Twin Shadow – Confess

confess twin shadowFala pozytywnych ocen nowej płyty Twin Shadow’a zalała internet i prasę kilka miesięcy temu. Modnie się spóźniam i również dorzucam swoje trzy grosze.

Szczerze powiedziawszy to żadna z tych recenzji nie przekonała mnie zbyt mocno do przesłuchania „Confess”. W którymś z numerów Polityki czy też Newsweeka przeczytałem w trzy-zdaniowej notce na temat albumu Twin Shadow’a o ciekawych utworach. Natomiast każda jedna recenzja serwisów i blogów muzycznych skupiała się na wszelkich nawiązaniach do lat 80. Aha, pewnie jakieś średniej jakości pitu, pitu dobre na zapełnienie czasu między obiadem a podwieczorkiem – pomyślałem.

Być może za dużo myślę, ale chce pisać o „Confess” Twin Shadowa a nie o sobie. Otóż nie, ta płyta taka nie jest jak „pomyślałem sobie”. Faktycznie są tu ciekawe utwory, brawa za przenikliwość recenzji zawartych w tygodnikach polityczno-społecznych. I faktycznie sporo tutaj lat ’80. Twin Shadow nagrał album melodyjny, równy, osobisty, na swój sposób przebojowy i czarujący. Już otwierające całość „Golden Light” ukazuje w pełni potencjał tego albumu. Synth-popowe brzmienie, mocny refren, zapadające w pamięć „Some People Say It’s Golden Light”, fajne gitarowe wstawki. Udany opener.

Kolejny utwór za sprawą jazgotliwej gitary brzmi bardziej rockowo i brudno, ale tylko na początku. W refrenie pojawiają się syntezatory, a gitara brzmi bardziej reggae’owo. Apropos syntezatorów. Cały album oparty jest na ich brzmieniu, ale w dopiero „Five Seconds” w pełni czarują. Pozytywną cechą tej płyty jest mnoga ilość hooków, którą nam serwuje Twin Shadow. Pod tym względem wyróżniające wydają się być takie kawałki jak „Patient” oraz „When The Movie’s Over”, który prawdopodobnie jest najlepszym utworem na „Confess”.

Na koniec parę słów na temat samego Twin Shadow’a. Nasz Georgie w dobry sposób uzupełnia wokalnie „Confess”. Nie gra może pierwszych skrzypiec, ale ma jakiś swój dźwięk. Zadanie spełnione, płyta fajna i kompletna. Nie chce mi się czepiać paru szczegółów, lekką ręką daje 8/10.

twin-shadow

P.S. Dobrze zmienił image. Portert czarnego Rumuna mu nie pasował.

Kamp! – Kamp!

Kamp!Doczekaliśmy się najbardziej oczekiwanego od dwóch lat debiutu w polskiej muzyce tanecznej.

Powiem to prosto z mostu. Nie zawiedli. Oczekiwania były spore. Wcześniejsze EP-ki, piosenki gdzieś tam wyszperane w sieci i remixy (Cool Kids of Death, Brodka) nagoniły słuchaczom ślinki w ustach. Na szczęście po spożyciu „Kamp!” czujemy sytość i nie mamy ochoty na deser.

Nie przez przypadek mówić się o nich „polskie Cut Copy”. Ta płyta jest tym dla 2012 roku czym „In Ghost Colours”  była dla 2008. „Kamp!” to jedenaście żywiołowych i tanecznych utworów, które łączy w sobie disco lat 80 z elektroniką. Słuchając takich piosenek jak „Cairo” czujemy duch minionej epoki wzbogacony o inspiracje Junior Boys czy też Daft Punk. Nie bez powodu Krzysiek Ostrowski z CKOD w wywiadach podkreślał, że to najzdolniejszy młody, polski band. Miał rację. Kamp! powinien być naszym głównym towarem eksportowym. Ta płyta wiele wnosi do teoretycznie zamkniętego tematu muzyki tanecznej spod znaku Cut Copy.

Kilka słów o brzmieniu. Słuchając tej płyty mam przed oczami wszystkie kolory wszechświata (nawet te nie odkryte). Fajna barwa głosu Tomka oraz reszta wokali to mocny punkt tego albumu. Podkłady powodują, że pomimo panującej na zewnątrz zimy odczuwam hawajskie upały. Jeżeli ktoś nie wie co ma z sobą robić w te zimne i długie wieczory i dodatkowo ma stany depresyjne to polecam ten krążek. Poprawia humor na całej swojej długości i szerokości. Poza tym płyta a zwłaszcza single idealnie sprawdzą się na wszelkich potańcówkach. Taki „Heats” wzbogacony o handclaping i fajny basik to istny parkietowy wymiatacz.

Można przyczepić się,że w sumie to nie wymyślili niczego nowego a płyta jest jednostajna i głownie bazuje na wcześniej znanych singlach. Jednak trzeba mieć na względzie to, że gdyby każdy polski zespół nagrywał TAKIE płyty i każdy polski artysta miał TAKIE single to naród polski byłby znacznie szczęśliwszy. Póki co możemy jedynie mówić o pewnego rodzaju sprawiedliwości dziejowej. W końcu i my mamy bez obciachowy TAKI zespół z TAKĄ muzyką. Ocena: 8/10.

Drekoty – Persentyna

drekoty_persentynaJakiś czas temu pisałem o zespole Drekoty jako godnym polecenia. Opisywana wtedy EP-ka zapowiadała coś ciekawego na polskiej scenie niezależnej. Pora skonfrontować postawioną wcześniej tezę z materiałem na debiutanckim albumie zatytułowanym „Persentyna”.

Czy dalej jest ciekawie? Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest ciekawiej. Grupa składająca się z trzech zdolnych pań zanotowała ogromny progres biorąc pod uwagę wcześniejsze EP-ki. Oczywiście materiał był wtedy znacznie mniejszy, jednak piosenki, które były na EP-ce i znalazły się również na albumie brzmią teraz znacznie lepiej. Zwłaszcza utwór „Poddania”, który został lepiej dopracowany.

Co natomiast z resztą utworów? „Persentyna” to album wielokolorowy, przepełniony wieloma różnymi melodiami. Openerowy „Listopad” to zabawa z elektroniką, być może jeden z najlepszych utworów na płycie. W mocno klimatyczny sposób wprowadza nas w krążek grupy Drekoty. Natomiast biorąc pod uwagę bogactwo brzmienia to na głowę bije wszystkie utwory kawałek „Skrzypię”, który ma w sobie trochę z jazzu, trochę indie-popu a końcówka utworu zahacza o bardziej rockowe klimaty. W piosence „Tramwaj” czuć punkrockową zawziętość, natomiast singlowe „Za” sprawia wrażenie jakby było nagrane przez damską Ściankę. Warto także odnotować, że w pod koniec utworu „Szary” Drekoty serwują słuchaczowi berlińskie rytmy techno lat 90.

Mimo to największe wrażenia towarzyszyły mi przy odsłuchiwaniu utworu „Powrót”. Jest to najlepsza piosenka na albumie. Najbardziej melodyjna a zarazem najciekawsza i z zdecydowanie z najlepszym tekstem. Teksty nie są mocną stroną tej płyty. Są pełne niejednoznaczności i tajemniczości co jest, oczywiście zaletą, jednak nie w tym przypadku. Drugim aspektem, który działa na minus albumu jest nierówny materiał. Są momenty ciekawe, dobre, ale zdarzają się dłużyzny, zwłaszcza pod koniec. Jeżeli chodzi o kwestie techniczne to pod względem brzmienia jest bardzo ładnie, gorzej natomiast z wokalem, który w większości piosenek stoi na średnim poziomie. Pomijając te uszczerbki to mogę z całą pewnością powiedzieć, że to udany debiut i szkoda, że większość zespołów na polskiej scenie nie zaczyna tak jak Drekoty. Ocena: 6/10.