Queens Of The Stone Age – …Like Clockwork

qotsaSzczerze powiedziawszy to nie spodziewałem się niczego ciekawego po najnowszym wydawnictwie grupy Queens Of The Stone Age. Wrzucone w internecie nagranie live „My God Is The Sun” dupy nie urywało, poza tym miałem w świadomości dwa ostatnie, mocno nudne albumy. Jednak od wydania „Era Vulgaris” minęło 6 lat, mamy rok 2013 a QOTSA wydaje się być w dawnej, dobrej formie z okresu „Rated R” oraz „Song For The Deaf”. Josh Homme ostatecznie przeszedł na stronę melodyjnego rocka, gdyż na „…Like Crockwork” nie uraczymy już kawałków w stylu „A Song For The Dead”. To miło, gdyż ta łagodniejsza strona zawsze im lepiej pasowała. Oczywiście nie grają radosnych piosenek niczym z lat 60. bo na „…Like Clockwork” pojawiają się ostrzejsze momenty z pazurem. Jednakże większość utworów ma ten radiowo-singlowy potencjał i pojawia się całkiem sporo ballad.

qotsa-video-fuck-you-whateverZacznijmy jednak od początku. Opener „Keep Your Eyes Peeled” to psychodeliczny utwór oparty na ciężkiej gitarze i wprowadzającej w trans perkusji. Utwór ten ze względu na swoje brzmienie mocno mi się kojarzy z pewną sceną z filmu „Miasteczko Twin Peaks”, gdy Laura Palmer wraz ze swoją koleżanką trafiają do nocnego klubu pełnego narkotyków, alkoholu i wszelkiej dewiacji. Kolejny „I Sat By The Ocean” toczy się monotonnym aczkolwiek ciekawym tempem pod dyktando gitary by na koniec osiągnąć apogeum. Dobra nuta. „The Vampyre Of Time and Memory” to łapiąca za serce ballada w której Josh Homme szczerze wyznaje na początku „I want God to come / and take me home” by za chwilę swoją prośbę motywować powtarzającym się „I feel no love”. Kolejne „If I Had A Tail” wyróżnia się pod względem fajnych klawiszowych wstawek i kapitalnego, ale jednocześnie pesymistycznego tekstu. „My Gos Is The Sun” to jedna z tych piosenek, które dają kopa w starym stylu. Wystarczy ogarnąć świetny, hałaśliwy początek i moment wejścia gitary w okolicach 23 sekundy. Jednym z moich ulubionych utworów na „…Like Clockwork” jest „Kalopsia”, która zaczyna się spokojnie, cichutko, sennie by zmienić się w potwora brzmienia za sprawą jazgotu gitary w 1:10. Godna wyróżnienia jest kapitalna perkusja.

like clockwork„Fairweather Friends”, który został napisany przez Josha Homme’a i Marka Lanegana idealnie potwierdza tezę o zmienia kursu QOTSA na bardziej melodyjną. Mamy tutaj fajne gitarowe riffy, zmiany tempa, falsetującego Homme’a i proste klawiszowe wstawki. Tej piosenki nie można nie lubić. „Smooth Sailing” to przede wszystkim ZAJEBISTA perkusja Dave’a Grohla a sam utwór porównałbym do wczesnej twórczości Muse. Tak, QOTSA tutaj brzmi jak Muse. Oczywiście na swój sposób, nie ma przesadnej pompy. Przedostatni „I Appear Missing” to chyba najlepsza piosenka na płycie. No może nie najlepsza, ale zdecydowanie najbardziej trafiająca w moje gusta. Ten 6 minutowy utwór ma to „coś” co trafia do mnie. Ostatni tytułowy „Like Crokwork” to fajna, nostalgiczna ballada, która urzeka. W czym zatem tkwi sekret udanego powrotu QOTSA? Widziałbym tutaj kilka powodów. Po pierwsze grupa wróciła do klasycznego składu znanego z ich najlepszych płyt („Rated R”, „Song For The Deaf”). Mowa konkretnie o basiście Nicku Oliveri oraz siedzącemu za garami Dave’a Grohl’a. Poza nimi kawał dobrej roli odwala na krążku Mark Lanegan. Na osobne wyróżnienie zasługuje sam Josh Homme, który otwiera się na płycie co ma ogromny wpływ na wydźwięk całości. Poza tym dobrze zrobiła zespołowi dłuższa przerwa. Wrócili bardziej dojrzali, odświeżeni mentalnie z wieloma nowymi pomysłami i przeżyciami o których chcieli opowiedzieć a w zasadzie chciał opowiedzieć sam Homme. Czołówka tego roku, ocena: 9/10.

 

Daft Punk – Random Access Memories

daft-punk-ramOceny i skala hajpu jaka towarzyszy najnowszej płycie Daft Punk wskazują na dwa problemy. Po pierwsze kwestia wpływu korporacji medialnych, wielkich wytwórni i promotorów na postrzeganie muzyki. Trochę razi w oczy różnica w ocenach „Random Access Memories”. Blogerzy i portale niezależne tworzone przez fanów znacznie niżej oceniają najnowszy materiał francuskiego duetu od poratali pokroju Pitchfork. Nie chciałbym sugerować „opłacanie” recenzentów, ale tak to wygląda z mojej perspektywy. Inny problem ma wymiar psychologiczny i jest nim tęsknota za „wielkimi płytami wielkich artystów”, których brakuje od paru lat. Kiedyś byli Beatlesi, Stonesi, Bob Dylan, Led Zeppelin, Nirvana. Dziś trudno znaleźć zespół o którym można by powiedzieć za 20-30 lat – KLASYKA.

Daft Punk jest trochę na siłę wciskany jako WIELKI POWRÓT WIELKIEGO ZESPOŁU. Owszem album „Discovery” z 2001 roku to arcydzieło, które na długo zostanie pamięci słuchaczy. Jednak najnowszy materiał ma się nijak do płyty wydanej 12 lat temu. Po wielokrotnym przesłuchaniu „Random Access Memories” mogę stwierdzić, że jest to pozycja co najwyżej przyzwoita. Nowa płyta Daft Punk jest okropnie nie równa, przewidywalna, momentami nudna. Powtarzające się hasła mówiące „give life back to music” czy też „muzyka przyszłości” pokazują smutną prawdę przerostu formy nad treścią. Przez te wszystkie godziny obcowania z tą muzyką ani razu nie spotkałem się z niczym nowatorskim, przyszłościowym, świeżym. Zamiast futuryzmu, który miał stanowić nie podważalny powód dla zajebistości RAM mamy kolejny skok w tył do lat 70. i 80. Jedynym novum wydaje się teatralność „Beyond”. Poza tym jaka jest różnica pomiędzy „Get Lucky” a „Lose Yourself to Dance”? I jeszcze ta kosmiczna końcówka „Contact”.

daftpunkrandomOk trochę narzekam a przecież mówiłem, że to przyzwoita płyta. Owszem jest tutaj kilka dobrych momentów. Po pierwsze „Giorgio by Moroder”. Ciekawie skonstruowana piosenka, fajna linia melodyjna, gadka Giorgio mimo, że momentami przesadzona to pasuje a rozpierdol w końcówce jest epicki. Chyba najlepszy utwór na płycie. Po drugie „Get Lucky”, które mimo, że jest okropnie podobne do „Lose Yourself to Dance” to jest to idealny utwór na lato. Jest hicior – jest impreza. Po trzecie „Fragments of Time” z gościnnym udziałem Todda Edwardsa to bardzo przyjemna piosenka, która chyba jako nieliczna nie jest obciążona tym całym patosem i napinką RAM. Czwarty i ostatni powód na tak to „Doin’ it Right” z Pandą Bearem. „Random Access Memories” ma bogata listę featuringów, jednak to udział muzyka Animal Collective najlepiej zrobił tej płycie.

Podsumowując 13 piosenek, 4 głosy za, 3 przeciw. Reszta się wstrzymała. „Random Access Memories” to album przyzwoity z kilkoma dobrymi utworami. Dlatego też towarzyszący jej hype jest znacznie przesadzony. Z drugiej strony nie ma też co zbytnio przesadzać z zbyt krytycznymi uwagami. Myślę, że najlepiej RAM oceni czas. Póki co ocena: 6/10.

The Strokes – Comedown Machine

THE_STROKES_ApprovedPiąty album w kolekcji Nowojorczyków nie zmienia absolutnie nic. Nie zmienia muzyki, nie zmienia świata na lepszy, nie zmienia mnie, mojego sąsiada, kota ani statusu zespołu, który wciąż pozostaje legendą new rock revolution (im jestem starszy tym bardziej gardzę tym medialnym określeniem). W 2001 zespół Casablancasa roku nagrywa swój debiutancki i zarazem najlepszy album „Is This It”, których zachwyca nas ze względu na świeże podejście do indie rocka. Zimna kalkulacja zakrywała rzeczywiste emocje a dystans czasowy, który przebyliśmy od tej pory pozwala nazwać tą płytę „klasyczną”. Na „Room on Fire” zespół utrzymuje status quo, natomiast „First Impressions of Earth” wydaje się być najbardziej singlowym, radiowym i energetycznym krążkiem w całej dyskografii. Później zapada cisza na blisko 5 lat a w między czasie Julian Casablancas i Albert Hammond Jr. nagrywają solowo. W 2011 otrzymujemy „Angles”, który chyba dostał troszkę zawyżone oceny ze względu na zwykłą tęsknotę. Do tej pory nie mam określonego zdania na temat tej płyty. Z jednej strony fajnie, fajnie – z drugiej natomiast nie wróciłem nigdy do całej płyty a jedynie poszczególnych singli. Podsumowując The Strokes to band z jedną klasyczną płytą na koncie, czterema fajnymi i absolutnie żadną słabą.

the-strokes-comedown-machineGdy pod koniec stycznia marketingowcy Strokesów podesłali mi na e-mail najnowszy track „One Way Trigger” zawiodłem się. Miałem nadzieje, że to nie najlepszy utwór na płycie, gdyż po pierwszy wrażeniach reakcje były raczej średnie. Z czasem jednak przekonałem się do tej piosenki a po zapoznaniu się z całością wydaje się być chyba jednak tym najlepszym kawałkiem. Generalnie uważam„Comedown Machine” za dobrą płytę. Pomimo, że po przesłuchaniu tego krótkiego, 38-minutowego materiału nie doszukałem się niczego nowego i świeżego. Otwierający całość „Tap Out” to przyjemna, nieco senna, wakacyjna piosenka oparta na fajnym pulsującym basiku z całkiem niezłym refrenem. Słuchając „All The Time” a także oglądając teledysk do ów piosenki ma się wrażenie, że singiel ten stanowi pewnego podsumowanie całej twórczości. Momentami jednak niebezpiecznie balansuje on na granicy autoplagiatu, gdyż wydaje się on utworem za późnym dla „Room On Fire”, ale za wczesnym także dla „First Impressions of Earth”. Warta uwagi jest końcówka „Welcome To Japan” a także typowa strokesowa kołysnaka (prosze nie zakładajcie tylko takiego fanpage’a na fb) – „50/50”.

Generalnie całość jest dobra, ale dupy nie urywa. Melodie są ładne, zgrabne, jest pełno hooków a odpowiedzialny za produkcję Gus Oberg odpowiednio się postarał o to by pachniało tutaj potartymi jeansami z lat 80. Jednakże nie ma tutaj absolutnie niczego nowego, świeżego. Nie ma niczego o co można by się zaczepić na dłuższą chwilę, czegoś co by wpadło w ucho na dłużej niż kilka minut. Poza tym The Strokes wydają się być trochę mało modni ostatnio. Sam miałem problem za zabranie się z recenzją tej płyty, co więcej zacząłem się zastawiać, czy faktycznie jest potrzebna skoro będzie tylko 6/10?