Cut Copy – Free Your Mind

cut copyCzwarty album w dyskografii Cut Copy nie jest ani krokiem w przód, ani wstecz. Australijczycy utrzymali pozycję electro-popowego hulaki i wymiatacza parkietowego kosztem innowacyjności. „Free Your Mind” jest po prostu albumem wtórnym na którym trudno znaleźć coś czego wcześniej nie było na „Zonoscope” czy też „In Ghost Colours„. Oczywiście nie jest to rozwiązanie złe, gdyż album słucha się bardzo dobrze. Ba, nawet lepiej niż poprzedni longplay z 2011 roku, który był fajny, ale na krótką metę. „Zonoscope” trochę momentami przynudzał a i też nigdy nie miał argumentów bym do niego wracał po czasie.

Tegoroczna propozycja jest bardziej roztańczona i czerpie większymi garściami z legendarnego już „In Ghost Colours„. O krążku z 2008 roku mógłbym mówić w samych superlatywach, ta płyta się nie starzeje. Poza tym za każdym razem gdy wychodzi coś fajnego z podobnych regionów (Kamp!, Tesla Boy) to siłą rzeczy pojawiają się skojarzenia z drugim LP Australijczyków. Dlatego też fajnie, że Cut Copy odświeża pomysły te na najnowszym cd. Brzmienie na omawianym krążku jest nieco jaśniejsze i nawiązuje do przełomu między latami 80 i 90. Znajdziemy tutaj zarówno inspiracje Pet Shop Boys jak i Primal Scream. Sam zespół także nie wychodzi poza pewną estetykę utworów, którą obrał w 2008 roku. To znaczy mamy sporo różnych sampli oraz mocnych hooków. Pojawiają się także charakterystyczne chórki  a muzykę dopełnia wokal Dana Whitforda, który jakby wydobywał się z pokoju obok.

free your mind cut copyFree Your Mind” to dobra płyta acz nie rewelacyjna jak było to w przypadku „In Ghost Colours”. Wysoko postawiona poprzeczka w 2008 roku nie została przeskoczona i najprawdopodobniej muzykom Cot Copy nigdy ten wyczyn się nie uda. Dlatego należy czerpać jak najwięcej dobrej zabawy z  tegorocznego longplaya, który jak żaden inny na sylwestrową noc nada się najbardziej. Poza tym muzyka Cut Copy znacznie lepiej brzmi na żywo, dlatego też cieszy fakt, że Australijczycy odwiedzą Polskę na wiosnę po raz trzeci. Ocena: 7/10.

Pusha T – My Name Is My Name

pusha tPusha T w branży hip-hopowej siedzi już ponad 20 lat, jednak dopiero w ostatnim czasie jego gwiazda rozbłysła na dobre. Przez długi czas był członkiem rapowego duetu Clipse, który związany był z grupą The Neptunes. Jednakże braterski team rozpadł się w 2009 roku a Pusha T dołączył rok później do ekipy GOOD Music. Był to zdecydowanie dobry ruch ze strony rapera pochodzącego z Virginii. Dzięki udziałowi na płycie „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” Kanye Westa jego kariera nabrała rozpędu. W 2011 roku nagrał mixtape „Fear of God” oraz EP-kę „Fear of God II: Let Us Pray„, która zebrała dobre oceny. Znajdował się na niej między innymi pamiętny track „Trouble on My Mind” nagrany z Tylerem. Na początku obecnego roku wypuścił kolejny mixtape „Wrath of Caine„, który godnie zapowiadał zbliżający się dużymi krokami debiutancki longplay.

My Name is My Name” pojawił się na początku października tego roku. Długo zabierał się z odsłuchem tego albumu, gdyż w tym czasie w moich głośnikach rządzili Drake i Danny Brown. Debiut Terrence’a Thorntona przywołuje na myśl jedno nazwisko – Kanye Westa. Popularny raper jest producentem większości utworów co wpłynęło na wydźwięk całości. Swoją surowością album ten przypomina tegorocznego „Yeezusa„, natomiast bogaty featuring oraz brzmienie „Hold On” kojarzy się z „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”. Przeciwwagę do surowo brzmiących utworów jak początkowy „King Push” czy też „Numbers On The Boards” stanowią utwory bardziej popowe z refrenami zaśpiewanymi przez takie gwiazdy r’n’b jak Chris Brown, The-Dream czy też Kelly Rowland.

pusha-t-my-name-is-my-namePomimo imponującej listy nazwisk osób pojawiających się na „My Name is My Name” to należy zwrócić uwagę na samego Pusha T, który odgrywa tutaj rolę pracusia. Skupia się on wyłącznie na zwrotkach, na tym by było mocne i długo zapamiętane. Jego historie to przede wszystkim opowieści o tym jak dotarł do miejsca w którym znajduje się obecnie. Nie zabraknie zwrotek o życiu gangstera i sprzedaży narkotyków. Pusha T znany jest z tego, że jego teksty są na wysokim poziomie. Tak jest i tym razem. Znajdziemy tutaj hasła znane z naszego podwórka w stylu „tylko Bóg może mnie sądzić” jak i wiele oryginalnych odnośników do kinematografii (Scarface, Django, Ben Stiller) czy też ciekawych spostrzeżeń na temat życia, hip-hopu oraz show-biznesu. Pomimo, że nie chce wyróżniać poszczególnych utworów, gdyż cała płyta stoi na wysokim poziomie to dwa utwory szczególnie do mnie trafiły. Pierwszy to „Suicide” za sprawą kapitalnego beatu i jeszcze lepszego flow Pana Thorntona. Drugi to „Nostalgia„, którą świetnie łączy dwie opowieści Pushy i Kendricka Lamara. Pierwszy z nich mówi o sprzedaży narkotyków, drugi opowiada o smutku patrzenia na uzależnienie ojca. Rzecz raczej niebanalna, spowita klimatycznym podkładem.

My Name is My Name” to zdecydowanie jedna z najlepszych tegorocznych rappłyt. Niestety nie jest ona idealna i na minus działają niektóre nazwiska, które pojawiają się na trackliście. Generalnie jednak oceniam wysoko i propsuje. Ocena: 8/10.

Eminem – The Marshall Mathers LP 2

Eminem-WallpaperPisząc o najnowszej płycie Marshalla Mathers znanego szerzej jako Eminem należy powiedzieć głośno jedną rzecz. Ta płyta ma się nijak do wydanego 13 lat temu „The Marshall Mathers LP„. Tamten krążek to album już klasyczny, legendarny. Esencja hip hopu lat 2000. Najlepszy w karierze Eminema. Ten poziom nie został już nigdy powtórzony, także i tym razem to się nie udało. Cała ta zajawka kontynuacją tamtej płyty to raczej zabieg stricte marketingowy aniżeli artystyczny. Któż z nas nie chciałby starego, dobrego Eminema? Poza niewielkimi nawiązaniami w postaci skitu „Parking Lot„, który jest inną wersją rabunku z „Cryminal„, wrzucenia kawałka beatu z „The Real Slim Shady„,  sposób rzucenia słowa „Criminal” w „Rhyme or Reason” oraz samej okładki to nie za wiele tutaj śladów albumu z 2000 roku.

Popularny Shady nigdy nie zrezygnuje z bycia celebrytą w stylu MTV. To mu daje chleb, bardzo dużo chleba. Na „The Marshall Mathers LP 2” wykorzystał całą gamę zabiegów znanych z poprzednich krążków rapera tylko po to by sprzedać jak największą ilość kopii. Sam przyznaje bez żadnej ściemy to w 3 utworze na najnowszym LP: „The last Mathers LP done went diamond, this time I’m predicting this one will go emerald„. Stąd nie dziwi obecność na płycie Rihanny czy też hajpowanej przez Shady’ego Skylar Gray. W końcu ich wspólne duety zadziałały. Dlaczego nie spróbować tym razem? Dlatego też bliżej tej płycie do ostatniego „Recovery” aniżeli nie odżałowanego „The Marshall Mathers LP„.

free-download-eminem-the-marshall-mathers-lp-2Jednak nie wszystko na tej płycie jest złe. Ba, nawet sporo momentów Shady’emu wyszło. Ponad 7 minutowy opener „Bad Guy” oparty na ciekawym podkładzie dobrze się zaczyna, jednak z czasem Eminem wraca do podniosłego rapowania znanego z dwóch ostatnich albumów. „Rhyme or Reason” to już wersja tego dowcipnego Shady’ego, który porywa słuchacza. Niestety kolejny „Much Better” już tego nie robi a „Survival” nagrany w rockowej konwencji to po prostu kolejny hit dla MTV. „Legacy” to typowa eminemowa ballada, która znajduje się na KAŻDYM krążku rapera z Detroit. „Berzerk” czyli przeróbka Beastie Boys jest nieco przekombinowane. Na szczęście zaraz po nim jest „Rap God„, chyba najlepszy utwór na płycie. Fajny podkład idealnie się łączy z genialną nawijką Shady’ego, któremu wszystko wychodzi. Na minus jednak wpływa fakt, że jest on za długi. Jak większość utworów na płycie. Dalej Eminem postanawia śpiewać w „Stronger Than I Was” oraz obrzydzać życie Rihanną w „The Monster„. „So Far” to kolejne nawiązanie do rocka lat 80. Eminem chyba zapomniał, że to już na tej płycie było. Umiarkowanie dobry jest utwór „Love Game”, którego obecność Kendricka Lamara niestety nie ratuje. Jednak propsuje, gdyż jest tutaj imprezowy potencjał. „Headlights” wolę przemilczeć ze względu na jęczącego kolesia z Fun. Całość kończy miałkie „Evil Twin”.

Na prawdę szkoda, że Eminem traci swój potencjał na pierdoły. Dla tych, którzy liczyli na udany sequel „The Marshall Mathers LP” mam złą wiadomość. Jest to płyta co najwyżej średnia, której daleko do kapitalnego LP z 2000. Ocena: 5/10.

Posłuchaj