Memoryhouse – The Slideshow

Długo nic się tu nie działo. Remonty domowe i niekończąca się sesja zebrały swoje żniwo. Pora jednak wrócić do tego co warto posłuchać.

I mam dla was rekomendacje godną polecenia. Za parę dni ukaże się debiutancka płyta grupy Memoryhouse, która wydaje z ramienia Sub Pop album o prostym, aczkolwiek szeroko rozumianym tytule „The Slideshow”. Ja najczęściej swoje płyty zdobywam w sposób przedpremierowy i dlatego już z tego miejsca mogę wam powiedzieć: Warto kupić, warto mieć przy sobie „The Slideshow”. Już sam fakt, że nagrywają w Sub Pop to spora rekomendacja.

Memoryhouse to projekt składający się z Evan Abeele oraz Denise Nouvion. Duet ten pochodzi z Toronto i reprezentuje tak zwany dream pop, co wyraźnie słychać w kompozycjach na płycie. Dla mnie osobiście krążek ten stanowi ciekawszą, barwniejszą kontynuacje „Teen Dream” grupy Beach House. Momentami jest sennie, ale nie nudno. Jest też energicznie i kolorowo. Ciekawie zaaranżowane utwory wzbogacone są o fajny, ciepły głos Denise Nouvion. Udało im się uchwycić wiele fajnych emocji. Jakieś pewne wspomnienia zostały przywrócone. Jednak z każdą sentymentalną podróżą w przeszłość należy uważać by nie pochłonęła teraźniejszości. Jednak tak postępowemu gościowi jak ja w zupełności odpowiada przerwa na przemyślenia zaproponowana przez tą miłą dwójkę.

Zima jeszcze trochę nas potrzyma w domach. Będzie zatem jeszcze sporo czasu na spokojną analizę dotychczasowych osiągnięć przy nutkach Memoryhouse. Ocena: 7/10

 

Cloud Nothings – Attack on Memory

A już myślałem, że w 2012 roku będziemy słuchać wyłącznie chillwave’u i spóźnionego dubstepu w wydaniu komercyjnym.

A tu amerykańska grupa Cloud Nothings zrobiła istne wejście smoka ze świetną płytą „Attack on Memory”. Chyba tak energicznego, świeżego grania nie słyszałem od czasów świetności grupy Trail of Dead. Swoją drogą obie kapele mają wiele ze sobą wspólnego. Mianowicie, grupa z Cleveland (Ohio) inspiruje się legendarnym zespołem z Austin w Teksasie. Słychać to w rozbudowanym, epickim „Wasted Days” jak i energicznych, brudnych, punkowych „Separation” czy też „No Sentiment”. Natomiast pierwszy utwór na płycie o dekadenckiej nazwie „No Future/No Past” kojarzy mi się z twórczością grupy Liars. Nie brakuje jednak na „Attack on Memory” bardziej melodyjnych dźwięków gitar. Chłopaki z Cleveland zostawili je na sam koniec a reprezentowane są przez „Our Plans” oraz ostatni „Cut You”.

Przejdźmy do spraw technicznych. Od dzisiaj jestem ogromnym fanem perkusisty tej grupy. To co wyczynia ten koleś przy bębnach i talerzach przypomina mi wyczyny Grega Saunier’a z grupy Deerhoof. Sami zobaczcie. Gitary również dają kopa. Wokal jest raczej skromnym dodatkiem do całości, jednak to nie przeszkadza ze względu na specyfikę tej muzyki. Ponadto Cloud Nothings to grupa dość młoda, bo powstała w 2009 roku a już mają na koncie trzy płyty. Nie słyszałem dwóch wcześniejszych, jednak to co jest na tej wydanej 25 stycznia 2012 roku wskazuje, że należy przyjrzeć się bliżej tym chłopaczkom.

Cloud Nothings udowadniają na tej płycie, że energiczne indie rockowe granie ma jeszcze wiele słuchaczowi do zaoferowania . I mimo, że słuchając tego wydaje nam się, że już to kiedyś słyszeliśmy to uświadamiamy sobie, że ta muzyka nigdy nam się nie znudzi. Ocena: 8/10.

Lana Del Rey – Born To Die

Rok 2011 został już oficjalnie zamknięty. Czas by przejść do roku 2012, który przyniósł nam już pierwsze, ciekawe propozycje muzyczne. Oto pierwsza i zdecydowanie najlepsza płyta jaką usłyszałem w nowym roku.

Lana Del Rey, czyli Elizabeth Grant w świecie muzyki po raz pierwszy zaistniała dwa lata temu, gdy jako Lizzy Grant wydała EP-kę „Kill Kill”. Na początku tego roku już jako Lana Del Rey wydała rewelacyjną EP-kę „Lana Del Rey”, która była pewnego rodzaju zapowiedzią pełnego albumu „Born To Die”, który pojawił się oficjalnie 20 dni później.

Początek krążka stanowią cztery dobrze znane nam piosenki z EP-ki „Lana Del Rey”, ułożone w innej kolejności. Początek jest na prawdę mocny. Tytułowe „Born To Die” wprowadza nas w magiczny świat Pani Grant. Kolejne „Off to the Races” chyba najbardziej mnie oczarowało. Powód? Wsłuchajcie się jak głos młodej wokalistki zmienia barwy, jak czaruje. Jestem zachwycony. Nie mniej fascynuje mnie jej głos na innych trackach. „Video Games” oraz „Diet Mtn Dew” również jest świetnym popisem jej umiejętności. Wydawać się, że reszta piosenek to zapchajdziury. Zdecydowanie tak nie jest. Wysoki poziom został zachowany do ostatniego „Lucky Ones”. Co poza świetnym głosem Pani Grant mnie zachwyciło najbardziej? Warstwa muzyczna, dużo patosu, dużo klawiszy jak i innych, różnych, fajnych zabiegów. Warstwa liryczna również na poziomie.

Teraz pytanie skąd tak duży hype? Nie mała w tym zasługa jej ojca milionera, który zadbał by o córce usłyszały odpowiednie kręgi. Oczywiście nie przeszkadza mi to ze względu na świetny materiał na płycie. Gorzej by było gdyby bogaty tatuś promował małą zdolną córkę. Lawina krytyki spadła również na młodą piosenkarkę za występ na żywo podczas Saturday Night Live. Ja osobiście jestem przekonany, że to kwestia czasu aż Lana Del Rey „się wyrobi”. Z uwagę będę śledził jej dalszej karierę. Ocena: 8/10.

posłuchaj