50 twarzy Sufjana

sufjan stevensBrandon Stosuy z serwisu Pitchfork, swoją recenzję najnowszego albumu Sufjana Stevensa zaczyna od zadania: „Sufjan Stevens’ new album, Carrie & Lowell, is his best„. I co oczywiste, autor ów wpisu ma prawo do takiego zdania. Ja, niestety nie mogę się z tym zgodzić. Najnowszy krążek Amerykanina o grecko-litewskich korzeniach jest bardzo dobry, aczkolwiek nie najlepszy. Swoją drogą ciężko mi stworzyć taki ranking płyt Pana Stevensa. Swego czasu wyskrobałem zestawienie jego dyskografii. I okazało się wtedy, że jest to artysta nietuzinkowy, a każde jego wydawnictwo jest inne.

No bo jak porównywać „Carrie & Lowell” do elektronicznego, tanecznego „The Age of Adz”, epickiego „Illinois” czy też religijnego „Seven Swans”? Nie da się. Sufjan Stevens to artysta wielowymiarowy, którego każdy krążek w kolekcji jest inny. To samo tyczy się „Carrie & Lowell„. Niby słychać, że to stary, dobry Sufjan. Jednak nigdy wcześniej autor „Illinois” w swojej twórczości nie był tak dosadny. Przykłady? O tym poniżej.

carrie lowellW otwierającym całość „Death With Dignity” rzuca, wiele mówiące zdanie „I forgive you, mother, I can hear you„. Nieżyjąca już matka Sufjana, odeszła od rodziny, gdy ten miał roczek. Mimo urazy jaka pozostała w sercu artysty, postanawia jej przebaczyć. W „Eugene” wspomina, że nadużywał alkoholu po jej śmierci a w „No Shade in the Shadow of the Cross” przyznaje się do innych destruktywnych zachowań (pijacki seks, hazard, narkotyki). Co więcej Sufjan przeklina!

Śmierć matki Sufjana Stevensa mocno odbiła się na nim samym. Uczucia te natomiast przełożyły się na cały album. Czuć w nim smutek po stracie rodzicielki i pewnego rodzaju złość. Czuć samotność, strach, zwątpienie i przerażenie. W „Fourth of July” rzuca zdanie „We’re all gonna die„, które można rozpatrywać dwojako. Z jednej strony jako pocieszenie, z drugiej jako zwątpienie w sens życia. Natomiast w „Drawn To The Blood” zadaje pytanie retoryczne: „How? How did this happen?„. Najwięcej jednak emocji jest w „John My Beloved„, w którym artysta śpiewa: „I am a man with a heart that offends / With its lonely and greedy demands„.

Pijacki seks, hazard i narkotyki? Nadal nie wierzę.

Pijacki seks, hazard i narkotyki? Nadal nie wierzę.

Pod względem melodyjnym, płyta zaskakuje ładnymi aranżacjami. Ostatnie albumy artysty przyzwyczaiły mnie do bogatego brzmienia. Tutaj możecie zapomnieć o rozmachu i licznych instrumentach. Płyta jest akustyczna, głównie słyszymy gitarę i śpiewającego Sufjana. Czasami pojawiają się klawisze, jednak nie ma tego dużo. Do moich faworytów należą: „Should Have Known Better” oraz „Fourth of July„.

Początkowo „Carrie & Lowell” nie zachwyciło mnie. Jednak jak w przypadku wszystkich płyt Sufjana Stevensa, wartość tego wydawnictwa doceniłem dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu. Przy pierwszym kontakcie z krążkiem, wszystkie piosenki zlewały się w całość, co stanowi główną bolączkę płyty. Jednak jeżeli poświęcimy jej wystarczająco dużo czasu, odkryjemy skarb. Ocena: 8/10.

Jeśli to czytasz, jest już za późno

drake3Ale to nie Twoja wina, a moja. Czuje, że za późno biorę się za recenzowanie nowej płyty Drake’a. No bo co powiedzieć o „If You’re Reading This, It’s Too Late” jak już chyba wszystko powiedziano? W dodatku wydarzyło się w międzyczasie tak wiele. Dowiedzieliśmy się między innymi tego, że kanadyjski emo raper wystąpi na tegorocznym Openerze. Na którym mnie nie będzie. Poza tym Drake całował się z Madonną, a raczej Madonna całowała jego. Świat także usłyszał o jego nieślubnym dziecku. Podobno także to z jego powodu rozpadło się One Direction. Pomimo tego, samolubna chęć dodania czegoś własnego na temat tegorocznego wydawnictwa Drake’a jest silniejsza ode mnie samego.

Zacznę od tego, że odkrycie geniuszu „If You’re Reading This, It’s Too Late” zajęło mi więcej niż jednego odsłuchu. Płyta zlewała się w jedną papkę, z której nie wynosiłem nic. Jednak, gdy poświęciłem jej więcej czasu i uwagi odkryłem, że raper po raz kolejny udowodnił, że jest fenomenem. W otwierającym całość „Legend” Kanadyjczyk z dumą oświadcza: „jeśli umrę, jestem legendą”. I trudno się z tym nie zgodzić, bo pomimo młodego wieku, Drake jest już artystą wielkiego formatu. A co najważniejsze, jego muzyka nie straciła ani trochę na wartości (czyt. nie sprzedał się).

ifyoureadthisdrakeJednak już w następnym utworze odkrywa ciemną stronę sukcesu. W „Energy” żali się: „I got enemies, got a lot of enemies / Got a lot of people tryna drain me of my energy”. W tle natomiast usłyszymy kapitalny beat, używający sampla utworu „Knowledge Me” grupy Oryginal Concept. Przestajemy mu współczuć przy „10 Bands”, gdzie opowiada o pieniądzach i luksusach. Kolejny w zestawieniu „Know Yourself” a także „No Tellin’” to najmocniejsze momenty płyty. Mroczne beaty łącząy się z kapitalnym flow Kanadyjczyka. W „Madonnie” odnajdziemy sporo intymnych, seksualnych sformułowań. Jednakże ze względu na tytuł oraz wspomniane wcześniej wydarzenie z Coachelli, nie mam zamiaru zagłębiać się w ten kawałek.

Tak na prawdę, to nie jest smutna płyta.

Tak naprawdę, to nie jest smutna płyta.

Świetnie słucha się „Star67”, gdzie dużą robotę robią wstawki gitary basowej. Kolejne „Preach” stworzył protegowany Drake’a, nijaki PARTYNEXTDOOR. Zdominował on ten utwór. Niemniej wers Pana Grahama nie jest wcale gorszy. Przy „Wednesday Night Interlude” raper zwalnia tempo, jednak już w „6 Man” znowu wraca do agresywnego tonu i rzuca słowa: „I’m on it, I’m like Macgyver, I’m Michael Myers”. Bardzo przypadł mi do gustu utwór „Now & Forever”, gdzie melodyjny podkład przypomina twórczość Purity Ring. Dobrą robotę wykonał również Dizzy w zadedykowanym swojej matce utworze „You & 6”. Całość natomiast kończy bonusowe „6PM in New York”.

If You’re Reading This, It’s Too Late” z wszędobylską szóstką to bardzo dobry materiał. Pomijając fakt, że to mixtape to chciałbym by Drake dalej robił swoim fanom tak miłe niespodzianki. Dizzy to zapracowany gość, i co chwile wrzuca do sieci nowe utwory. Warto zaznaczyć, że pomimo dużej ilości nie tracą one na jakości. Tak samo jest na tym krążku. Mimo tego, że jest tu sporo piosenek to żadnej nie można nazwać zapełniaczem. Czasami mam wrażenie, że jest to zbiór całkowicie przypadkowy – to znaczy nie tworzy spójnej twórczości. I to chyba jedyny mankament, który mogę zarzucić temu albumowi. Poza tym przybijam piątkę Aubrey’owi i czekam na „Views from the 6„. który ponoć ma się pojawić jeszcze w tym roku.

Ocena: 8/10.

Czy warto było czekać 8 lat na nowy album Modest Mouse?

modest-mouse1Starając się odpowiedzieć na powyższe pytanie, przeanalizuję najnowszy album grupy Modest Mouse. Amerykanie z Issaquah w stanie Waszyngton to żywa legenda indie rocka, którą stali się za sprawą dwóch płyt. Mowa o The Lonesome Crowded West z 1997 roku oraz The Moon & Antarctica, którego premiera odbyła się w roku Mistrzostw Europy rozgrywanych na stadionach w Holandii i Belgii. Świetne kompozycje, zadziorność, ciekawe teksty, własny styl oraz brak parcia na szkło sprawiły, że do dziś te dwa krążki uchodzą za perfekcyjne. Kolejne dwa longplaye Good News for People Who Love Bad News i We Were Dead Before the Ship Even Sank przyniosły niespodziewanie zespołowi sukces komercyjny. Potem nastała cisza.

8 lat to sporo. Oczekiwania wobec nowej płyty Modest Mouse były dość spore, aczkolwiek w moim przypadku liczyłem się z tym, że nie nawiążą do swojego kulminacyjnego okresu z lat 1997-2000. No i niestety „Strangers To Ourselves” jest mały rozczarowaniem. Co nie oznacza, że to płyta zła. Jest dobra, a gdy popatrzy się przez pryzmat dokonań innych indie rockowych bandów to można powiedzieć, że jest bardzo dobra. Jednak problem polega na tym, że od takich zespołów jak Modest Mouse zawsze wymaga się więcej.

Strangers To OurselvesZacznijmy od tego, że materiał na „Strangers To Ourselves” jest mocno nierówny. Z jednej strony usłyszymy przebojowe „Lampshades on Fire„, osobiste „Ansel” w którym wokalista Isaac Brock opowiada o śmierci brata czy też piękne, akustyczne „Coyotes„. Z drugiej jednak strony mamy „Pistol„, które pasuje do reszty jak pięść do nosa oraz cyrkowe „Sugar Boats„. Druga sprawa to zmiękczenie brzmienia. Brakuje mi na tej płycie wyszarpanych, szorstkich, surowych gitarowych riffów, efektownej perkusji i ogólnie tego dzikiego klimatu znanego chociażby z takich utworów jak „Trailer Trash” czy też „Doin’ the Cockroach„. Modest Mouse stracili pazur, jednak nie stracili swojego, wypracowanego stylu.

Takie kompozycje jak „Pups to Dust” oraz „The Tortoise and the Tourist” to kawał dobrej muzyki, której słuchałem z przyjemnością. Ogólnie całej płyty słucha się dobrze. Jest to muzyka letnia, przyjemna i wpadająca w ucho. Isaac Brock wraz z kolegami wciąż potrafi tworzyć zgrabne kompozycje. Lirycznie jest ok, Brock po raz kolejny używa specyficznych sformułowań, które dobrze komponują się z tłem muzycznym. Jednak gdy płyta się kończy, kończą się również emocje. Nie zostaje ona z nami dłużej i myślę, że w perspektywie czasu mało kto będzie pamiętał o tym wydawnictwie.

A więc warto było czekać? No cóż, ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Jeżeli ktoś liczył na powtórkę z The Moon & Antarctica to z całą pewnością będzie zawiedziony. Jednak jeżeli oczekujesz niezobowiązującej, przyjemnej w odbiorze płyty zespołu o znanej nazwie to jest to album dla Ciebie! „Strangers To Ourselves” to dobry longplay, ale nie rewelacyjny. Mimo to warto samemu posłuchać, sprawdzić i wyrobić własną opinię. Dla mnie jest co najwyżej nieźle. Ocena: 6/10.

Posłuchaj