J. Cole – Born Sinner

jcoleJakoś nie potrafię się wstrzelić w ten nowy rok jeżeli chodzi o nową muzykę. Przeglądam co jakiś czas co proponuje z nowości Pitchfork i Allmusic. Przeglądałem na CoS listę płyt, które mają wyjść w 2014 roku i doszedłem do smutnego wniosku, że w gruncie rzeczy nie ma na co czekać poza nową Charli XCX i Schoolboy’em. Indie Rock proponowany przez te serwisy skończył się już jakiś czas temu. Dobry przykład stanowią zespoły pokroju Bastille i Foster The People, które pojawiają się w line-upach ważniejszych festiwali muzycznych oraz na łamach portali zajmujących się szeroko pojęta muzyką alternatywną.  Problemem nie jest fakt, że pod przykrywką tagów indie rocka nagrywają pop grany w stacjach komercyjnych. Problemem jest to, że jest to cholernie słabe. Stąd też grzebie w starszych rzeczach. Oprócz klasyki (Black Sabbath, Tears of Fears) i starych nagrań Wavves przesłuchuje hip-hop i r’n’b z 2013 roku. Stąd recenzja pominiętego jakimś cudem przeze mnie J. Cole’a.

J.-Cole-Born-Sinner-661x349Born Sinner” to trzeci album w dorobku amerykańskiego rapera urodzonego w Frankfurcie. Nie jest to płyta, która znalazłaby się na mojej liście TOP15 2013 roku, jednak jest to pozycja godna uwagi ze względu na kapitalne single. J. Cole zebrał na albumie całkiem fajnych gości: wszędobylski Kendirck Lamar, Miguel czy też Jhene Aiko. Jako całość ta płyta spisuje się tak sobie, jednak słuchając momentów zostajemy urzeczeni. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu „She Knows” nagrany we w spółce z Amber Coffman. Głównie chodzi o fenomenalny podkład i klimatycznie odśpiewany słodki refren. Chciałoby się rzecz by powstawało więcej tego typu przebojów. Świetnie się też sprawdza „Forbidden Fruit” z jazzowym podkładem i Kendrickiem Lamarem w refrenie. Mocny punkt albumy stanowi także „Power Trip„, gospelowy „Born Sinner” oraz „Crooked Smile„. Niestety jak mówiłem wcześniej „Born Sinner” jest nierówne i zbyt rozciągnięte. Gdyby skrócić materiał do 11-12 piosenek powstałby zgrabny, fajny album. A tak dostajemy rozlazły longplay z fajnymi momentami.

Generalnie propsuje. Jeżeli jakimś cudem tak jak ja nie słyszałeś tej płyty to warto przesłuchać dla wspomnianych wyżej przeze mnie utworów oraz fajnych podkładów. J. Cole sprawdza się jako raper oraz ma zdolność do tworzenia uwodzicielskiego r’n’b, które może nie powala na kolana, ale wciąga na pewno. Ocena: 7/10.

Przegląd filmowy #4

W czwartej odsłonie przeglądu filmowego mam dla was dwa zapomniane klasyki z 1968 roku oraz najnowszy film Bena Stillera  – tak w ramach dowodu, że komedie też oglądam. Miłej lektury!

lowca czarownic 1968Witchfinder General / Pogromca Czarownic (1968). Film Michaela Reevesa wielu uznaję za jeden z najlepszych horrorów angielskiej kinematografii. Jednakże trudno ten obraz jednoznacznie zakwalifikować do konkretnego gatunku. „Pogromca Czarownic” to mieszanka kina historycznego z dramatem w którym jest sporo drastycznych i krwistych scen. Już pierwsze ujęcie filmu pokazuje powieszenie domniemanej czarownicy, które szokuje i przeraża jednocześnie. Zacznijmy jednak od początku, od fabuły. Obraz ten pokazuje nam Wielką Brytanię z XVII wieku. Panuje wówczas wojna domowa pomiędzy parlamentarzystami a rojalistami. Kraj jest podzielony i skłócony wewnętrznie natomiast ludzie głodują i wierzą w zabobony. Sytuację bezprawia wykorzystuje Mathiew Hopkins (Vincent Price) wraz z swoim sługą Stearnem (Robert Russel). Przemierzają oni Anglię w celu przesłuchiwaniu i uśmiercaniu czarowników i czarownic. Stearn zmusza torturami do przyznania się do szatańskich praktyk, natomiast Hopkins wymyśla to co raz brutalniejsze sposoby uśmiercania. Działają oni całkowicie legalnie a w dodatku ich „praca” jest dobrze opłacana przez magistrat. Jednak na drodze im staje Richard Marshall (Ian Ogilvy), który chce się zemścić za śmierć wuja swojej narzeczonej i wykorzystanie jego przyszłej żony. Historia ta jest częściowo prawdziwa, gdyż omawiani łowcy czarownic faktycznie grasowali po Anglii. Jak wspomniałem powyżej był to obraz mocno brutalny jak na okres jego powstania. Pokazuje on szczegółowo praktyki zabijania czarownic i ich torturowania. Niektórzy zarzucają obrazowi Reevesa zastoje fabularne, z czym nie mogę się zgodzić, gdyż oglądałem ten film z zapartym tchem. Pierwsza część filmu skupia się na sadystycznych praktykach Hopkinsa i Stearna, druga natomiast na pościgu Richarda i akcie zemsty. W całą historię zgrabnie wpleciono elementy historyczne, film ten idealnie obrazuje Anglię z okresu wojny domowej. Widzimy obrazy pijaństwa, nienawiści, znieczulicy a także dewiacji. Największe wrażenie jednak robi samo zakończenie (Uwaga mały spoiler), gdy zemsta zostaje ostatecznie dokonana. Teoretycznie wszystko kończy się dobrze jednak trudno mówić o happy endzie, gdyż główny bohater wpadł w obłęd. Film ten powinien spodobać się zarówno fanom horrorów jak i widzom lubującym się w kinie historycznym. Ocena: 8/10.

Yabu no naka no kuronekoYabu no naka no kuroneko / Czarny Kot (1968).Czarny Kot” to drugi film Kaneto Shindo jaki miałem przyjemność oglądać. Jego „Kobieta Diabeł” zrobiła na mnie ogromne wrażenie ze względu na intrygującą historię i sposób jej przedstawienia. „Czarny Kot” nie obrazuje tak specyficznej historii jak film z 1964, gdyż oparty jest na japońskiej legendzie. Jednak forma przedstawienia tej historii budzi we mnie pełen szacunek. Film ten pokazuje średniowieczną Japonię w której trwają nieustanne wojny. Grupa żołnierzy trafia do domu na obrzeżach lasu. Zjadają oni zapas ryżu, gwałcą mieszkającą w nim matkę i córkę po czym podpalają dom. Gromadzące się na zgliszczach czarne koty przywracają do życia kobiety. Powracają one jako ukazujące się w nocy zjawy, które przyrzekły złym bogom pić krew samurajów. To tyle jeżeli chodzi o samą historię. Największą zaletą tego filmu jest jego psychodeliczny klimat i zdjęcia ukazujące zjawy. Gdy dokonuje się pierwszy akt zemsty na samuraju odczuwamy ogromną niepewność, gdyż cała sekwencja jest zbudowana na tajemnicy i surrealistycznych zdjęciach (zamglony dom, przesuwające się drzewa). Także sposób w jaki zjawy się pokazują na ekranie i to jak się poruszają (przeskakiwanie kałuży) budzi wrażenie. Ich ruchy przypominają kocie, natomiast niektóre sceny pokazują prawdziwy wygląd zjaw. Dużym atutem jest też muzyka, która pojawia się dokładnie wtedy kiedy trzeba. „Czarny Kot” to klasyk kina, który warto obejrzeć. Ocena: 8/10.

THE SECRET LIFE OF WALTER MITTYThe Secret Life of Walter Mitty / Sekretne Życie Waltera Mitty (2013). Trzeci film w czwartym już przeglądzie filmowym trochę mało pasuje do dwóch wcześniej opisanych obrazów z 1968 roku. Jednak dla ubarwienia notki wrzucam najnowsze dzieło Bena Stillera. Wybierając się do kina spodziewałem się, że będzie to kolejna amerykańska komedia w ramach – pośmiać się i zapomnieć. Okazało się jednak, że „Sekretne Życie Waltera Mitty” to zupełnie inna komedia. Owszem są zabawne gagi, zdarzają się też takie zbyt naciągane (Niektóre wyobrażenia).  Jednak większość humoru w tym filmie opierała się na ironii i absurdzie. I to jest zdecydowany plus w czasach zalewanych nas głupotą. Po drugie film ten ma przesłanie, co też rzadko się zdarza w obecnych hollywodzkich superprodukcjach. Otóż obraz ten można uznać za pochwałę cierpliwości. Tytułowy bohater Walter Mitty (Ben Stiller) to nudziarz, mieszkający z Matką i pracujący w magazynie LIFE przy obróbce zdjęć. Ma jednak jeden mankament, często przytrafiają mu się zawiasy podczas których wyobraża siebie jako bohatera. W związku z tym często przytrafiają mu się kłopotliwe sytuacje. W jego pracy dochodzi do zmian, gdyż pismo LIFE przechodzi na wersje internetową co wiąże się z redukcją zatrudnienia. W tym samym czasie szanowany fotoreporter Sean O’Connell (Sean Penn) przesyła kolejną porcję zdjęć, spośród których zdjęcie nr 25 nazywa dziełem swojego życia i chce by je zamieścić na okładce ostatniego wydania LIFE. Zdjęcia jednak nie ma w przesyłce. Mitty próbując ratować swoją posadę oraz za namową obiektu swoich westchnień Cheryl (Kristen Wiig) wyrusza w szaloną podróż by odnaleźć oldskulowego fotoreportera w nadziei, że posiada zdjęcie nr 25. I tak jak wspomniałem wcześniej – cierpliwość to ważny aspekt w filmie. Postać Mitty’ego, który od 16 lat robi to samo z pasją i wiedzie mało interesujące życie wzbudza w widzu pozytywne reakcje. Utożsamiamy się z nim. Mitty nie stara się robić nic na siłę, nic na pokaz. Jest sobą. Jego cierpliwość zostaje wynagrodzona niesamowitą przygodą podczas której odwiedza Grenlandię, Islandię oraz Himalaje. W filmie mamy pokazane wspaniałe krajobrazy, które wzbogaca równie piękna muzyka (usłyszymy między innymi Arcade Fire czy też Jose Gonzalesa). „Sekretne Życie Waltera Mitty” to taka mądra komedia, którą polecam każdemu zmęczonemu głupotą w najnowszym kinie. Ocena: 7/10.

Muzyczne podsumowanie roku: Listy Gości

listy gościTo już trzecia edycja „list gości” na łamach bloga. Po raz kolejny poprosiłem ciekawych artystów by stworzyli własne listy podsumowujące. W poprzednich latach mogliście przeczytać podsumowania od m. in. Izy Lach, Michała Wiraszki, Pawła Szupiluka czy też od zespołów Gówno, The Kurws, Turnip Farm i Plum. W tym roku zestaw artystów jest równie atrakcyjny. Miłej lektury!

KINKIKinki – zespół szczególnie popularny w Meksyku. Wydali w tym roku EP-kę „El Museo Del Las Momias„, która jest dobrym prognostykiem na przyszłość.

Polska muzyka:

1. Oles Brothers & Jorgos Skolias
2. HERA with Hamid Drake
3. Power Of The Horns
4. Wovoka – Trees Against The Sky
5. Mełech_Lichota
6. Obara International
7. Gorzycki Pater – Therapy
8. Wacław Zimpel Quartet
9. Mikołaj Trzaska Gra Różę
10. Nucleon – Galofalot
Zagraniczne:
1.Dawn of Midi – Dysnomia
2. Fire! Orchestra
3. The Necks – Open
4. Carate Urio Orchestra – Sparrow Mountain
5. Matana Roberts – Coin Coin Chapter Two_ Mississippi Moonchile
6. Yaylor Ho Bynum – Book of Three – continuum
7. Slobber Pup – Black Aces
8. Black Host – Life in the Sugar Candle Mines
9. Marc Ribot’s Ceramic dog – Your Turn
10.Yves Reichmuth Lucien Dubuis Quartet
11.Plaistow – Citadelle
KixnareKixnare  – czyli Łukasz Maszczyński, dj i producent muzyczny z Częstochowy. W ostatnim roku było o nim głośno za sprawą dobrze przyjętego albumu „Red„.
Lista ulubionych albumów i epek z 2013:
Mano Le Tough – Changing Days (Permanent Vacation)
Axel Boman – Family Vacation (Studio Barnhus)
Jesse Lanza – Pull My Hair Back (Hyperdub)
DJ Koze – Amygdala (Pampa)
Steven Tang – Disconnect To Connect (Smallville)
Beautiful Swimmers – Son (Future Times)
Space Dimension Controller – Welcome To Microsector-50 (R&S)
Bibio – Silver Wilkinson (Warp)
Four Tet – Beautiful Rewind (Text)
Darkstar – News From Nowhere (Warp)
The Flaming Lips – The Terror (Warner Bros)
Nick Cave & The Bad Seeds – Push The Sky Away (Bad Seed Ltd)
Vakula – Bandura002 (Bandura)
Les Sins – Grind (Jiaolong)
Leo Gunn – Sea Change (Deep Explorer)
Teengirl Fantasy – Nun (This Is Music)
Axel Boman – Black Magic Boman EP (Studio Barnhus)
Orson Wells – Never Lonely No More (Live At Robert Johnson)DLOSZKuba Kubica – Lider i wokalista zespołu Sound Q, który wydał w tym roku album „Barbarians„. Krakowski zespół można śmiało nazwać jednym z odkryć poprzedniego roku.
1. Jon Hopkins „Immunity”
2. Moderat „II”
3. James Blake „Overgrown”
4. Baths „Obsidian”
5. Machinedrum „Vapor City”
6. Oszibarack „12”
7. Deafheaven „Sunbather”
8. FKA Twigs „EP2”
9. The Field „Cupid’s Head”
10. Rudimental „Home”
Patrick.the PanPatrick The Pan – czyli Piotr Madej z Krakowa. Jego „Something of an End” było jednym z lepszych rodzimych albumów wpisujących się w szeroko pojętą muzykę alternatywną.
Chciałbym powiedzieć, że ten rok był muzycznie rokiem wzwodów. Niestety –  był to rok zawodów. Jednym tchem mógłbym wymienić kto mi w tym roku pokazał figę z makiem (z miejsca nie pozdrawiam m.in. Tindersticks, Trentemoller’a, Shearwater, Connan’a Mockasin’a, Volcano Choir czy Youth Lagoon) podczas gdy wyliczenie tych pamiętliwych wydawnictw wymaga już większej ilości tchnień. Najlepsze płyty to te, do których się po jakimś czasie wraca. Ja wracałem do tych:

Świat (kolejność przypadkowa)

1. These New Puritans – Fields of Reed
Ktoś gdzieś trafnie napisał, że tak by brzmiało nowe Radiohead, gdyby Yorke nie poszedł w elektronikę.  Specyficzną dla radiogłowych tendencję do kombinowania w kompozycji (szczególnie z okresu Kid A) TNP biorą tu na wyższy level i z mrokiem we tle, demonstrują jak zespół grający kiedyś post-punk odnajduje się na płaszczyźnie zahaczającej mocno o muzykę poważną. Wielu z dużym grymasem nazwało to przerostem formy nad treścią lub przekombinowaniem ja z czystym sumieniem nazywam to najpiękniejszym chaosem jaki w tym roku usłyszałem.

2. Justin Timberlake – 20/20 Experience CD.1
Płyta – hymn moich wszystkich wyjazdów na koncerty i pierwsza myśl gdy w stanie spożycia dobieram się na imprezach do YouTube’a.  Pamiętam, gdy trzy lata temu na Facebooku była moda na grupy o śmiesznych lecz stosunkowo trafnych w opisywaniu życia  nazwach . Jedną z nich była grupa: ”przech*j jako uniwersalne słowo określające czyjś geniusz”. I właśnie to słowo pcha mi się pod wąs gdy myślę o Justinie – Księżnej Dianie światowego show biznesu – zasłużenie kolekcjonującym uznanie na wszelkich płaszczyznach sztuki, na których by się nie pojawił. Teraz,  po 7 latach nieobecności na rynku muzycznym mógłby nagrać cokolwiek – ludzie i tak by to pokochali.  Więc co zrobił?  Stanął na głowie i nagrał płytę tak kapitalną pod każdym względem, że czapki z głów ściągają wszyscy – od jazzowych muzyków z którymi koncertuję po niezależnych artystów folkowych. 20/20 z niemałą odwagą wykracza poza pop z którym do tej pory Justina wszyscy utożsamialiśmy, pstrykając tym samym w nos wszystkim szefom stacji radiowych z całego świata, którzy zapewne mocno skonfundowani drapali się  głowach zastawiając się, jakby tu popieścić czas antenowy, żeby zmieścić w nim 8 minutowy singiel artysty, którego nie mogą nie puścić. Nie znoszę przekleństw w publicznych wypowiedziach, ale muszę to powiedzieć – przechuj.

3. Wreckmeister Harmonies – You’ve Always Ment so much to me
Po prostu się połóżcie i przeżyjcie tę opowieść.

4. Julianna Barwick – Nepenthe
Julianna robi to ustami. Tylko ustami i robi  to jak nikt inny. Pamiętam, że niejeden magiczny wieczór  z nią spędziłem po tym jak ukazał się jej debiutancki album „ The Magic Place” w 2011. Teraz Julianna wraca i choć dalej jej specjalizacją są popisy oralne, to na nową płytę wzięła ze sobą jeszcze parę innych zabawek – subtelne pianino, organy, smyczki. Efekt finalny jest powalający  – to najśliczniejsze mgiełki jakie słyszałem od czasów „Riceboy Sleeps” czy „Effective Disconnect” Briana McBride’a.

5. Darkside – Psychic

Mimo bardzo tolerancyjnych czasów, dziwnie patrzymy gdy widzimy starszego, siwego pana idącego za rączkę z młodą, atrakcyjną, dziewczyną, która ewidentnie nie jest jego wnuczką. „Na pewno leci na jego portfel”. A co jeśli  jedno na dziesięć takich zejść to prawdziwa miłość, bez grosza wyzysku i materializmu w tle? Co jeśli dziewczę to tak umie podejść do sprawy, że dziadzia przeżywa drugą młodość? Co jeśli dziewczyna znakomicie odnajduje się w jego zakurzonym, niemal jeszcze czarno-białym świecie i ma z tego nie lada przyjemność? Co jeśli są tak znakomicie dobrani, zgrani i zżyci, że osobom trzecim nie przeszkadza różnica pokoleń? Piękne to. A teraz w tej opowieści w miejsce starszego pana podłóżcie gitary a’la Knopfler / Gilmour a w miejsce dziewczyny  nowoczesną minimalistyczną elektronikę o mrocznym klimacie. Ja jestem zakochany w tej miłości.

Polska

1. Hokei – Don’t Go – najciekawszy z miliona projektów(zasłużenie) modnego Kuby Ziółka. Brudno, matematycznie, świetnie. I te dwie perkusje tak strasznie „mi robią”. Ahh…

2. Zalef – Zelig – dojrzała demonstracja eklektyzmu z przytupem w tle i z wyczuwalnym  za szybką i myszką Marcinem Borcem, który celująco zadbał o odpowiednie naostrzenie tej produkcji. Podwójna piątka dla Krzysia też za to, że definitywnie dołącza do grona artystów, których z czystym sumieniem można wymieniać jako tych, którzy po polsku śpiewać umieją.

3. Inqubator – The Spin EP – To tylko epka, jednak daje do myślenia i budzi niemałe nadzieje. Śmiem twierdzić, że nie Fismoll, nie Kari czy inne Bokki a Inqbator będzie (jak nagra całą płytę) najlepszym polskim szmuglerem zimnej, islandzko-skandynawskiej melancholii.

Stefan Nowakowski – założyciel i basista grupy Jazzpospolita oraz kontrabasista w zespole Niechęć.

Marcin Ciupidro – TALKING TREE

Solowy album wibrafonisty z Wrocławia, kiedyś grającego w cenionym przeze mnie Robotobiboku.  Ciekawa muzyka, transowa, trochę psychodeliczna, przy tym raczej łagodna i kojąca, zwłaszcza barwami wibrafonu i marimby. Dużo nakładających się, nieparzystych, połamanych metrów i wpadających w ucho melodii. Polecam wielbicielom Steve’a Reicha i Tortoise, do których sam się zaliczam. Wychodzi na to, że to moja ulubiona polska płyta z 2013. Z podobnych rzeczy Stara Rzeka też mi się podoba, ale aż tak mnie nie wciągnęła.

Bombino – NOMAD

Pod nazwą Bombino kryje się tuareg Omara Moctar, a płyta została wyprodukowana (co od razu słychać) przez Dana Auerbacha. Teoretycznie połączenie world music z rockiem z Ohio może budzić skojarzenia cokolwiek przyczerstwe, ale ja na szczęście włączyłem ją bez żadnej wiedzy kto gra. Granie naprawdę oryginalne, inne.

 The Necks – OPEN

Właściwie to znajdują się wśród moich zeszłorocznych faworytów bardziej za wspaniały, hipnotyzujący koncert.  Płyta bardzo dobra, ale nie oddaje magii występu na żywo. Jest taki polski film z lat siedemdziesiątych ,,Ostatnie takie trio” o kapeli weselnej grającej po wsiach. The Necks na wesele raczej nie koniecznie (choć ja na swoim chętnie bym ich posłuchał), ale tytuł filmu pasuje jak ulał: nie wiem, czy ktoś dzisiaj ma pomysł na tak nietypowe, nie dające się nazwać granie. Trans, jazz, ambient, szmery, hałas, cudowna komunikacja i odlot, nawet bez używek. Dla fanów nietypowego jazzu pozycja obowiązkowa.

Nick Cave & The Bad Seeds – LIVE FROM KCRW

Wspaniały koncert. W tym roku dzięki mojej żonie wróciłem nieco do słuchania gitarowego grania (patrz poniżej), a ten album bardzo mi się spodobał. Miejscami jest brudnawo, skrzypce i wokal trochę nie stroją, ale to tylko dodaje uroku, zwłaszcza, że to przecież nagranie z koncertu. Wspaniała energia z tego płynie, wciąga. Ponoć świetny występ na zeszłorocznym Open’erze – wypada mi żałować, że nie widziałem.

 Queens of the Stone Age – „… LIKE CLOCKWORK”

Czad! Przyznać mi trzeba, że nigdy się nimi specjalnie nie interesowałem, ale ten album bardzo mi podchodzi. Przeczytałem gdzieś ostatnio, że taki Josh Homme czy Jack White nie trafiają ze swoją muzyką w dzisiejsze czasy i myślę, że jest w tym trochę prawdy, że formuła typowo rock’n’rollowa jednak się mocno zużyła. Queens of the Stone Age dają nadzieję, że to, co najlepsze w hardrocku (ok, to się „stoner” nazywa) nie skończyło się w latach siedemdziesiątych.

niechęćMichał Kaczorek – perkusista w grupie Niechęć.

Rok 2013 był dla mnie bardzo udany, a to za sprawą między innymi tego, że podczas niego słuchałem najczęściej takich oto płyt, które i Wam do posłuchania polecam:
 
Toe – The Book About My Idle Plot On a Vague Anxiety
Mouse On the Keys – An Anxious Object
The Shaolin Afronauts – Quest Under Capricorn
Patrick Watson – Adventures in Your Own Backyard
The Necks – Sex
Efterklang – Piramida
Laura Veirs – Warp & Weft
Bon Iver – Bon Iver
Nostalgia 77 Octet – Weapons of Jazz Destruction
John Boutte – Treme
Yo La Tengo – Fade
Alice Coltrane – Ptah The El Daoud
Tonbruket – Dig It to the End