Young Fathers – Dead

Young-FathersPowstała w 2008 roku formacja Young Fathers idealnie się wkomponowała ze swoją muzyką w obecnie panujące trendy tak zwanych „czarnych rytmów”. Ich zeszłoroczne obie EP-ki „Tape One” oraz „Tape Two” nie były typowo hip-hopowymi wydawnictwami a raczej plasowały się gdzieś w okolicach muzyki spod znaku The Weeknd czy też ostatniego Drake’a. To samo można powiedzieć o tegorocznym, debiutanckim longplay’u „Dead„. Z tym, że wydaje się on jeszcze bardziej śpiewany aniżeli poprzednie EP-ki.

Jako, że członkowie zespołu to Szkoci to czuć na „Dead” sporo elementów wyspiarskiej muzyki. W otwierającym całość „No Way” słyszymy przecież szkockie dudy a w pozostałych utworach znajdziemy sporo elektroniki, popularnej w ostatnim czasie w brytyjskiej muzyce mainstreamowej. Na „Dead” brytyjski duch łączy się z elementami muzyki afrykańskiej, co nie dziwi gdy się spojrzy na prawdziwe (afrykańskie) pochodzenie członków Young Fathers. Oprócz chóralnych śpiewów i pełnego zakresu bębnów i bongosów mamy też inne egzotyczne instrumenty – końcówka „Just Another Bullet” to dobry przykład. Jednak to nie koniec bogatego wachlarzu inspiracji i dźwięków. Na płycie usłyszymy jeszcze trochę gospelu, trochę popu. Natomiast momenty stricte hip-hopowe przypominają ostatnie utwory Death Grips.

DEAD-520x220W odróżnieniu od zeszłorocznych EP-ek debiutancki LP jest znacznie bardziej szorstki, czarno-biały i surowy w brzmieniu. Chyba już można mówić o pierwszym efekcie „Yeezusa„. Fakt, że Young Fathers nagrywają rap eksperymentalny nie powinien dziwić, gdyż ich wszystkie krążki zostały wydane przez awangardowe Anticon Records. „Dead” to dobra, ciekawa i zróżnicowana pod względem brzmienia płyta. Nie ustrzegła się jednak pewnej wady, którą dostrzegłem również na „Tape One” oraz „Tape Two„. Otóż to co najlepsze zostało zaoferowane na początek, natomiast im bliżej końca tym więcej pojawia się nudy i przeciętności. Pomimo tego polecam zdecydowanie ten album. Jeżeli jesteście otwarci na nowe brzmienia i różnorodność kulturalną to sprawdźcie „Dead” przy najbliższej okazji (Najlepiej już w przyszłą środę w Katowicach podczas before’u Taurona). Ocena: 7/10.

Mogwai – Rave Tapes

mogwaiDo szkotów z Mogwai zawsze miałem słabość. Co jakiś czas wracam do legendarnego „Young Team” i nie gorszego wcale „Happy Songs For Happy People„. W szafie dalej gdzieś tam można znaleźć szpanerską koszulkę z Offa ’08 z napisami: MOG z przodu i WAI z tyłu. Dlatego też każde ich nowe wydawnictwo przesłuchuje, pomimo tego, że z ich poziomem bywa różnie.

Ostatnia płyta szkotów z 2011 roku: „Hardcore Will Never Die, But You Will” była całkiem niezła. Jednakże przytrafiały im się klopsy w stylu „The Hawk is Howling„. To dość trudna sprawa oceniać ich muzykę, gdy ma się w pamięci dwa pierwsze kapitalne albumy grupy. Każdy następny siłą rzeczy jest porównywany do nich, gdyż styl grupy wciąż bazuje na tych samych schematach. Każdy utwór Mogwai to rozciągnięty, instrumentalny post-rock z wstawkami głosów (lub nie) z ironiczną nazwą w stylu „I’M Jim Morrison, I’m Dead”. Nie inaczej jest na „Rave Tapes„. Jednakże o ile czasami czuć pewną świeżość, tak jak było to na LP z 2011 tak słuchając ich najnowszej płyty nie czuje jej wcale. Mam nie małe wrażenie, że wzięli na warsztat niektóre utwory z „Hardcore Will Never Die, But You Will„. Coś wycieli, coś zamienili, dali nowy tytuł i gotowe.

Mogwai_Rave_TapesNo i ten cały „Rave” w tytule. Można by się spodziewać, że wplątali w utwory więcej elektorniki. Może jakieś sample? Druga część nazwy płyty „Tapes” wskazywały by na jakieś elementy retro, może jakieś trzaski lub dźwięki przewijanej taśmy. Taki sympatyczny powrót do lat 90, kiedy nie było internetu a muzykę nagrywało się na kasety z radia. Niestety nie. Jest to po prostu zbiór piosenek jakie już zagrali. Jednak na koniec chciałbym powiedzieć coś dobrego, bo mam odczucie, że zaśmiecam internet recenzją nikomu nie potrzebnej płyty. Jest ona dobra. Mogwai trzyma poziom, jednak strasznie przy tym przynudza. Trochę szkoda czasu na słuchanie tego co już kiedyś było w momencie kiedy jest tyle dobrych, odkrywczych płyt dookoła. Ocena: 5/10.

Warpaint – Warpaint

warpaintMam nieodparte uczucie, że w 2014 roku nie przesłucham tylu kapitalnych krążków co w roku poprzednim. Jest to pewnego rodzaju odczucie, którego nie mogę oprzeć żadnym racjonalnym argumentem. Może tylko tym, że po dobrym okresie następuje gorszy i na odwrót. W tezę tą nie mogę też zbytnio wpisać drugiego albumu grupy Warpaint, który jest całkiem niezły.

Słuchając tej płyty mam przed oczami pewien film o wilkołakach – „Ginger Snaps„. Też zbytnio nie wiem czemu. Obraz ten przedstawia dwójkę sióstr, ich typowe dla nastolatek problemy oraz fakt, że jedna z nich (ta ładniejsza) stała się wilkołakiem. Możliwe, że porównanie to wzięło się z muzycznego pazura zawartego w niektórych piosenkach na płycie i chowającego się pod rokliwym kobiecym wokalem? Swoje zrobił pewnie też ponury nastrój towarzyszący „Warpaint„. Tak, ta płyta nie epatuje słońcem a księżycem. Wsłuchajcie się w taki „CC„, który wprowadza w pewnego rodzaju trans i dyskomfort. Dźwięki zawarte na pozostałych trackach przywołują mi przed oczy krajobrazy z wspominanego filmu: boisko szkolne okryte liśćmi, amerykańskie przedmieście, liche domy i szare podwórka.

Warpaint lpBy zgrabnie zakończyć kwestie wilkołaków i moich odczuć poruszę sprawy czysto techniczne. Najnowsza płyta od Warpaint jest mocno osadzona w latach 90. Psychodela romansuje tutaj z shoegaze dając w efekcie ciekawe połączenie obu nurtów. Główną rolę gra na całej płycie dźwięk basu, który buduje atmosferę. Swoje robią także wstawki gitar czy też klawiszy. Lirycznie poruszamy się w tematach miłości. Nie są to teksty wybitne, aczkolwiek mamy sporo metafor uczuć i elementów naturalizmu. Mi osobiście do gustu najbardziej przypadły dwa utwory. Pierwszy „Love is to Die” bardzo fajnie się zapowiada przez pierwsze sekundy, jednak gdzieś w okolicach refrenu gubi urok przez co dalej nie jest już tak efektowny. Drugi to „Disco/Very” z kapitalna perkusją, który przypomina mi najlepsze momenty z płyty „Myth Takes” od !!!.

Generalnie „Warpaint” nie jest płytą wybitną, wszystko już było na innych albumach. Jednakże krążek nadrabia klimatem i całkiem niezłymi kompozycjami. Dobra pozycja na zimowe chłodne i ciemne wieczory. Ocena: 6/10.