Jon Hopkins – Immunity

JONHOPKINSPRESS1.jpgNie słucham za wiele muzyki elektronicznej, ambient techno i psychodelicznego dubstepu. Zwłaszcza w ostatnim czasie, gdzie w moich głośnikach dominuje hip-hop. Jest jednak jedna płyta, którą słucham od dłuższego czasu a najczęściej w samochodzie podczas wieczornych manewrów na trasie 44. Jest to „Immunity” Jona Hopkinsa.

Jon Hopkins do tej pory funkcjonował dla mnie jako współautor „Diamond Mine”, które nagrał z Kingiem Creosotem. Płyta ta poruszała się w regionach alternatywnego folku i oparta była na klawiszach i gitarze klasycznej. Jednakże sam Hopkins od 2001 roku zajmuje się muzyką elektroniczną. Warto także w tym miejscu wspomnieć o jakiego współpracy z Brianem Eno, który jest w pewnym stopniu jego mentorem. A to dobry prognostyk dla każdego artysty zajmującego się ambient techno. Przed ukazaniem się wspomnianego wcześniej „Diamond Mine” miał na koncie cztery albumy, które oprócz „The Art of Chill 2” stoją do równym dobrym poziomie. Piąty samodzielny krążek „Immunity” to zdecydowanie najlepsza muzyka jakąkolwiek stworzył.

jon_hopkins_immunity33-letni angielski producent nagrał materiał trwający równą godzinę. I jest to godzina prawdziwego transu ozdobionego kapitalnymi hookami i świetnym basem. Ciężko pisać o tego typu muzie ze względu na zjawiskowość jaką reprezentuje. Wszystko jest oparte na własnych przeżyciach związanych z tymi utworami. Dla mnie to idealny soundtrack do podróży samochodem w porach późnych na opustoszałych drogach. Słuchanie tej płyty w domu nie miało już takiego piorunującego efektu. Te 8 rozbudowanych i rozciągniętych do granic możliwości utworów to po prostu dobra klimatyczna muzyka. Nie ma utworu, który zasługiwał by na wyróżnienie, gdyż każdy stoi na tym samym wysokim poziomie. Każda piosenka ma pewien schemat, który jest zauważalny już przy pierwszym odsłuchu. Mianowicie utwory na „Immunity” rozpoczynają się niepozornie i z każdą sekundą swojego trwania się rozkręcają by na końcu nastąpiło gwałtowne lub bardziej rozciągnięte wyciszenie. Zauważalny jest także pewien podział płyty na dwie części. Początkowe utwory są bardziej głośne, transowe, na swój sposób taneczne. Natomiast druga część płyty jest bardziej senna, patetyczna i spokojna.

Generalnie wszelkie dobre oceny jakie ta płyta zyskała w mediach są w pełni uzasadnione a decyzja o nominacji do Mercury Prize także jak najbardziej zrozumiała. Z mojej strony mogę powiedzieć, że to kapitalny materiał na nocne odsłuchy. Najlepiej w samochodzie. Ocena: 8/10.

Przegląd filmowy #2 Filmy, na halloweenowy wieczór

halloweenDrugi odcinek przeglądu filmowego postanowiłem poświęcić obrazom, które bez poczucia obciachu mogę polecić Wam na halloweenowy seans filmowy. Wśród trzech dzieł wybranych przeze mnie znajduje się zapomniany klasyk „Ghost Story”, tegoroczny horror w stylu found footage „V/H/S 2” oraz „The Conjuring” Jamesa Wana.

Ghost-Story-ChowderGhost Story / Upiorna Opowieść (1981). „Ghost Story” z 1981 roku wyreżyserowany przez Johna Irvina to zapomniany klasyk kina grozy, który ostatnio odświeżył serwis horror.com.pl za co jestem jemu niezmiernie wdzięczny. Film ten opowiada historię czwórki staruszków, którzy tworzą klub nudziarzy. Ich czas zajmują straszne opowieści prze kominku i szklance brandy. Ład ten jednak zostaje zaburzony przez tajemniczą śmierć syna jednego z członków klubu – Edwarda. Wkrótce do miasta powraca jego drugi syn  Don, który podejrzewa, że śmierć jego brata nie była przypadkowa. Z czasem wychodzi na wierzch ciemna tajemnica członków klubu nudziarzy, którzy w młodości zamordowali przypadkowo obiekt swoich westchnień – Evę Galli. Okazuje się, że jej duch powraca i postanawia się zemścić. Pierwsze co urzekło mnie w tym obrazie to świetny klimat wyrażony przez obrazy ciemnych pomieszczeń oraz drewnianych, starych domów. Druga sprawa to wciągająca i przejmująca historia, która zawiera wiele retrospekcji. Tego typu klasyki horroru w odróżnieniu od dzisiejszych szmatławców wyróżniały się tym, że nie śmierdziały na kilometr banałem. 3 kwestia aktorzy. Mamy tutaj do czynienia z dość wiekową ekipą co w tego typu filmach jest ogromną rzadkością. Cała czwórka klubu nudziarzy pokazała kunszt aktorski i klasę. Młodzi im jednak nie ustępowali, a zwłaszcza Alice Krige, która wcieliła się w podwójną rolę Evy oraz Almy. Pani Krige idealnie odegrała rolę tajemniczej, obsesyjnej, urzekającej mężczyzn kobiety. Każde jej pojawienie się na ekranie wywoływało we mnie zainteresowanie oraz zmieszanie w związku z jej nieprzewidywalnym zachowaniem. Generalnie cała historia trzyma w napięciu i nie nudzi. Pomimo banalnego tytułu jest to obraz, który mogę z czystym sumieniem wam polecić na halloweenowy seans. Ocena: 9/10.

VHS2V/H/S 2 (2013). Rok temu na ekranach kin pojawił się ciekawy film „V/H/S„, który stanowił zlepek kilku historyjek nagranych w stylu Found Footage oddających hołd erze kaset wideo. W tym roku pojawiła się jego kontynuacja, której konwencja nie została zmieniona. Mamy tutaj do czynienia z czterema krótkimi sekwencjami, które łączy w całość historia prywatnych detektywów, którzy w poszukiwaniu zaginionego studenta odkrywają w pewnym domu dziwny zbiór kaset video. Oczywiście nie trzeba oglądać pierwszej części by zrozumieć sequel, gdyż każdy epizod to odrębna historia. Mamy tutaj obraz tajemniczej sekty, atak kosmitów, wysyp zombie oraz mężczyznę, który po przeszczepie oka widzi zmarłych. Oczywiście opowieści te nie są niczym nowym i mieliśmy już podobne wątki w wielu filmach grozy. Jednak dynamiczna i zwięzła prezentacja wzbudza w nas zainteresowanie. Każda sekunda tego filmu jest odpowiednio wyważona przez co nie odczuwamy nudy a seans wyjątkowo szybko nam mija. Za reżyserię filmu odpowiada mieszanka znawców tematu z debiutantami. Do pierwszej grupy należy zaliczyć Eduardo Sancheza, twórcę „Blair Witch Project„, którego nazywa się ojcem gatunku oraz Gregga Hale’a i Adama Wingarda (reżyser „A Horribble Way To Die„). Natomiast dla Simona Barretta jest to debiut reżyserski a Jason Eisener stawia dopiero pierwsze kroki w branży. W porównaniu do pierwszej części „V/H/S 2” prezentuje się o dziwo korzystniej (rzadkość dla sequeli). Wynika to z faktu, że w pierwszej części poszczególne segmenty prezentowały różny poziom. Tutaj jest on równy co wpływa pozytywnie na odbiór całości. Na plus należy również zaliczyć sceny gore a także wstawki humorzaste. Obejrzyjcie a nie pożałujecie. Ocena: 8/10.

conjuringThe Conjuring / Obecność (2013). Szczerze powiedziawszy to nie przekonywał mnie ten film jakoś od początku. Nowo wychodzące, mainstreamowe obrazy nie wzruszają mną ze względu na ich ogromną wtórność. Nie inaczej jest z „The Conjuring” Jamesa Wana. Jest to obraz przedstawiający ograną do bólu historię nawiedzonego domu i egzorcyzmów. Słynne małżeństwo Warrenów badająca zjawiska paranormalne trafiają do domów Perronów, gdzie zakorzenił się wyjątkowo złośliwy demon. Już na początku zaserwowano nam wzbudzające śmiech „historia wydarzyła się na prawdę”. Potem mieliśmy trochę z „Laleczki Chucky”, trochę z „Egzorcysty„, całkiem sporo z „Amityville” oraz wielu, wielu innych filmów. Generalnie nic nowego. Jednak James Wan ma to coś, że potrafi z oklepanej historii zrobić coś ciekawego. Udało mu się to tworząc „Naznaczonego” a jego „Piła” to dla mnie do tej pory jeden z najlepszych horrorów okresu 00′. Siła „Obecności” tkwi w realizacji i dobrej obsadzie aktorskiej. Nie mamy tutaj do czynienia z licznymi idiotyzmami tworzącymi fabułę, natomiast postacie na swój sposób wzbudzają u nas sympatię. Druga sprawa to klimat lat 70′ a także świetna muzyka, która buduje napięcie. Generalnie przyjemnie się ten film oglądało i mogę go śmiało polecić. Ocena: 7/10.

Earl Sweatshirt – Doris

earl-sweatshirtThebe Neruda Kgositsile, lat 19 to bohater dzisiejszej recenzji. Thebe znany również jako Earl Sweatshirt należy do hip-hopowego składu Odd Future, który zrzesza młodych, utalentowanych, acz nieco pokręconych raperów z LA. W gronie tym wyróżniali się głównie Tyler, The Creator oraz Frank Ocean. Jednak po wyjściu na światło dzienne albumu „Doris” obok wcześniej wspomnianych nazwisk będzie również wymieniać się jednym tchem: Earl Swaetshirt. Wydawać by się mogło, że „Doris” to debiut Pana Kgositsile. W końcu omawiany krążek ma wszystkie cechy pierwszej płyty (świeżość, odwaga, to „coś”) a sam raper jeszcze nie może legalnie spożywać alkoholu w Stanach. Otóż nie, Earl Sweatshirt swój debiut zaliczył już wieku 16 lat nagrywając mixtape „Earl”. W tworzeniu ów albumu pomagał Tyler, The Creator, który zajął się produkcją. Został on przyjęty pozytywnie, jednak rozszedł się bez większego echa.

Sytuacja zmienia się w 2013. Przeglądając internety nie natrafiłem na słowa, które by głosiły tezę, że „Doris” to słaba płyta. Dzięki temu albumowi młody mieszkaniec słonecznego Los Angeles wszedł do pierwszej ligi. Co takiego jest w tej płycie, że wszystkim się podoba? „Doris” to przede wszystkim kolejny, dobry album wydany w stylu znanym dla członków Odd Future. Jest mroczny, ironiczny i nowoczesny. Tym razem za produkcję nie odpowiadał sam Tyler Okonma a cały zestaw takich nazwisk jak: The Neptunes, Christian Rich, RZA, Frank Ocean czy też BadBadNotGood. Wyprodukowane przez nich beaty są ciemne, mroczne, depresyjne, ale jednocześnie wciągające i zróżnicowane. W takim „Hoarse” uwodzi nas gitara, końcówka „Chum” to zestaw bębnów a „20 Wave Caps” wykorzystuje arsenał syntezatorów. Utwory wyprodukowane przez Okonmę brzmią jak żywcem wyrwane z jego najnowszego albumu „Wolf” a kończące całość „Knight” to przeróbka Raekwona „New Wu” (Kolejna rapowa płyta i kolejne odniesienie do Wu-Tang!).

dorisKilka słów o samym Earlu Sweatshirt. Słychać, że chłopak ma talent acz jeszcze musi poćwiczyć nad samą techniką rapowania. Jego flow nie jest jeszcze tak rozpoznawalne jak gwiazd, które udzieliły się na albumie (RZA, Tyler, Mac Miller). W utworach na jego najnowszym albumie obiera raczej rolę dopowiadacza, gdyż pierwsze zwrotki wykonują artyści gościnni. Przyznać mu należy jednak, że ma głowę do tekstów. Zaczyna mocno w „Pre” gdzie przyznaje „I’m problem to niggas”. W kolejnym jednak utworze pojawiają się wątpliwości: „Only relatively famous / In the midst of a tornadoMisfitted / I’m Clark Gable / I’m not stable„. Generalnie Earl jest szczery co wyraża takimi perełkami jak: „The label don’t like me but they pay me a grip” czy też „Too black for the white kids, and too white for the blacks”. Co jednak jest najważniejsze w jego tekstach? To, że wyrażają jego przemyślenia nad tym gdzie teraz jest i jak do tego dotarł. Przyznaje, że sławę zawdzięcza Odd Future a samego Tylera uważa za swojego starszego brata. Nie ma tutaj typowych przechwalanek i opowieści o tym ile lasek zaliczył i ile koksu wciągnął.

Podsumowując „Doris” to album równy (żaden utwór nie wyróżnia się), stojący na wysokim poziomie i wyprodukowany w stylu znanym dla Odd Future. Sam Earl Sweatshirt to młody, szczery człowiek, którego stać na dużo. Liczę na to, że tegoroczny krążek to zapowiedź kolejnych świetnych dzieł w jego wykonaniu. Ocena: 8/10.