The Chainsmokers, Do Not Open!

Po długiej przerwie powróciłem do starego, dobrego Spotify. Miałem ogromną chęć posłuchać czegoś nowego, indie-rockowego, nie związanego z Kendrickiem Lamarem. Sprawdziłem The Chainsmokers. Nazwa ta ciągle się gdzieś przewijała, więc czemu nie posłuchać zajawki obecnych gimbusów i licealistów. Z wielką dozą ciekawości i podjarania odpaliłem album „Memories… Do Not Open„. I wiecie co? Żałuje.

Takiego gówna dawno nie słyszałem. Boże, aż mi się przypomniały czasy Kumki Olik i Out of Tune, czyli bezbarwnego grania hajpowanego przez media. To, że w ten projekt wmieszał się Coldplay, wcale mnie nie dziwi. W końcu Chris Martin ze spółką już dawno zapomniał jak się nagrywa takie albumy jak „Parachutes„. Jednak co tam robi Jhene Aiko? Jej kariera obrała chyba zły kierunek.

Wróćmy jednak to The Chainsmokers, którzy aż się proszą by dostać w ryj. Wiecie, to, że muzyka jest nudna albo mało ciekawa – jestem w stanie zrozumieć. Przecież jest tyle nudnych zespołów, uważanych za ważnych. Pewnie się domyślacie o których mowa. Jednak słabego, ignoranckiego i chamsko nastawionego na zysk grania nie akceptuje. To kpina z ludzkiej inteligencji by nagrywać taki badziew i określać go muzyką. To nawet nie jest wpadka The Chainsmokers. Ich zeszłoroczna EPka „Collage” zapowiadała ten gówniany deszcz. Wygląda mi to na zorganizowaną akcje nagrywania chłamu i sprzedawania ludziom. Nie nabierzcie się na tego typu sztuczki.

Przesłuchałem ten album kilka razy. Głowa bolała i aż mną trząsało, ale nie znalazłem tu ani jednego dobrego momentu. Ba, ta płyta nawet nie zahacza o momenty przyzwoite. Słabość na całego. Szósty bieg dziadostwa. Jeżeli podoba Wam się „Memories… Do Not Open” to nie wiem jak Wam pomóc. Ocena: 1/10.

Aniołek Charli XCX

Sięgając po najnowszy krążek Charli XCX, myślałem sobie, że dobrego popu nigdy dość. W pamięci mam przecież całkiem przyjemne „True Romance” z 2013 roku i serię kapitalnych singli wypuszczonych przez Brytyjkę. „Stay Away” swego czasu słuchałem namiętnie.  A takie kawałki jak „You (Ha HA ha)” czy też „What I Like” były częścią większości imprezowych playlist. Zatem, sprawdzony towar. Jak zawsze zresztą. Cóż by mogło pójść nie tak?

Generalnie jest OK. „Number 1 Angel” brzmi dość dobrze i lekko. Jest tylko jeden mankament w tym wszystkim. Ten album totalnie nie wciąga. Nie czuję ZMUSZENIA do kolejnego odpalenia tego longplaya. Charli XCX grzecznie głaszcze moje ucho, jednak chciałbym by czasami złapała mnie z pazurem albo chociaż kopnęła (haha, muzyczne sadomaso – absolutnie nie moje klimaty) i krzyknęła na mnie: „HEj, posłuchaj Tego!”. Do „Number 1 Angel” wracam wyłącznie z recenzenckiego obowiązku, który tkwi we mnie niczym przekleństwo. Polecam Wam i sobie słowa pewnego małoletniego rapera Radzia. Ich sens był mniej więcej taki: „Nie musisz, więc nie idź do tej pracy”. Jeżeli nie musicie słuchać tego krążka, to absolutnie nic nie stracicie ważnego.

Jeżeli jednak się skusicie to czasu też nie stracicie. Charli XCX świetnie się odnalazła na pograniczu mainstreamu i alternatywnego popu. Jej piosenki przypadną do gustu zarówno mniej wymagającego słuchacza jak i tego lubiącego w nocy słuchać Swansów. Co prawda nie ma tutaj bangerów, ale materiał stoi na równym, dość dobrym poziomie. Trochę więcej liczyłem po gościnnych występach. Jednak zarówno MO jak i Uffie przemknęły przez ten set prawie nie zauważone. Jednak sama Charli daje radę. Zarówno wokalnie jak i muzycznie. Mieszanka słodkiego popu, z elektroniką i wspominkami z lat 90 wciąż daje wyborne efekty. Ocena: 6/10.

Posłuchaj

Przebudzenie Japandroids, czyli słów kilka o „Near To The Wild Heart of Life”

Pamiętacie Japandroids? Swego czasu było o nich bardzo głośno za sprawą rewelacyjnego „Post-Nothing” z 2009 roku. Sam o nich pisałem przy okazji kompilacji „No Singles” oraz drugiego krążka „Celebration Rock„. To były czasy! Koszulki w teledyskach Much i pochlebne recenzje. Miód i lipa. Kanadyjski duet po pięcioletniej przerwie postanowił o sobie przypomnieć. Czy udanie? Odpowiedź poniżej.

Ha! Ok, nie będę trzymał was w niepewności. Jest dobrze. Trzeci longplay Kanadyjczyków to więcej niż udany powrót. W tej muzyce wciąż tkwi potencjał! Początkowo sądziłem, że to będzie kolejny nudny powrót po latach. W końcu co można więcej wydusić z garage rocka? Okazuje się, że można. Przynajmniej Japandroids to się udało, bo „Near To The Wild Heart of Life” o dziwo brzmi bardzo świeżo! Chłopaki wzięli gitary i bębny w ręce i dali po prostu czadu.

Wystarczy się wsłuchać w epicki „Arc of Bar” czy też kapitalny „True Love And A Free Life Of Free Will” by TO poczuć. „North East South West” i „No Known Drink or Drug” też zresztą dają radę. Co prawda nagrania straciły na swojej surowości i dynamice, jednak wciąż nadają się jako muzyka do puszczenia w towarzystwie bez obciachu. Czuć większą dojrzałość w tych nagraniach. To zabawne, ale ZAWSZE jak pojawiają się elementy elektroniki w gitarowej muzyce to mówimy o większej dojrzałości w muzyce. Widocznie na starość od szarpania strun wolimy lekkie klikanie klawiszy. Kanadyjski duet to jeszcze nie tatusie rocka w stylu AC/DC, ale słychać, że próbują nowych rzeczy. I dobrze. W końcu, ile można zapieprzać?

Podsumowując, Japandroids i ich trzeci longplay „Near To The Wild Heart of Life” to udany powrót. Nowy krążek porywa świeżością, daje sporo przyjemności za sprawą ostrych gitar oraz momentami zwalnia i daje się polubić od swojej drugiej, spokojniejszej strony. Co prawda rewolucji nie ma, ale chyba nie o to chodziło w tym przypadku. Polecam dla wszystkich indie rockowych świrów. Ocena: 7/10.