Beyonce nagrywa ważną płytę, znowu

beyonceMój stosunek do Beyonce jest jak stosunek XVIII-wiecznego wieśniaka z przedmieść Paryża do operowej divy. Czuje się zdołowany i nieistotny. Oto przed nami stoi obraz kobiety XXI wieku, kobiety sukcesu. Przynajmniej tak kreowanej przez media. Były (za niedługo) prezydent Stanów Zjednoczonych to jej ziomek, mąż milioner albo miliarder, mniej rapuje, więcej kasuje a jej dzieci to pupilki całej Ameryki albo nawet Świata! I jak w tym odnajduje się taki Ja? Z kilkutysięcznej mieścinki gdzieś tam w Polsce….

Słucham Beyonce odkąd zadebiutowała, z albumu na album jest doskonalsza, a wszyscy głośno komentują jej płyty. Pomijając fakt, że czuje się przy rodzinie Jaya-Z jak plankton to muszę przyznać, że „Lemonade” słucha się wybornie! Podobno to najważniejsza jej płyta w całej dyskografii. Idąc dalej – najważniejszy krążek zeszłego roku. Nie dla mnie, bo jednak „Black Star” nie można przebić kapitalnymi podkładami i feministycznymi tekstami. Nie przy tak spektakularnym odejściu Bowiego.

Niemniej jednak to krążek prawie doskonały. Taki pop całym sobą kupuję. Po pierwsze muzyka! Podkłady są zróżnicowane, chwytliwe, piękne. Całość zaczyna się od niepozornego „Pray You Catch Me„. Na kolejnym „Hold Up” artystka się rozkręca. W „Don’t Hurt Yourself” Beyonce zanurza się w starym amerykańskim bluesie, a pomaga jej w tym odkurzony Jack White. Tutaj już słyszymy konkretną Beyonce, która z wyrzutem rzuca: „Who the fuck do you think I am? / You ain’t married to no average bitch boy„. To zdecydowanie lepsze teksty od cukierkowego popu, którym nas raczyła 10 lat temu.

lemonade-beyonceW następnym „Sorry” mamy całkiem przyjemną zabawę z elektroniką. „6 Inch” to kolejna udana kolaboracja na płycie. Mowa o będącym w różnej formie kolesiu z The Weekend. Tutaj zdecydowanie się dopasowali i stworzyli razem jeden z najbardziej pamiętnych tracków na płycie. „Daddy Lessons” to z kolei sentymentalny utwór, który doskonale by się odnalazł jako soundtrack w kinie drogi. „Love Drought” wyjątkowo przypadł mi do gustu ze względu na popis wokalny Pani Knowles oraz przyjemne tło muzyczne.

Kolejne dwa utwory spokojnie mogłyby rywalizować z balladami Adele. Wspomniane „Sandcastles” to urzekający utwór w którym Beyonce przy  dźwiękach fortepianu śpiewa o niespełnionej miłości i próbie zapomnienia: „What is it about you that I can’t erase, baby?„. Utwór ten zgrabnie przechodzi w następny „Forward„, który jest popisem  Jamesa Blake’a.

Na „Lemonade” nie zabrakło również Kendricka Lamara, którego możemy spotkać na prawie każdym istotnym albumie 2016 roku. Omawiane „Freedom” to powrót do klasyki rocka z lat 70. Lirycznie utwór opowiada o wolności, co można wywnioskować już po samym tytule. Natomiast zwrotka rapera za Compton to majstersztyk, jednak na solowych albumach brzmi bardziej przekonywająco.

Wydawać by się mogło, że po takim zestawie piosenek można by już zakończyć album. Nic z tych rzeczy. Przedostatni „All Night” to wciągający i wpadający w ucho pop, z wyjątkowo melodyjnym refrenem. Całość kończy „Formation„, który można określić eksperymentem w którym Beyonce próbuje rapować. Szczerze? Jak dla mnie tego utworu mogłoby nie być na płycie, o wiele lepszym zakończeniem byłoby „All Night„.

beyonce-gifPodsumowując „Lemonade” Beyonce to jeden z najlepszych albumów popowych (i ogólnie) zeszłego roku. Wpływają na to wyjątkowo dobre kompozycje, świetne teksty, będąca w formie wokalnej artystka i zdecydowanie dobrze dobrany zestaw występów gościnnych. Polecam! Ocena: 9/10.

Chance The Rapper nagrywa album życia

chance_the_rapper-offical-tumblrTak, to prawda. Chcance The Rapper jest w życiowej formie. Co prawda już wydany cztery lata temu „Acid Rap” stał na przyzwoitym poziomie, jednak dopiero „Coloring Book” okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Najnowszy mixtape rapera z Chicago porywa świetnymi podkładami. Beaty są urozmaicone, taneczne i energiczne. Wystarczy wsłuchać się w „No Problem” czy też „Angels” by to odkryć. Znajdziemy tutaj miejsce na gospel w „D.R.A.M. Sings Special” oraz „How Great„, lekką nutkę jazzu w „Blessings” czy też klasyczne r’n’b w „Finish Line/Drown„.

Szerokie inspiracje też są wyczuwalne na tym albumie. Przykładowo początek „Summer Friends” brzmi jak brakujący kawałek na wspomnianej niedawno przeze mnie najnowszej płycie  Bon Iver „22, A Million„. Swoją drogą to chyba najbardziej klimatyczny utwór na „Coloring Book„. Co więcej? Gitara i smyczki w końcówce „Same Drugs” przywołują mi na myśl pomarańczową twórczość Franka Oceana, natomiast mroczność „Mixtape” porównałbym do rapsów od Future. Poza tym śmiało można dopatrywać się tutaj inspiracji twórczości Kendricka Lamara oraz Kanye Westa, czyli czołówki tabeli ligowej.

coloring-bookDruga kwestia to zestaw gościnnych występów jakimi uraczył słuchaczy Chancelor Johnathan Bennett. Na płycie znajdziemy między innymi pretensjonalnego jak zwykle Kanye Westa, jarającego skręta Lil Wayne’a, Pana 2 Chainz, Future oraz Justina Biebera. Natomiast sam Chance też daje radę i rzuca dobrymi zwrotkami w stylu: „Bunch of tank top, nappy headed bike-stealing Chatham boys„. Generalnie „Coloring Book” to mocna sentymentalna rzecz. Chancelor wraca wspomnieniami do swojej 79 ulicy na, której dorastał. Wspomina swoje stare znajomości, jabłecznik swojej mamy, dom babci i rzuca na koniec „Shut UP! Start Dancing!„. Ja to kupuję.

Coloring Book” to zdecydowanie najlepsza rzecz jaka wyszła spod ręki Chance The Rappera. Płyta jest bardzo przyjemna w odbiorze, dobrze jej się słucha i nie jest naszpikowana tym gangsterskim gównem, którego czasami jest za dużo. Ile można słuchać o tych wszystkich zjaranych blantach, zaliczonych dziwkach i kilogramach złotych łańcuchów? Chancelor dokonał małego podsumowania swojego dotychczasowego życia i wyszło mu to jak najbardziej w porządku. Jeżeli poszukujecie czegoś w czarnych klimatach, zróżnicowanego, łączącego piosenki „radio friendly” z ciekawymi przemyśleniami to powinniście sięgnąć po kolorowanego Chance The Rappera! Nie pożałujecie. Ocena: 9/10.

Dobry Indie Rock zawsze w cenie

car-seat-headrest-2016-tourNajistotniejsze media dokonały już podsumowań całorocznych, a ja wciąż z dziennikarskiego obowiązku nadrabiam muzyczne zaległości. Rok 2016 nie był szczęśliwy dla muzyki. W globalnym znaczeniu należy przypomnieć muzyczne osobowości, które odeszły z tego świata: David Bowie, Prince, George Michael czy też Leonard Cohen. Natomiast w moim przypadku świadczy o tym ilość słuchanej muzyki. Prawie wcale nie poznawałem nowej muzyki, dlatego też recenzja takiego zespołu jak Car Seat Headrest to w jakimś stopniu rarytas.

Rok 2017 a ja wciąż słucham Indie Rocka, gatunku od którego zaczęło się u mnie obcowanie z muzyką na poważnie. Co prawda ilość przesłuchanych płyt z tego szerokiego kręgu gitarowego grania jest coraz to mniejsza, jednak zawsze znajdę jakąś perełkę. I taką właśnie jest najnowszy album grupy Car Seat Headrest „Teen of Denial„. Grupa z Leesburg w stanie Virginia istnieje już od 2010 roku i dała się poznać jako zespół niezwykle płodny w albumy. Niestety ilość nie szła w parze z jakością, dlatego też większość z słuchaczy usłyszała o nich dopiero w tym roku za sprawą „Teen of Denial„.

teen-denialTegoroczny krążek to zestaw niezwykle chwytliwych indie rockowych kawałków. Amerykanie grają bezpretensjonalnie, lekko i przyjemnie. Album zaczyna się dość niepozornie, nudnie nawet można by rzec. Jednak na wysokości 3 kawałka „Destroyed by Hippie Power” zespół odkrywa swoje prawdzie oblicze na tym krążku. Świetnie riffy z pazurem przypominają o co tak na prawdę chodzi w tego typu graniu. Dalej jest oczywiście niemniej ciekawie i porywająco. Mamy przecież psychodeliczne odjazdy niczym na najlepszych utworach Arcade Fire w „Just What I Needed/ Not Just What I Needed„, zimne gitarowe solówki przywołujące na myśl dokonania Interpolu w „Cosmic Hero” oraz beztroskę The Strokes w „Unforgiving Girl” a także kapitalne perkusyjne solówki w „Connects The Dots„.

Minusów raczej się nie dopatrzyłem. Przynajmniej nie takich by można sobie nimi zawracać głowę. Nie wiem czy album ten jest na tyle dobry by do niego wracać po 5, 10 latach. To jak zwykle pokaże czas Jest jednak na tyle wartościowy by uznać go za jeden z lepszych indie rockowych krążków minionego roku. Ocena: 8/10.

Posłuchaj