Muzyczne podsumowanie roku 2012: Listy Gości

listy gosciListy Gości po raz pierwszy na łamach bloga pojawiły się rok temu. Wtedy mieliśmy okazję przejrzeć podsumowujące rankingi od Izy Lach, Michała Stambulskiego z Microexpressions oraz chłopaków z The Kurws. Tym razem swoje podsumowania zamieściło więcej rodzimych artystów. Zapraszam do lektury.

wiraszko

Michał Wiraszko – wokalista i lider zespołu Muchy

Ze względu na muzykę, postawę artystyczną, atmosferę, koncerty, przekaz, teksty, okładkę nerw lub polot w 2012 słuchałem tych właśnie płyt. Siedemnaście mgnień mijającego roku w porządku alfabetycznym.

Afrokolektyw – „Piosenki po polsku”
Bob Dylan – „Tempest”
Bat for Lashes – „The Haunted Man”
Beach House – „Bloom”
Bob Dylan – „Tempest”
Grizzly Bear „Shields”
Hey – „Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan”
Paul Kalkbrenner – „Guten tag”
Kamp! – „Kamp!”
Kim Nowak – „Wilk”
Magnificent Muttley – „Magnificent Muttley”
Skubas – „Wilczełyko”
Smoke & Jackal – „EP1”
Tame Impala – „Lonerism”
Twin Shadow – „Confess”
Jessie Ware – „Devotion”
ZZ Top – „La Futura”

turnipfarm

Turnip Farm – Zespół z Wołowa/Bydgoszczy, twórcy jednej z lepszych indie rockowych płyt poprzedniego rocku „The Great Division”.

Marcin Lokś:

Ciężko mi wybrać 10 NAJLEPSZYCH płyt 2012 bo aż tyle nowości nie słucham, wydaje mi się że ten rok był dużo słabszy od poprzedniego jeśli chodzi o płyty.. Po prostu wymienię te płytki z ubiegłego roku, które goszczą często w moim sprzęcie ( kolejność raczej dowolna:):

– Dinosaur Jr. I Bet On Sky – komentarz zbyteczny…
– Godspeed You Black Emperor – Allelujah! Don’t Bend Ascend – drżyjcie narody!!!!
– V/A – Breaking Dawn Part. 2. Wampirza Saga przyzwyczaiła mnie do dobrych składanek, nie inaczej jest tym razem
– Calexico – Algiers, starzy wyjadacze nie składają broni
– Brad- United We Stand, patrz wyżej…
– Neil Young – Psychedelic Pills… bo tak by wypadało:)

+ sporo polskich fajnych rzeczy:
– Plum – Emergence – niezmierzone pokłady pomysłów – tym razem przekutych na bardziej melodyjne niż zwykle ostre hity
– Hard To Breathe – Grey Sky Above Our Eyes 7″Ep – jak czad to czad!
– Upside Down – Aperitif – po staremu, ale grają kali- punka najlepiej w kraju, fajne texty dla punków po 30-tce:)
– Peter J. Birch – When The Suns Rising… lokalnie a globalnie!

Tomala:

1. Converge ‚All We Love We Leave Behind’
2. Jessie Ware ‚Devotion’
3. GSYBE ‚Allelujah! Don’t Bend!Ascend!’
4. Bruce Springsteen ‚Wrecking Ball’
5. Jack White ‚Blunderbuss’

plum_nrd

Plum – rockowy band z Poznania stworzony przez braci Piekoszewskich. Twórcy zeszłorocznej płyty „Emergence”.

Rafał Piekoszewski:

  • Rocket Juice & the Moon
  • Fucked Up – Year Of The Tiger
  • My Best Fiend – In Ghostlike Fading
  • Spiritualized – Sweet Heart Sweet Light
  • Liars – WIXIW
  • The Mars Volta -¦ Noctourniquet
  • The Flaming Lips – The Flaming Lips and Heady Fwends
  • Dirty Projectors – Swing Lo Magellan
  • Can – The Lost Tapes Box Set
  • Flea – Helen Burns
  • Speech Debelle – Freedom Of Speech
  • Thee Oh Sees – Putrifiers II
  • Swans – The Seer
  • Tame Impala – Lonerism
  • Lightning Bolt – Oblivion Hunter
  • Sic Alps – Sic Alps
  • The Bad Plus- Made Possible
  • Flying Lotus – Until The Quiet Comes
  • The Gaslamp Killer – Breakthrough
  • Homeboy Sandman – First of a Living Breed
  • Jon Mueller – Death Blues
  • Turnip Farm – The Great Division
  • Chilly Gonzales – Solo Piano II

Marcin Piekoszewski:

  1. Cornelius – CM4
  2. Tame Impala – Lonerism
  3. David Byrne & St. Vincent – Love this Giant
  4. Flying Lotus –Until the Quiet Comes
  5. Flea – Helen Burns
  6. Chilly Gonzales –Solo Piano II
  7. Cat Power – Sun

gównoGówno – Zeszłoroczne punkowe objawienie, twórcy nowego gatunku muzycznego – rodeo punk oraz autorzy płyty „Czarne Rodeo”.

Adam Witkowski:

Przy próbie skonstruowania tego zestawienia, okazało się jak niewiele czasu miałem ostatnio na słuchanie muzyki. Początek 2012 upłynął mi na miksowaniu płyty zespołu Gówno – Czarne Rodeo. Następnie płynnie wszedłem w etap przygotowywanie demówek do drugiej płyty Trupa Trupa, którą właśnie nagrywamy. Zabrałem się też do pracy nad własnym albumem, czyli drugą płytą 0404 oraz realizację kawałków zespołu Towary Zastępcze. Przy pracy z dźwiękiem jestem zazwyczaj tak skupionym, że najchętniej odpoczywa się w ciszy.

Nowości które pojawiły się w mojej domowej kolekcji, zostały nagrane i przyniesione przez przyjaciół. Dwie z nich zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że bez wahania chciałbym je tu wymienić. Pierwsza, to płyta Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda czyli BNNT. Zostałem totalnie porażony tą produkcją. Pięknie, pełnie i za razem brutalnie brzmiący album. Utwory wspaniale rozmieszczone na długości całej płyty, stanowią właściwie monolit. Wszystko się na tym albumie zgadza! Do wartości muzycznych dochodzi jeszcze okładka, której nie sposób przegapić w stosie obrzydliwych, połyskujących digi-packów. W ogóle, cała warstwa wizualna BNNT, nie tylko okładka, wybrzmiewa wraz z dźwiękami emitowanymi przez chłopaków. Nie chciałbym być w ich skórze, bo przekroczenie tak dojrzałego i dopracowanego dzieła będzie niezwykle trudne.

Kolejną produkcją, na jaką chciałbym zwrócić uwagę, jest kaseta zespołu Pustostany opublikowana przez bardzo interesujące wydawnictwo Oficyna Biedota. Materiał zawarty na tej bardzo krótkiej taśmie, swoim brzmieniem mogłaby doprowadzić do zawału serca Petera Gabriela. Wszystko tu burczy, brzęczy i ledwo co stroi. Odwrotnie jak w przypadku BNNT, czuję pewien niedosyt i czekam na kolejne plony ich działalności. Mam tylko nadzieję, że Maćkowi Salamonowi, który jest wokalistą Pustostanów, starczy czasu i nie zaniedba pracy w Gównie.

Maciej Salamon:

Zorientowałem się, że nie słucham i nie śledzę nowości. Większość albumów, które odkryłem, dostałem lub ktoś mi je puścił, zostały nagrane wcześniej. Rok 2012 spędziłem słuchając Blood Presure – The Kills (2011), Let England Shake – PJ Harvey (też 2011) The King of Limbs – Radiohead (ponownie 2011), albumów zespołu Shellack (lata 90) oraz większości płyt Sonic Youth. Jedna z niewielu nowych produkcji, która sprawiła, że dostałem ciarek, a do tego jeszcze zespół pochodzi z Polski to Gdzieś w Europie zespołu Wszaniec. Rzadko kiedy powala mnie muzyka z kraju nad Wisłą. To jest jedna z tych pozycji, którą po odsłuchaniu puszczam jeszcze raz i znowu i jeszcze raz. Nie rozumiem o czym śpiewają i w ogóle mi to nie przeszkadza. Solidna dawka punk rocka w najlepszym wydaniu.

Następnym dowodem na to, że w Polsce można nagrywać fajną muzykę jest album BNNT. Po pierwszym odsłuchu poczułem się jakby przejechał po mnie walec, co jest chyba najlepsza rekomendacją. Następnie, ten walec jeździł po mnie wielokrotnie i za każdym razem myślałem sobie: „O kurwa! Ale to jest dobre!”. I do tego, co już naprawdę rzadkie – „Jakie ładne!” – mam na myśli okładko-książke, w którą zapakowana jest płyta.

Marcin Bober:

Daleki jestem od numerowania, wkładania do szufladek i wykonywania innych zabiegów które wprowadzają biurokratyczne maniery. Nie będę wyłaniał zwycięzcy, ganił ani nobilitował. Tak się składa że jestem bardzo regresywnym melomanem, a może i wręcz muzycznym archeologiem. Nie śledzę nowości. Od czasu do czasu jednak sięgam po nowe wydawnictwa, w których odnajduję cenione przeze mnie „retro geny”. Jednym z takich właśnie albumów jest wspaniały, dwupłytowy album grupy OM – Advaitic Songs. Nie będę opisywał zawartości muzycznej Advaitic Songs, ponieważ cytując klasyka – „rozmawianie o muzyce, to jak tańczenie o architekturze”. Polecę ją po prostu wszystkim tym którzy lubią wolno i głęboko. Drugą płytą, którą z miejsca bardzo polubiłem jest debiut polskiego zespołu The Abstinents – Punk Not Drunk. To naładowany po brzegi akumulator, z którego czerpię energię do rozruchu w ciemne zimowe poranki.

Tomek Paluczuk:

Nie wszystkie najważniejsze dla mnie płyty minionego roku zostały w nim wydane. Jest to więc raczej lista wydawnictw najczęściej przeze mnie słuchanych lub takich, które wywarły na mnie największe wrażenie. Ogromny respekt wzbudziła we mnie płyta polskiego duetu BNNT, która zarówno realizacyjnie i wydawniczo jest bardzo blisko czegoś, co w tej dziedzinie mógłbym określić moim ideałem.

Z towarów importowanych „robiłem głośniej” głównie przy psychodelicznych produkcjach rodem z Austalii i Nowej Zelandii. Głównie Tame Impala, którzy wydali w zeszłym roku bardzo dobrą płytę Lonerism, nie przebijając jednak, w mojej opinii, swojej wcześniejszej Innerspeaker, której słuchałem zdecydowanie częściej. Druga postać z ciepłych krajów to Connan Mockashin, którego w dodatku, obok wielu innych dobrych koncertów, mogłem zobaczyć i posłuchać na żywo na tegorocznym Off Festiwalu.

Na koniec trochę z kategorii muzyki relaksacyjnej. Wschody i zachody słońca w hamaku i leżaku najprzyjemniej oglądało mi się przy Chromatics – Kill for love, Metronomy – English riviera i Blood Orange – Coastal groove.

Piotr Kaliński:

Robiłem już podsumowania dla kilku portali, postanowiłem tym razem zaproponować coś od siebie, czyli dwa przykłady mej solowej twórczości z roku 2012. Pierwszy – Hatti Vatti Palms został wydany na pięknym przeźroczystym winylu, drugi Fidser – Activate (Hatti Vatti remix) w formie cyfrowej. Oba utwory to inspiracja brzmieniami z początków lat 80tych (np. Vangelis i jego Blade Runner) oraz najnowszą karnacją basowych brzmień elektronicznych, znanych pod dwoma nazwami – juke lub footwork (DJ Rashad lub składanka Planet Mu „Bangs & Works”). Czyli niekończące się arpeggiatory, sample z murzynów, wiadro reverbu  i 160 uderzeń na minutę.

pawelszupilukrentonPaweł Szupiluk – gitarzysta zespołu Renton

Poniżej 15 moich ulubionych piosenek z 2012. Nie wiem czy są to najlepsze utwory poprzedniego roku,  ale wpadły mi one w ucho na tyle że słuchałem ich wielokrotnie i zapamiętałem. Kolejność nie ma znaczenia,  a wygląda to tak:

Major Lazer – ‚Get Free’ feat. Amber. Eteryczność, minimalizm,  bujający jamajski groove i piękna, tęskna melodia; można się rozpłynąć.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes. Ariel Pink wydał bardzo dobrą płytę w zeszłym roku, a ja z tej płyty najczęściej słuchałem tytułowego utworu. Bardzo ładna, popowa, beatlesowska kompozycja, chętnie bym jej słuchał w radiu przed południem.

Bat for lashes – Laura. Dawno nie słyszałem tak emocjonalnego utworu. Uwielbiam tu  minimalizm w podkładzie, przejmujący głos Natashy,  piękne akcenty na fortepianie i trąby w refrenie.

Jassie Ware – Wildest Moment. Z londyńskiego undergroundowego światka do głównego obiegu – u nas ten numer grało nawet radio zet; można tylko przyklasnąć bo to piękna piosenka jest.

Solonge – Losing You. Chyba mój ulubiony mainstreamowy popowy numer z zeszłego roku. Świetna produkcja,  z jednej strony chłodna i minimalna a jednak  emocjonalna, niby retro sznyt ale w nowoczesnym wydaniu, piękne synthy,  do tego wokal i melodia która zostaje na długo w głowie.

Tame Impala – Feels Like We Only Go Backwards. Psychodeliczny lot rodem z Pink Floyd z czasów Sida Baretta;  zapodaje LSD i tańczę w euforycznym uniesieniu.

St. Lucia – Before The Dive. St. Lucia to taka gorąca wyspa na Karaibach. Chętnie bym się tam wybrał, zwłaszcza teraz kiedy u nas śnieg, mróz i zimny wiatr…ale póki co zostaje mi słuchanie tego numeru i też jest miło.

Foxygen – Make It Know. Kolejna propozycja z Nowego Yorku. Młody band, jeszcze przed debiutem płytowym. Jak to powiedział mój kolega:  „słychać kawał historii muzy: stonesów, beatlesów…”,  dodałbym jeszcze do tego starego Lou Reeda. Dużo się dzieje w warstwie harmonicznej i rytmicznej… a jaki refren!

Frank Ocean, ‚Thinkin Bout You’. Nie mogło zabraknąć Pana Franka Oceana. Mówią że to nowy Steve Wonder, ja tam nie wiem, ale ten numer podoba mi sie bardzo. Minimalizm i  oszczędne środki ale pierwszorzędny feeling i emocje, to lubię.

Jai Paul – Jasmine. Futurystyczne r&b.  Duszna, ciemna produkcja, z motorycznym jednostajnym basowym groovem,  a w tym wszystkim jasne promyki melodii.

Chrome Sparks- Send The Pain On. Kojąca zmysły, elegancka elektronika; młodzik z Brooklynu zręcznie tka tu chill-outowe melodie i upliftingowe arpegia, polecam też inne jego tracki, nie ma lipy.

Cat Power – Ruin. Sam nie wiem czemu podoba mi się ten numer, może to ta chwytliwa melodia w refrenie, a może surowe zagrywki na gitarze, a może fajny motyw pianina, a może marszowe strzały na werblu w refrenie?

rzepkaOla Rzepka – perkusista w zespołach: Drekoty, Alte Zachem, Wovoka

Rok 2012 niemal w całości pochłonęło nagrywanie płyt, głównie Persentyny, debiutu Drekotów, ale też AlteZachen, Wovoki czy Graala. W efekcie tego, ale w pewnym sensie także ze świadomego wyboru, do minimum ograniczyłam słuchanie innej muzyki. Patrząc na różne podsumowania roku dochodzę do wniosku, że sporo mnie ominęło i sporo mam do nadrobienia. To co obiło mi się o uszy to np. Grimes, głównie ze względu na klip do Genesis, chyba najlepszy klip 2012.

Jak co roku wydarzeniem roku jest dla mnie festiwal Music Unlimited w Wels – dawka muzyki,  którą odbieram tam przez 3 dni jest jak zapas jedzenia na 12 miesięcy. Nazwy, z którymi wróciłam stamtąd w tym roku to The DartingtonImprovising Trio – zespół z innej, niesamowitej epoki, Selvhenter –duński kwartet żeński z dwiema perkusistkami, saksofonistką i puzonistką, która wydaje z tego instrumentu brzmienie przesterowanej gitary – chyba więcej już nie musze wyjaśniać? Najbardziej jednak zapamiętam występ legendarnegoHanaBenninka, 70-letniego holenderskiego perkusisty, który wykonał one man show grając jedynie na werblu, podłodze, swoich butach i czasem też swojej twarzy. Myślę, że dla muzyków, którzy ograniczają się np. do siedzenia przed laptopem, powinna to być lekcja obowiązkowa jeśli chodzi o ekspresję wykonawczą muzyki.

Słowo od autora bloga:

Dziękuje wszystkim, którzy poświęcili swój cenny czas na krótki powrót do przeszłości. Życzę sukcesów w 2013, również takich o których będę mógł pisać na blogu. Być może za roku znowu się odezwę 😉

 

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Albumy

albumyOstatnia część mojego podsumowania to lista 10 najlepszych płyt, które z najmilszą chęcią słuchałem w 2012 roku. W tegorocznym podsumowaniu syntezatory, sample i mikrofon były górą nad gitarami. By nie przedłużać – zaczynamy!

killer-mike10. Killer Mike – R.A.P. Music. Killer Mike, koleś z Atlanty nagrał w zeszłym roku jedną z lepszych płyt hip-hopowych. „R.A.P. Music” być może nie jest tak milowym i ważnym dziełem jak „good kid m.A.A.D city” Kendricka Lamara, ale z całą pewnością jest to ciekawa pozycja. Kawał dobrej czarnej muzy, który powinien zaciekawić nie tylko znawców tematu. Od pozostałych hip-hopowych dzieł wyróżnia ją charyzma, która po kilku latach rapowania udzieliła się Killer Mike’owi. Poza tym świetne beaty, zwłaszcza w „Don’t Die” czy też „Anywhere But Here”. Oczywiście są tutaj słabsze momenty, które psują odbiór całości – między innymi toporny „Butane (Champion’s Anthem)”. Poza tym w jakiś sposób stajemy po stronie Killer Mike’a i zgadzamy się z jego tokiem myślenia. Mimo, że teksty nie zawsze stanowią mocny punkt to genialność niektórych zwrotek sprawia, że przybijamy piątkę Mike’owi i kiwamy głową dalej.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

fiona-apple-the-idler-wheel9. Fiona Apple – The Idler Wheel Is Wiser Than The Driver Of The Screw & Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do. Najmocniej hajpowana płyta na zachodzie zeszłego roku, w Polsce natomiast trochę jakby mniej było o niej słychać. A szkoda. Bo Fiona Apple na „The Idler Wheel Is…” stworzyła bardzo emocjonujący klimat. Słowo „Emocje” to słowo klucz w przypadku tracków zawartych na tym albumie. Głos Fiony Apple, teksty i melodie są momentami mocno wzruszające i chwytające za serducho. Nie chce wyjść na mazgaja co to płacze przy słuchaniu płyt, ALE to kapitalna płyta jest. Wsłuchajcie się w takie piosenki jak „Werewolf” czy też „Jonathan” a zrozumiecie o co mi chodzi. No a poza tym sama Fiona Apple ma bardzo ładny głos <git>.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Chromatics-Kill-for-Love-e13327744494438. Chromatics – Kill For Love. Chromatics powrócili w bardzo dobrym stylu. „Kill For Love” to zdecydowanie najlepsza rzecz z elektroniki jaką słyszałem w poprzednim roku (krytyka: słuchałem mało elektroniki, ale co tam). Najlepsze w tym wszystkim jest TO, że sukces tej płyty osiągnęli w standardowy sposób sięgając po sprawdzone sztuczki z poprzednich płyt. W porównaniu do takiego „Night Drive” to już na sam widok tracklisty widać podobieństwa (również zapodali ponad 15-minutowego potwora). Ta płyt jest mocno chromatiksowa, zespół wypracował swój własny styl i się go trzyma. Na razie pomysł ten sprawdza się, ja to kupuje. „Kill For Love” to album mocno hipnotyczny, utwory typu „Lady” zachwycają swoją transową psychodelią. Muszę także wspomnieć, że w moim przypadku im dłużej tej płyty słuchałem to tym bardziej mi się podobała. W kwietniu była dla mnie umiarkowanie dobra, obecnie jest na tyle dobra, że znalazła się na liście najlepszych płyt (do ostatniej chwili się zastanawiałem, czy nie wcisnąć tutaj Twin Shadow’a?)

posłuchaj / przeczytaj recenzje

grizzly-bear-shields7. Grizzly Bear – Shields. Grizzly Bear to sprawdzona marka, już przed puszczeniem „Shields” wiedziałem jak będzie. Bez zaskoczenia podczas recenzowania tego albumu mówiłem o pewnej kolejności rzeczy. Ta płyta jest naturalnym następstwem „Veckatimest”. Album z 2009 wciąż mi się podoba i czasem do niego wracam, dlatego też nie było żadnego powodu by najnowszy krążek mi się nie spodobał. „Shields” i „Veckatimest” to płyty w zasadzie podobne. Różnice tkwią w szczegółach, zespół wciąż wykorzystuje swoje sprawdzone techniki do tworzenia magicznego folku. Jest mniej singlowo, ale to bardzo dobry materiał. W dobie zalewu folkiem i alternatywą (nawet w mainstreamie!) na jedno kopyto, nudnym, marnym i w moim przypadku cholernie denerwującym, Nowojorczycy mają swoje stałe miejsce na muzycznej mapie świata.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Jessie-Ware-Devotion6. Jessie Ware – Devotion. Zakochałem się w tym materiale od pierwszego razu. Jessie Ware, którą wcześniej można było usłyszeć w piosenkach SBTRKT nagrała świetny debiutancki album. Sukces tej płyty tkwi w niesamowitym klimacie zadymionego jazzowego klubu, bogatego brzmienia (posłuchajcie tych piosenek w słuchawkach!), ciekawego głosu Panny Ware oraz przebojowości singli, które podbiły najbardziej komercyjne stacje radiowe. Trudno oprzeć się urokowi „Wildestm Moments”, zadziorności „Running” czy też chwytliwości „110%”. „Devotion” to zdecydowanie najlepsza popowa rzecz poprzedniego roku i również zdecydowanie najlepsza brytyjska płyta. W Polsce „Devotion” Jessie Ware zostało bardzo ciepło przyjęte i pokryło się platyną, Brytyjska wokalistka odwiedzi nasz kraj po raz kolejny na wiosnę. Czekamy z niecierpliwością.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Cloud-Nothings-Attack-on-Memory5. Cloud Nothings – Attack On Memory. Natomiast „Attack On Memory”  to najlepsza rzecz z gatunku indie rocka, której słuchałem w poprzednim roku. O ile można mówić tutaj o indie rocku, bo zespołowi z Cleavlend w stanie Ohio bliżej do punk rocka czy też hardcore’u. Cloud Nothings nagrało kapitalną, energiczną płytę. Słychać tutaj inspiracje Trail of Dead – mistrzów hardkorowego indie. W szczególności zachwycił mnie rozbudowany, epicki „Wasted Days”, który sprawił, że poczułem się jak 17-latek. Kapitalnie słucha się również takich piosenek jak „Our Plans” czy też „Stay Useless”. Reszta utworów to nie ułomki, całość prezentuje się obficie. Ta płyta oczywiście nie wnosi nic nowego do gatunku, ale w dobry sposób podsumowuje wcześniejsze dokonania i dostarcza wiele rozrywki podczas słuchania. Czekam teraz na jakiś koncert, mam nadzieję, że zaklepie ich Artur Rojek na tegoroczną edycje Off Festiwalu.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

miguel4. Miguel – Kaleidoscope Dream. Miguel, czyli Prince XXI wieku. Tak o nim pisałem podczas recenzowania „Kaleidoscope Dream”. Zdania nie zmieniłem i do tej pory słucham tego krążka z wypiekami na twarzy. Jest to mocno precyzyjna, świetnie dopieszczona pod każdym względem płyta. Miguel i jego nieziemski głos stanowi oczywiście tutaj najważniejsze, centralne miejsce. Poza tym naszą uwagę zwracają kapitalne wstawki gitarowe, takie jak w „Use Me” czy też „Gravity”. „Kaleidoscope Dream” to spora dawka świeżego powietrza dla współczesnej muzyki rozrywkowej. Troszkę tej płycie zabrakło by załapać na podium. Jednak polecam ją szczerze każdemu, idealna propozycja na tło do romantycznego spotkania z dziewczyną. Nawet jeżeli teksty są czasami gorzkie to gwarantuje wam nie powtarzalne przeżycia. Taki jest Miguel.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

lonerism tame impala3. Tame Impala – Lonerism. Zdecydowanie najlepsza gitarowa płyta zeszłego roku. Australijski zespół na „Lonerism” przywołał dawnego ducha lat 60. Odwołując się do twórczości The Beatles, The Doors czy też Led Zeppelin nagrali materiał pełen psychodelicznych, zakręconych i kolorowych dźwięków. Panuje tutaj mocno narkotyczny nastrój dopieszczony lekkim sentymentalnym spojrzeniem na amerykańskie plaże z przełomu lat 60. i 70. Plusem albumu jest wyeksponowana perkusja oraz kapitalne klawisze i wszelkie synthowe brzmienia, które powodują, że całość jest odbierana przeze mnie ciepło i przyjemnie. Ta płyta wchodzi do głowy z taką samą łatwością jak zimne żuberki w letni, upalny dzień. Mimo, że chłopaki z Tame Impala co prawda nie wymyślają niczego nowego to i tak chętnie będę wracał do tej płyty.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Frank-Ocean-Channel-Orange2. Frank Ocean – channel ORANGE. Nikt tak bardzo nie umilił mi wakacji jak Frank Ocean ze swoim wiekopomnym „channel ORANGE”. Co prawda byłaby to płyta roku, gdyby nie Kendrick Lamar, ale w wielu innych rankingach została uznana za numer one. Frank Ocean już od jakiegoś czasu dawał sygnały, że posiada nie lada talent. Szło go było usłyszeć na płytach Kanye Westa czy The Throne (K. West z Jay-Z), poza tym już na poprzednim mixtapie zdradzał pierwsze oznaki zajebistości. Wszystko to zostało oficjalne potwierdzone na „channel ORANGE’, które w pewnym sensie podsumowuje cały dorobek muzyki R’n’B. By oddać esencję tej płyty zacytuje samego siebie: „Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem”. Na koniec jeszcze dodam, że Frank Ocean wcale nie musiał się odkrywać ze swoją prawdziwą naturą. Muzyka zawsze sama się obroni.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

kendrick-lamar-good-kid-maad-city-cover1. Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city. Dla wielu to Frank Ocean nagrał płytę roku. Dla mnie też „channel ORAGNE” był do pewnego momentu albumem roku. Do czasu, gdy usłyszałem „good kid, m.A.A.D city” Kendricka Lamara. Młody raper, który pochodzi z Compton! nagrał album życia. Do tej pory zachwycam się efekciarskim sposobem rzucania słów przez Kendricka, zajebistymi podkładami oraz kapitalnymi singlami. Lamar postanowił na albumie przedstawić dzień z życia w Compton. Jest to płyta naszpikowany wieloma odniesieniami i skojarzeniami. Najbardziej widoczne (a raczej słyszalne) są odnośniki do wiary i religii, w końcu cały album rozpoczyna się od modlitwy, która kontynuowana jest również dalej. Dzięki „good kid, m.A.A.D city” Kendrick Lamar na stałe wpisał się do kanonu muzyki hip-hopowej i nie tylko, bo płyta powinna się spodobać każdemu. Można przy niej się dobrze bawić, ale również wsłuchiwać w szczere opowieści Kendricka, który między innymi spowiada się ze swojego problemu z alkoholem. Na koniec warto również wspomnieć o ciekawych gościach, którzy pojawiają się na płycie – Dr. Dre czy też Drake.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Wydarzenia

wydarzeniaKolejna część podsumowania całorocznego skupiona na najważniejszych wydarzeniach z poprzedniego roku.

Zacznę od najciekawszych koncertów, które można było zobaczyć w 2012 roku nad Wisłą. Z mojej perspektywy najważniejszym gigiem w którym brałem udział był występ Muse w łódzkiej Atlas Arenie. Brytyjczycy promowali w ten sposób najnowszą płytę „The 2nd Law”. Koncert był sporym przeżyciem pod względem wizualnym i muzycznym, nie zabrakło niczego z czego Muse słyną live. Druga sprawa to Off Festival 2012. Niestety miałem wrażenie, że pod względem line-upu był to jeszcze słabszy festiwal niż rok temu. Tendencja spadkowa? Trudno ocenić, mimo to i tak udało mi się zobaczyć kilka świetnych koncertów takich artystów jak: Battles, Converge, Metronomy, Death in Vegas, Doom czy też Dam-Funk. Dobrze za to radził sobie Opener. Mimo, że bazował na gwiazdach, które „już były” to i tak zazdroszczę tym, którzy mogli zobaczyć M83, Bon Iver, Public Enemy czy też New Order. Warto w tym miejscu odnotować, że część występów można było śledzić przez YouTube’a. Czwartym koncertem godnym wyróżnienia jest występ Coldplay na Stadionie Narodowym. Zespół się trochę wyrobiła a nowe piosenki nawet dają radę, mimo to wciąż tęsknie za „Parachutes”.

Muse-12

Rok 2012 był owocny w liczne powroty. Na początku roku usłyszeliśmy o powrocie hip-hopowej formacji 2 Live Crew. Mocny powrót ze zaświatów zaliczyła legendarna grupa Godspeed You! Black Emperor, która wydała ciekawy album „Allelujah! Don’t Bend! Ascend! „. Swoją działalność wznowili także: At the Drive-In, Grandaddy, The Replacements oraz Run/DMC. Warto także odnotować powrót The Rolling Stones, który w poprzednim roku świętował 5o urodziny. Rok temu pisałem o nowym zespole Micka Jaggera. Wydawało się wtedy, że to koniec Stonesów. Na szczęście wrócili i wydali nowy krążek. Szczęśliwy powrót zaliczył The Beach Boys, wracając do nagrywania piosenek o miłości, słońcu i muzyce. Inaczej natomiast potoczyły się losy takich grup jak: Das Racist (mieli być na offie!), Girls oraz Handsome Furs, które raczej nie nagrają już żadnej nowej piosenki.

izasnoop

Rok 2012 to rok ciekawych kolaboracji. Na początku roku mogliśmy zapoznać się z utworami powstałymi w wyniku połączenia sił Krzysztofa Pendercekiego i Johnny’ego Greenwooda z Radiohead. Natomiast w lato pokazał się album „OFF THE WIRE”, który powstał w efekcie spotkania Izy Lach ze Snoop Doggiem. W tym czasie dowiedzieliśmy się także, że Artu Rojek już nie zaśpiewa razem z chłopakami z Myslovitz. Legenda polskiego rocka znalazła sobie kilka dni później nowego wokalistę w postaci Michała Kowalonka z grupy Snowman.

W 2012 nie doczekaliśmy się wciąż nowej płyty Blur ani Ścianki. Frank Ocean tuż przed premiera swojej płyty „Channel ORANGE” przyznał, że lubi „pedałować” a Brytyjczycy podczas imprezy otwarcia i zamknięcia Olimpiady w Londynie dali kilku godzinny popis swojej kultury. Ważnym wydarzeniem około muzycznym było skazanie zespołu Pussy Riot na karę łagru.  W Polsce natomiast do łask powróciło disco polo za sprawą jednej piosenki – „Ona Tańczy Dla Mnie” grupy Weekend.

adam yauch

Pora zajrzeć do czarnego notesu. W poprzednim roku z życiem pożegnała się Whitney Houston. To kolejna ofiara swojej sławy i bogactwa. Mimo, że nie przesłuchałem żadnej jej całej płyty to i tak szacun za głos z lat 90. Wiosną 2012 roku świat hip-hopu wstrząsnęła wiadomość śmierci członka Beastie Boys – Adama Yaucha. Poza tym do lepszego świata przeszli: Irena Jarocka, Robin Gibb z Bee Gees, Davy Jones i wielu, wielu innych.