Patronat: Faiver – Jak Jest (singiel)

Okazuje się, że nie tylko Mariusz Max Kolonko mówi jak jest. Robi to także warszawski raper Faiver w swoim najnowszym singlu „Jak Jest„.  Polska blogosfera zdążyła już go określić kombinacją Beastie Boys i Beck’a. Sam artysta określa się sformułowaniem „Antyrap”. Zachęcam do obejrzenia teledysku, który znajdziecie poniżej. Trzeba przyznać, że utwór „Jak Jest” zaostrza apetyt przed debiutanckim krążkiem Faivera.

Info o artyście znajdziecie tutaj:

http://www.faiver.pl/

https://www.facebook.com/faiversolo

 

Mały kącik literacki

W historii bloga zdarzały się wpisy z kilkoma recenzjami płyt czy też filmów. Standard. Kilka pieczeni na jednym ogniu, a sumienie spokojniejsze bo nie zapominałem wspomnieć o fajnym obrazie czy longplayu. Czas na kolejny krok. Tym razem napomnę o książkach, które udało mi się przeczytać w ostatnim czasie. Każda z innej wioski. Możliwe, że coś was zainteresuje. Mi się podobały.

barlows-crate-salems-lotStephen King – Salem’s Lot / Miasteczko Salem (1975). O Kingu pisałem stosunkowo nie dawno w recenzji zbioru opowiadań „Nocna Zmiana„. Poza tym jest to tak znany autor, że chyba nie muszę przypominać jakie wiekopomne dzieła stworzył, prawda? Pomimo tego, większość z Was, jak i ja, kojarzy tego pisarza głównie z ekranizacjami filmowymi. „Miasteczko Salem” to jego druga powieść w dorobku. Doczekała się ona dwóch świetnych ekranizacji, pierwszej z 1979 roku (pisałem o niej TU) w reżyserii Tobe’a Hoopera oraz drugiej z 2004 roku, autorstwa Mikaela Salomona. Jednakże, pomijając fakt, że wspomniane obrazy to kawał dobrego kina, to nic nie może się równać z pierwowzorem tej historii.

„Miasteczko wiedziało wszystko o ciemności”

Miasteczko Salem” opowiada historię pisarza Bena Mearsa, który wraca po latach do miejsca swojej młodości – miasta Jerusalem. Zamierza on stworzyć książkę poświęconą domu Martensów – wokół, którego krąży wiele miejscowych legend. Powrót pisarza zbiega się z przyjazdem tajemniczego duetu: Pana Barlowa i Richarda Strakera. Wspomniana dwójka wykupuje dom Martensów i otwiera sklep z antykami w centrum Salem. W tym czasie ginie dwóch chłopców. Mieszkańcy jeszcze nie wiedzą, jak duże zło odwiedziło ich „najbardziej przyjazne miasteczko”. Powoli zaczynają ginąć kolejni ludzie, a jedyną osobą, która wie o co w tym wszystkim chodzi jest Pan Mears.

„Miasto ma również swoje tajemnice i dobrze ich strzeże. O wielu z nich ludzie nie mają najmniejszego pojęcia”

Siła powieści Kinga tkwi w świecie przedstawionym. Autor w mistrzowski sposób zobrazował małe, amerykańskie miasteczko. Mamy tutaj licznych, zwykłych, zróżnicowanych bohaterów i ich zwykłe/niezwykłe historie. Oprócz głównego bohatera jakim jest Ben Mears, poznamy m.in. księdza Callahana z jego uzależnieniem od alkoholu, problemem wiary a także ciekawym spostrzeżeniami natury religijno-filozoficznej. Ponadto pojawi się: zdradzająca swego męża Bonnie Sawyer, młody doktor Cody, garbaty pracownik śmietniska Dud Rogers, pijaczyna Craig, patologiczna rodzina McDougallów, nauczyciel angielskiego Matt Burke, zdolny dzieciak Mark oraz wielu, wielu innych. Drugą ważną kwestią jest klimat i nastrój grozy. King prowadzi narracje w idealny sposób. Żadna postać nie jest bezpieczna, przez co i czytelnik czuje nieustanny niepokój. Ponadto obraz plagi wampirów został bardzo realistycznie przedstawiony. Całą historię i jej smutny koniec należy wiązać z wojną w Wietnamie, która przyczyniała się do upadku rodziny tak samo jak wysyp krwiopijców opisany w książce. Nie jest to może dzieło wybitne, jednak jako horror sprawdza się idealnie.

carlo ancelottiCarlo Ancelotti / Alessandro Alciato – Nienasycony Zwycięzca (2015). Carlo Ancelotti – trener wybitny. Jako piłkarz oraz piłkarski coach, na szczeblu piłki klubowej osiągnął wszystko. Dla mnie to postać wyjątkowa, gdyż to pod jego wodzą, mój ukochany AC Milan wygrał wszystko. Do tej pory z miłą chęcią wracam do 2003 roku, kiedy to w Manchesterze Milan pokonał Juventus Turyn w finale LM. W tym samym roku do gabloty z trofeami, dołączył Puchar Włoch. Rok później Scudetto. W 2007 kolejny piękny sen – dokonała się vendetta na Liverpoolu za przegrany wcześniej finał Champions League. Ojców sukcesu było kilku-kikanastu. Jednak to Ancelotti dyrygował drużyną mistrzów. I to jego spokój pomógł wygrać.

Ancelotti nie jest postacią kontrowersyjną. Także nie doszukamy się w jego autobiografii żadnych szokujących faktów. Poznamy za to wiele ciekawostek. Okazuje się, że słynny Carletto jest fanem zarówno piłki, jak i jedzenia. W jego autobiografii jest pełno porównań do jedzenia! Makaron kojarzy mu się totalnie ze wszystkim. Ponadto poznajemy go od tej zwykłej, ludzkiej strony. Oglądając mecz jego drużyny, nie wiemy co siedzi w jego głowie. Czytając tę książkę – tak.

„Jestem staroświecki, więc nawet dzisiaj wszystko piszę odręcznie, na papierze. Dotyczy to również notatek rozdawanych graczom. Wydaje mi się, że dzięki temu moja praca nabiera odrobinę bardziej ludzkiego charakteru. Przecież nikt nie pisze listów miłosnych na komputerze.”

Ancelotti przybliży nam swoją karierę piłkarską. Przytacza anegdoty z początku swojej kariery, gdy wraz z piłkarzami Romy musiał uciekać przed kibicami Lazio. Wspomina o kontuzjach, które nie pozwoliły mu pojechać na Mundial do Hiszpanii (Włosi zdobyli na nim złoto) a także o tym jak grało mu się u Sacchiego i Capello. Poznajemy także jego przygodę z ławką trenerską. Wspomina o ciężkich chwilach w Reggianie oraz Parmie, a także niemiłym powitaniu w Juventusie. Przywitał go napis „Świnia nie umie trenować”. Co najciekawsze Carlo nie obraził się na kiboli, że mu dokuczają. Wkurzył się, że obrażają zwierzę! Ja jako kibic Milanu, dzięki tej książce poznałem szczegóły z szatni Rossonerich. Dowiedziałem się dlaczego talent Yoanna Gourcuffa okazał się niewypałem oraz komu Ancelotti kibicował w 2007 roku. Książka kończy się w momencie podpisywania umowy z PSG, dlatego też nie dowiemy się niczego na temat jego przygody w Realu Madryt. Dzięki Alciato ów autobiografię czyta się szybko i przyjemnie. Polecam fanom wszelkiej maści futbolowych autobiografii.

myszy i ludzieJohn SteinbeckOf Mice And Men / Myszy i Ludzie (1937). Do tej pory historię tą znałem z filmu o tym samym tytule, w którym grał kapitalny John Malkovich. Postanowiłem sięgnąć po pierwowzór Steinbecka z 1937 roku. Lata 30, zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, Okres wielkiego kryzysu. Dwójka przyjaciół: George i Lennie, podróżuje od farmy do farmy w celu zarobkowym. Główni bohaterowi to dwie skrajnie różne osoby. George jest niski, inteligenty oraz wybuchowy. Lennie to natomiast ogromny chłop o umyśle dziecka. Jedyne co ich łączy to wspólne marzenie o kawałku własnej ziemi.  Trafiają oni do kolejnej farmy, gdzie ich zadaniem jest przerzucanie worków ze zbożem. Niestety na miejscu dochodzi do konfrontacji pomiędzy agresywnym synem gospodarza Curley’em a przestraszonym Lennie’m. Ogromny wpływ na losy bohaterów będzie miała żona Curleya, która w męskim świecie szuka swojego miejsca.

„-Z nami jest całkiem inaczej – powtórzył Lennie.

-A dlaczego? Bo… bo ja mam ciebie, a ty masz mnie.”

Głównym atutem tej książki jest sama historia. Przedstawia ona wspaniałą przyjaźń oraz dążenie do spełnienia marzeń. W tym przypadku mowa o „amerykańskim śnie”, którym jest własna, mała farma. Steinbeck idealnie pokazuje relacje pomiędzy Georgiem i Lennie’m. Pierwszy wścieka się na drugiego. Mówi o tym, że byłoby mu łatwiej samemu. Jednak nie potrafi opuścić Lenniego, umieszcza go w swoich planach na przyszłość. Ponadto poruszony jest wątek samotności i segregacji rasowej/płciowej. W ten kontekst wpisuje się szukająca towarzystwa żona Curleya oraz czarnoskóry stajenny Crooks. Autor ogranicza opisy do minimum skupiając się na dialogach i relacjach międzyludzkich. Czas i miejsce akcji to jeden weekend na terenie farmy i pobliskiej rzeki.

Myszy i Ludzie” to piękna i wzruszająca książka. Czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie. John Steinbeck jednoznacznie wskazał problemy trapiące Stany Zjednoczone w latach 30. Jednak jest to powieść uniwersalna ze względu na poruszaną kwestię przyjaźni i marzeń. To idealna lektura na przyjemny, letni wieczór.

Dlaczego nowy Detektyw mnie rozczarował?

3044889-poster-p-1-true-detective-season-2-970x545Jestem po seansie drugiego sezonu Detektywa. Jestem totalnie rozczarowany nową odsłoną produkcji HBO. Pierwsze oznaki goryczy pojawiły się już po 3 odcinkach. Akcja  toczyła się żółwim tempem, denerwował natłok bohaterów i pojawiła się tęsknota za filozoficznymi wywodami Rustina Cohle’a. Oczywiście nie liczyłem, że drugi sezon przebije historię śledztwa prowadzonego przez duet Matthew McConaughey – Woody Harrelson. Jednak spodziewałem się równie ciekawej historii, nie doczekałem się… A to dlaczego:

Za dużo głównych bohaterów. W pierwszym sezonie mieliśmy do czynienia z dwoma głównymi bohaterami. Tutaj mamy ich aż czterech. Pojawia się Ray Velcoro grany przez Collina Farrella – policjant z ciemną przeszłością i ojciec nieudacznik w jednym. Jego postać jest najciekawszą i zarazem najlepiej zagraną w całym serialu. Farrell tą rolą w końcu przekonał mnie, że jest spoko aktorem. Druga postać to gangster tracący wpływy w mieście Frank Semyon, w którego rolę wcielił się znany głównie z komedii Vince Vaughn. Była to chyba najbardziej sztywno zagrana postać w całym serialu. Ponadto pojawia się policjantka z jajami Ani Bezzerides (Rachel McAdams) oraz weteran wojenny, ukryty gej Paul Woodrugh (Taylor Kitsch). Niestety postacie był słabo napisane i tak na prawdę nie trzymałem za nikogo mocno kciuków. Obserwowałem jedynie to co robią na ekranie, nic więcej.

vinciNie ten klimat. W pierwszym sezonie mogliśmy podziwiać piękną, dziką i tajemniczą Luizjanę. Oczywiście industrialne oblicze Los Angeles też ma swój urok, ale to już nie było to…

Nudy. Akcja tego sezonu toczyła się żółwim tempem. Ponadto dość późno wyklarował się wątek, który miał być wątkiem przewodnim. W sumie, momentami myślałem, że takiego w tym sezonie nie ma. Dobijały również słabe i nic nie wnoszące dialogi. Ogólnie mocno przegadany był ten sezon. Poszczególne sceny wydawały się przypadkowe i nie wynikające jedna z drugiej. Miałem odczucie, że twórca serialu, Nic Pizzolatto nie miał zbytnio pomysłu na ten drugi sezon.

Brak zapadających w pamięć scen. W pierwszym sezonie było takich wiele, jak chociażby ta nakręcona jednym ujęciem. Z drugiego sezonu nie zapamiętamy żadnej.

TD.hangarI najważniejszy powód. Nowy Detektyw nie wciąga. Przy seansie pierwszego sezonu, nie mogłem się doczekać kolejnych odcinków. Byłem bardzo ciekawy dalszych wydarzeń detektywów Rusta i Cohle’a. Tutaj tak nie miałem. Po połowie sezonu zrobiłem sobie dość długą przerwę a powrót do kolejnych epizodów nie był dla mnie czymś szczególnym. Po prostu dokończyłem coś, co zacząłem wcześniej. Tak z poczucia obowiązku.

Na pocieszenie dodam, że drugi sezon nie jest też totalną klapą. Jest to całkiem niezłe widowisko, z kapitalnymi zdjęciami i świetną muzyką. Mimo wszystko warto zobaczyć ten serial. Jego główny problem to wysoko zawieszona poprzeczka przez pierwowzór. Pojawiły się ogromne oczekiwania, które niestety nie zostały spełnione. Szkoda.