Zapowiedź: Divines – So love remains

Martijn MendelW najbliższą środę (2 lipca) nakładem wytwórni Osterdam Records ukaże się najnowsze EP grupy Divines zatytułowane „So love remains„. Drugie w dyskografii warszawskiego zespołu wydawnictwo jest promowany singlem „LUV„, które możecie przesłuchać poniżej.

Divines rozpoczęło działalność w 2013 roku w Warszawie. Nazwa zespołu to hołd złożony amerykańskiego performerowi/erce Divine, którego/której bezczelność stanowi niekończące się źródło inspiracji dla działań duetu. W ich muzyce pobrzmiewają zarówno echa skandynawskiej elektroniki jak również eksperymentalnego amerykańskiego rapu. Znani z podważania społecznych absurdów i charakterystycznego głosu wokalistki, porównywanego często do śpiewu sióstr CocoRosie. Twórcy kampanii społecznej ‘Warsaw, what you’ve done to me’, promującej także ich zeszłoroczny singiel. Jak sami mówią, inspirują ich filmy Watersa. Z zamiłowania – fanka przedwojennych musicali i wytrawny znawca second handowej oferty stolicy.

 http://www.facebook.com/divinesmuzik

http://www.youtube.com/divinesmuzik

https://soundcloud.com/divinesmuzik

http://divines.bandcamp.com

Ep-ka „So love remains” została objęta patronatem medialnym Paweuu Alternativ Blog

Todd Terje – It’s Album Time

todd terjePod nazwą Todd Terje urywa się 33-letni norweski dj i producent Terje Olsen. Słuchaczom dał się poznać jako wybitny muzyk dzięki EP-ce z 2012 roku zatytułowanej „It’s the Arps” oraz licznym remiksom. Jako producent pracował między innymi z  grupą Franz Ferdinand, Robbie Williamsem i Lindstrom’em. Za sprawą singla „Incspector Norse” oczekiwania wobec debiutanckiej płyty były spore. W tym roku doczekaliśmy się pierwszego krążka, a Pan Olsen nazwał go przewrotnie „It’s Album Time„.

Płyta ukazała się 8 kwietnia i już osiągnęła status „klasyka”. Słuchając „It’s Album Time” odnosi się wrażenie, że jest to lepsze „Random Access Memories„. Norweg również eksploruje w elektronice z przełomu lat 70 i 80, dodając elementy disco i słynnego skandynawskiego house’u. Myli się ten, kto myśli, że to płyta stricte taneczna. Oczywiście są parkietowe bangery w postaci latynoskiego „Svensk Sas” czy też podzielonego na dwie części „Swing Star„. Jednakże przez większość czasu mamy do czynienia z spokojniejszymi, synthowymi melodiami nasączonymi retromanią. Utwór „Leisure Suit Preben” swoim powolnym, acz stałym tempem wycisza słuchaczy i przygotowuje do podróży w czasie. „Preben Goes To Acapulco” rzuca nas w czasy świetności Giorgio Morodera natomiast „Strandbar” wprowadza nas w pewnego rodzaju trans.

Todd-Terje album timeKolejny w zestawie „Delorean Dynamite” oparty na elektryzujących synthach i fajnych wstawkach gitarowych przywołuje na myśl ostatnie dokonania takich zespołów jak Chromatics czy też Glass Candy. Następnie pojawia się jedyny na albumie utwór zawierający wokal  – gościnie występuje Bryan Ferry z Roxy Music. Mowa o coverze utworu Roberta Palmera „Johnny and Mary„, który w nowym wykonaniu jest chyba jeszcze piękniejszy. Końcówka płyty staje się bardziej taneczna a na samym końcu dostajemy wspomniane wcześniej „Inspector Norse„.

It’s Album Time” to świetna płyta zarówno na ciepłe, jak i deszczowe dni. Kompozycje na niej zawarte są dobrze wyprodukowane, jednak Todd Terje nie ustrzegł się przed błędami popełnionymi przez Daft Punk przy nagrywaniu RAM. Brakuje mi na tej płycie pewnej łączności między utworami a czasami wydaje się ona przekombinowana. Szczególnie gryzie się tutaj wstawienie w sam środek „Johnny and Mary” oraz następne „Alfonso Muskedunder„. Co nie zmienia faktu, że jest to krążek na wysokim poziomie i na pewno znajdzie się na wielu listch podsumowujących. W tym mojej. Ocena: 8/10.

Lily Allen – Sheezus

lily allen 2Przyznam się szczerze, że gdyby nie genialna nazwa to nie zainteresowałbym się najnowszym albumem Lily Allen. Przez ostatnie 5 lat Brytyjka zrobiła sobie przerwę na życie rodzinne, dlatego też zdążyłem o niej zapomnieć. Teraz jednak wraca z nową płytą o której  zrobiło się głośno za sprawą widocznego nawiązania do zeszłorocznego LP Kanye Westa „Yeezus„.

Po przesłuchaniu „Sheezusa” szybko odkryłem, że jest to wyłącznie tani chwyt marketingowy na który się złapałem. Materiał nagrany nijak koresponduje do płyty Westa. Oczywiście nie było dla mnie rozczarowaniem, że Lily nie nagrała albumu osadzonego w rytmach noise’owego hip-hopu tak jak zrobił to w tamtym roku wspominany raper. Jednakże liczyłem na znacznie ciekawsze i lepsze kompozycje. Jedynie otwierający całość „Sheezus” mnie porwał.  Lily Allen z pazurem śpiewa „Give me that crown, bitch /I wanna be Sheezus” a w tle słyszymy fajny beat od gościa, który tworzył podkłady dla Drake’a i Kendricka Lamara. Jest w tym moc.

lily_allen_sheezusDalsza część płyty nie jest zła, jednakże wychwytujemy zmianę realiów. Lily Allen nie jest już tą samą wokalistką, którą mogliśmy usłyszeć na „Alright, Still” oraz „It’s Not Me, It’s You„. Nie mamy już do czynienia z wulgarną uczennicą, która chciała dogryźć każdemu a z 29-letnią matką dwojga dzieci. Większość utworów to synth-owe ballady, które nie są złe, ale są niestety gorsze niż te chociażby z 2009 roku. Pojawiają się dobre momenty jak chociażby „URL Badman” z dubstepowymi wstawkami oraz gospelowe „Close Your Eyes„. Materiał jednak ten jest co najwyżej solidny i nie zachwyca nas na tyle by powrócić do niego po czasie. Brakuje także dobrych singli, gdyż „Hard Out Here”, które pomimo tego, że jest zabawne to niestety nie zapada w pamięci. Natomiast „Air Balloon” zwyczajnie nudzi.

Szkoda, że cała płyta nie brzmi jak opener „Sheezus„. Wtedy moglibyśmy mówić o zjawiskowym koncept albumie i wspaniałym powrocie Lily Allen. Prawda jest jednak taka, że płyta poza jedną piosenką nie porywa a jest wyłącznie solidną dawką popu o którym szybko się zapomina. Ocena: 5/10.