroju „Man On A Wire”.

Nigdy nie spodziewam się niczego wielkiego od zespołu, który swoje lata świetności dawno ma już za sobą. Tym razem zostałem pozytywnie zaskoczony tak jak w przypadku wielkiego powrotu Dinosaur Jr. Ta płyta na prawdę jest dobra i co najważniejsze czuć w tym świeżość. Udało się muzykom z Madison w stanie Wisconin odnaleźć na nowo. I dobrze! W konfrontacji Garbage – Cranberries 1:0 dla amerykanów. Aha i jeszcze jedno. Wszystkim tym, którzy wybierają się na Orange Warsaw Festival przypominam, że największym headlinerem tej imprezy nie jest ani Prodigy, ani tym bardziej Linkin Park. Tylko Garbage. Dziękuje za uwagę. Ocena: 8/10.

 

Sigur Rós – Valtari

Legendarni Islandczycy wracają.

Ciężko jest napisać cokolwiek oryginalnego o Sigur Rós. Islandczycy od ponad dziesięciu lat grają po prostu swoje. Mają na koncie wiele świetnych płyt i jedną kosmiczną: „Ágætis byrjun„, która dla muzyki jest tym czym dla filmu „Obywatel Kane” czy też „Ojciec Chrzestny”. Mimo, że Jonsi solowo błądzi to w zespole zawsze potrafi się odnaleźć. Sigur Rós nie schodzą poniżej dobrego poziomu.

Jeżeli jakimś cudem jeszcze nie słyszałeś tego zespołu to zdecydowanie powinieneś poznać. Wypadałoby zacząć od ich epickiej płyty z 1999 roku, jednak jeżeli ktoś spróbuje ich posłuchać „od końca”, czyli od omawianej „Valtari” to generalnie nic złego się nie stanie. Bo tak na prawdę w stylu zespołu nie wiele się zmieniło. Wciąż porywają nasze serca w ten sam sposób. A jeżeli coś działa to po co to zmieniać? Ich zawsze będzie stymulowało piękno zimnej, niebieskiej Islandii. Nie chciałbym, któregoś dnia przeczytać o tym, że muzycy Sigur Rós przeprowadzili się na Hawaje i kombinują z flamenco.

Chyba większość ma jakieś skojarzenia, ciekawe wspomnienia z tym zespołem w tle. Pewne trasy, widoki z tą patetyczną muzyką w uszach. Ważne lub mało ważne chwile, momenty i wszystko to co każdy przeżył na swój własny sposób. Jestem całkowicie pewien, że „Valtari” również sprawdzi się w tej roli i każdy fan zespołu pokocha ten album. Ocena: 8/10.

 

Jack White – Blunderbuss

Nigdy nie było White Stripes. Zawsze był tylko Jack White i jego pomysły, jego wizja, jego muzyka. Meg za perkusją była tylko ozdóbką.

Dlatego pisząc o solowej płycie Jack’a White’a należy wpierw odnieść się do dyskografii White Stripes. Zawsze lubiłem ten zespół. Przede wszystkim za fajne i proste piosenki, których nie brakowało na płytach „białych pasków”. Opus magnum zespołu wydaje się być „Elephant” z 2003 roku, jednak za równo jej poprzedniczka jak i następczyni stały na równie dobrym poziomie. „Icky Thump” to ostatnia i najsłabsza płyta w dorobku zespołu, po jej wydaniu zespół się rozpadł. Jack White jednak to tęga głowa. Grał w innych zespołach: The Raconteurs oraz The Dead Weather a także udzielał się gęsto i często w innych projektach muzycznych. Było go wszędzie pełno.

Teraz pojawia się z albumem solowym, który de facto nie jest dla mnie żadną nowością ze względu na to, że płyty White Stripes traktuje jako albumy solowe White’a. Jednak do sedna. Jack White stosuje sprawdzone motywy znane z wcześniejszych płyt białych pasków. Mocne gitarowe riffy, prosta perkusja, gdzieniegdzie klawisze, dylanowska estetyka, zwięzła budowa utworów – to wszystko już było wcześniej. Jack White zdobywając pierwsze miejsce na listach sprzedaży płyt wydaje się być w tym momencie młodszym odpowiednikiem amerykańskich idoli z gitarą pokroju Johnny’ego Casha czy też Neila Younga (oczywiście daleko mu do nich). Natomiast śpiewając takie zwroty jak: „Run run fast as you can/Jimmy jam flim flam/Stick in the mud/Flap of the jaw” czy też „Well I guess I’ll take off my shoes/ Head upstairs and then watch the news” idealnie trafia do kierowców ciężarówek i podmiejskich kelnerek. Dla mnie te piosenki doskonale pasują do popijania piwka i do zwykłego „nicnierobienia”. A skoro ludzie to kupują to znaczy, że lubią sobie od czasu do czasu wypić i posłuchać o prostych historiach. It’s fine, it’s okay. Ocena: 6/10.