Amrou Kithkin – White Passage EP

amrou kitkihnNigdy nie byłem w Kielcach. Teraz nawet nie muszę tam jechać, bo reprezentanta Kielc będę miał na co dzień w TV. Tak, oczywiście mowa o naszym najnowszym nabytku do Sejmu – Panu Piotrowi Marcowi, znanemu szerzej jako Liroy. Nie wiem czy stolica województwa Świętokrzyskiego jest dumna z twórcy takich hitów jak: „Scyzoryk„, „J**** mi się chce” czy też „Scoobiedoo Ya„, jednak na tyle go popiera, że udało mu się dostać do elit rządzących. Oczywiście nie mam zamiaru rozwodzić się w tym wpisie nad Liroyem, ani polską polityką a po części kielecką grupą zwaną Amrou Kithkin.

Kielecko-Łódzka formacja jak najbardziej przynosi powody do dumy swoim rodzinnym miastom. Wszystko za sprawą debiutanckiej EP-ki „White Passage„, która pojawiła się w kwietniu tego roku. Materiał ten składa się z czterech, udanych kompozycji, które od pierwszego odsłuchu przykuły moją uwagę. I nie chodzi o to, że jest to jakiś nowy rozdział w muzyce z gatunku elektroniki. Bo nie oszukujmy się, chłopaki z centralnej Polski prochu nie wymyślili. Na tym wydawnictwie nie usłyszymy absolutnie niczego nowego. Jednak mają na tyle świeże podejście do tematu, że po czterech odsłuchach z rzędu nie znudzili mnie sobą. W dobie zalewu wszelakich indie bandów, jest to nie lada wyczyn, który pozwala mi przypuszczać, że jeszcze o nich usłyszymy.

Póki co sprawdźcie „White Passage” bo to jedna z lepszych tegorocznych EP-ek, która stoi na dość dobrym i solidnym poziomie. Otwierający całość „Suburban Destroyer” to energiczny i melodyjny kawałek oparty na zimnym, nowo falowym motywie przewodnim. Następny „A walk” to syntezatorowa podróż do lat 80, a trzeci w kolejności „Spike and Julia” to przyjemna dla ucha elektroniczna ballada. Całość natomiast kończy mglisty „Snowhag„. Oczywiście to na razie tylko EP-ka, i jak wspominałem wielokrotnie na krótkim materiale o wiele łatwiej zaciekawić słuchacza niż na pełnym albumie. Dlatego też na razie wystawiam mocną szóstkę i czekam na więcej. Potencjał jest, mam nadzieje, że na pełnym albumie panowie z Łodzi i Kielc udowodnią, że warto było na nich postawić. Ocena: 6/10.

Dzikie serce Miguela

Miguel's new album, Wildheart, comes out June 30.

Rzadko kiedy mam problem z rozpoczęciem recenzji muzycznej. Przeważnie przytaczam jakąś lekko związaną z tematem anegdotę, czasem uderzam mocną tezą, którą staram się bronić do końca wpisu, a czasem po prostu piszę recenzje bez przykuwającego oko lidu. Jednak z tą recenzją mam problem, bo zabieram się za nią już od dłuższego czasu. To znaczy czasu, kiedy zapoznałem się z trzecim LP Miguela. Początkowo miała się ona wpisać w serie letnich publikacji. W końcu to ciepła muzyka, na upalne dni? Później myślałem o wciśnięciu jej przy okazji ostatniego wpisu prezentującego muzykę na jesienne wieczory. Ostatecznie zabieram się za nią teraz. W dniu kiedy za oknem mróz a w głowie pustka. Jednak nie odpuszczam.

Miguel zaintrygował mnie już w 2012 roku. Kiedy przesłuchałem jego Kaleidoscope Dream”, byłem pod wielkim wrażeniem tego jak wciągające może być nowe r’n’b. Takie utwory jak „Gravity” czy „Don’t Look Back” zapętlałem jak maniak, a sam album umieściłem w swoim TOP10 roku. Minęły trzy lata a Amerykanin wrócił z nowym materiałem zatytułowanym „Wildheart„. Jakie były pierwsze wrażenia? Całkiem przyjemne. Ciepłe, melodyjne, przebojowe melodie idealnie wpisywały się w tegoroczne, upalne lato. Jednak im dłużej słuchałem tej płyty, to tym więcej rzeczy zaczęło mi przeszkadzać. Trochę za bardzo czuć na tym materiale Prince’a. I nie chodzi o to, że książe jest kiepski. Bo jest wspaniały! Uwielbiam go na równi mocno jak agent Fox Mulder. Chodzi o to, że sam Miguel Jontel Pimentel zapędza się niebezpiecznie w rejony zwane „I wanna be Prince”. Druga kwestia to teksty, które podczas lata nie przeszkadzały. Liczyła się wtedy muzyka, człowiek był myślami przy innych rzeczach. Jednak później, kiedy człowiek wrócił do rzeczywistości zaczął bardziej zwracać uwagę na pewne rzeczy.Miguel_wildheart_CD.0.0

Jednak to o czym wspominam wyżej jest tylko pewnego rodzaju niedociągnięciem. Generalnie sam album „Wildheart” to porządna rzecz, którą z czystym sercem polecam każdemu entuzjaście dobrej muzyki. Podoba mi się warstwa muzyczna, świetnie partie gitarowe oraz elementy muzyki elektronicznej (to zawsze na mnie działa, nie wiem czemu). Sam Miguel brzmi na płycie bardzo dobrze i czuć od niego zarówno polot jak i kreatywność wokalną.

Album zaczyna się ostro, gitarowo i chropowato. Jednak im dalej słuchamy „a beautiful exit” tym więcej melodyjności w nim odkrywamy. Kolejny „Deal” to użycie syntezatorów o których wspomniałem kilka linijek wyżej. Dla mnie zabieg ciekawy, acz oklepany. No, ale działa. W następnym „the valley” Miguel stara się kreować na boga miłości, z różnym skutkiem. „Coffee” to idealny wybór na singiel. Kawałek wciąga i jest fajną, dość lajtową propozycją na ciepłe wieczory. Jednym z lepszych utworów na płycie jest „NWA„, gdzie gościnie usłyszymy rapsy Kurupta. W szczególności zachwyca tutaj prosty, ubogi w zabiegi beat. Warto tutaj wspomnieć o „Waves„, który przyciąga naszą uwagę swoją tanecznością. „what’s normal anyway” jak i „leaves” udowadniają, że Amerykanin idealnie odnajduje się także w uroczych balladach.  Całość kończy epicki „face the sun„, gdzie gościnnie na gitarze gra Lenny Kravitz.

01_Miguel-gifBy nie kończyć recenzji cukierkowo, chciałem w tym miejscu dodać jeszcze info o kiepskich utworach na omawianym krążku. Jednak bo analizie tracklisty, stwierdzam, że takich nie ma. Oczywiście Miguel nie ustrzegł się błędów takich jak niepohamowany zapęd bycia drugim Princem, FATALNA okładka i momentami banalne teksty. Jednak jego „Wildheart” to dobry album, który zasłużenie zbiera dobre oceny. Taką też ma ode mnie. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Muzyka na jesienną chandrę

W ostatnim czasie wyszło wiele świetnych, kapitalnych, bardzo dobrych, średnich i słabych płyt. Szkoda byłoby nie wypowiedzieć się na temat niektórych. Zatem do dzieła!

wavves-cloud-nothingsWavves x Cloud Nothings – No Life For Me (2015). Generalnie nie przepadam za wszelkiego rodzaju superbandami. To zawsze się kończy przerostem formy nad treścią, co skutecznie udowadnia chociażby Bono biorący udział w tego typu przedsięwzięciach. Jednak gdy usłyszałem, że Nathan Williams planuje nagrać coś z chłopakami z Cleavland to się lekko podjarałem. „No Life For Me” to krótki, bo około 20 minutowy materiał, który jest K-A-P-I-T-A-L-N-Y!!! Obaj liderzy, obu kapel są w ostatnim czasie w formie, co słychać na tej EP-ce. Świetne, chwytliwe melodie łączą się tutaj z zadziornymi gitarowymi riffami. Kto by się spodziewał, że przepite łajzy z Kalifornii tak idealnie dopasują się do studencików z drugiej strony Stanów. Podobno przeciwieństwa się przyciągają – to słychać na tym albumie. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

grooms cover combGrooms – Comb the Feelings Through Your Hair (2015). Kwintet z Brooklynu dzięki swojemu najnowszemu dziełu, wspomógł moją wiarę w muzykę gitarową. Cieszę się niezmiernie, że są takie zespoły jak Grooms, które potrafią jeszcze wykrzesać coś ciekawego z szeroko pojmowanego indie rocka. Nuda, przewidywalność czy też schematyczność? Nie na tym wydawnictwie. Wszystko tutaj jest odpowiednio wyważone. Czas trwania – jedna połowa piłkarskiego meczu. Poza tym przy takim materiale wydaje się to ledwie 25 minut. Melodie są nieco zimowe, depresyjne, ale zarazem wciągające i ciekawe. Nowojorski band nie odgrywa po raz kolejny tych samych dźwięków, które kiedyś słyszeliśmy. Kombinuje i stara się dodać coś od siebie. Nie ma mowy tutaj o graniu na jedno kopyto, muzycy z Grooms znaleźli swój styl, który może nie jest odkrywczy, ale ma w sobie to „coś”. A w muzycy chyba o to chodzi?  Szkoda tylko, że ta płyta przeszła bez większego echa. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

dr dre compton 2015Dr. Dre – Compton (2015). Gdy sięgałem po najnowszy album od Dre, zastanawiałem się co może jeszcze ciekawego opowiedzieć 50-letni gość. Otóż całkiem sporo. Wiele zachwytów można usłyszeć w ostatnim czasie na temat filmu „Staight Outta Compton” – czyli biografii najniebezpieczniejszej grupy hip-hopowej. Dr. Dre postanowił wrócić do tematu i opowiedzieć pewne historie dotyczące jego miasta. W końcu jak jest popyt to musi być i podaż. Pomimo, że były członek NWA nigdy nie słynną z dobrej nawijki to na „Compton” daje radę. Dobór gości jest idealny. Usłyszymy sporo nieznanych szerzej nazwisk, pojawiają się raperzy na topie (Kendrick Lamar!) jak i starzy wyjadacze (Eminem, Snoop Dogg, Xzibit). Najmocniejszym jednak punktem albumu są podkłady. Dre jako producent wciąż ma ucho do dobrych beatów w stylu starej szkoły. „Compton” to kawał dobrego hip-hopu, który udowadnia, że jego legendarny twórca wciąż jest w tej grze. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

TameImpala-Currents-560x560-560x560Tame Impala – Currents (2015). Najnowszym album Australijczyków różni się od tego co zaprezentowali 3 lata temu na „Lonerism„. Przede wszystkim więcej tutaj indie-popu wymieszanego z elektroniką od psychodelicznego rocka lat 60. Oczywiście to nie oznacza, że „Currents” to gorsze dziecko Tame Impala. To wciąż kapitalna muzyka, której chce się słuchać. Wiele bym dał, by współczesne młode zespoły tak podchodziły do indie rocka. Przyznaje jednak, że tamto wydanie ich muzyki było bardziej intrygujące… Jednakże patrząc na sprawę z drugiej  strony, należy docenić fakt, że nie siedli na laurach i nagrali coś w innym stylu. I to całkiem dobrze! Jeden z lepszych tegorocznych albumów w kategorii indie z domieszką elektroniki. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

taco umowa o dzieloTaco Hemingway – Umowa o dzieło (2015). Temat wszelkich umów o dzieło jest mi dobrze znany. Chyba każdy z moich rówieśników w podobny sposób zaczynał dorosłe życie. Stąd chyba ten cały sukces Pana Taco. „Umowa o dzieło” stała się pewnym głosem pokolenia urodzonego na przełomie lat 80 i 90, określanego mianem pokolenia Z. Tematy poruszane przez rapera są obrazem życia przeciętnego, młodego polaka. Emigracja, słaba praca na zlecenie, imprezy, brak zainteresowania polityką, facebook, błonnik, alkohol – te i inne wątki przewijają się w ciekawych historiach, które snuje Taco. A to wszystko na tle dobrych, suchych beatach. Jedyna rzecz zasługująca na minus to flow rapera. Jednak przy takich podkładach, i takich życiowych tekstach czy to ważne? Ocena: 7/10.

Posłuchaj