Moi starzy, nowi ulubieńcy – Grizzly Bear

Wiecie, że zawsze chciałem być w następnym życiu niedźwiedziem? Najlepiej Grizzly. Perspektywa życia w Ameryce i zajadanie się pstrągiem jest bardzo kusząca. Nigdy nie chciałem być zwierzęciem, które musi się martwić o swój żywot. Grizzly przed nikim nie ucieka (No chyba, że ten ktoś ma spluwę), to wszyscy uciekają przed niedźwiedziem! Żubr też mógłby być, choć tego wolę w zimnej butelce. Dobre życie też ma mój kot – Tofik, mordercza łapka. Zero stresu, zupełnie.

Zacząłem dość filozoficznie, a przecież recka nowego krążka od miśków grizzly sama się nie napisze. Wiecie co mi album „Painted Ruins” uświadomił? To, że Nowojorczycy są jednak jednym z moich ulubionych zespołów. Zanim się wziąłem na poważnie za najnowszy krążek, wróciłem do wcześniejszych. I wiecie co? Znowu mnie wciągnęły. Kurde, ci kolesie mają dar do tworzenia na prawdę zacnych rzeczy. Nawet „Shields” z 2012 roku, które wydawało mi się spadkiem formy brzmi z perspektywy czasu na prawdę bardzo dobrze. No a wcześniejsze wydawnictwa śmiało można już określić klasyką alternatywy.

Nowy album od razu mi się spodobał. A to już jest coś! Jest melodyjnie i piosenkowo, jednak całość nie traci swojego poważnego wydźwięku. Linie gitar urzekają, a wokal Edwarda Droste’a łapie za serducho. Wsłuchajcie jak pięknie, wręcz patetycznie rozkręca się „Three Rings„. To co tam się dzieje pod koniec, to jakiś prawdziwy wybuch zajebistych dźwięków. Posłuchajcie z jaką lekkością zespół wchodzi w „Losing All Sense” czy też jak można łączyć alternatywę z przebojowością w „Morning Sound”. Ogólnie po przesłuchaniu „Painted Ruins” miałem wrażenie, że zespół postanowił wejść na bardziej melodyjne regiony. Wyszło im to całkiem na zdrowie.

Może nie jest to ich najlepszy krążek w dyskografii, jednak można śmiało stwierdzić, że to mocna propozycja. Mi mocno przypadła do gustu. Znajduje tutaj wszystko to, czego ostatnio szukam w alternatywie. Dobrze i przyjemnie spędzonego czasu. W ostatnim czasie nie miałem chęci na słuchanie indie smętów lub albumów nagranych na jedno kopyto. Grizzly Bear wychodzili z siebie, dwoili i troili by nagrać album ciekawy, wpadający w ucho i zróżnicowany. Takie właśnie jest „Painted Ruins„. Ocena: 9/10.

Stefan Wesołowski zakończył mi lato – recenzja „Rite of the End”

Nazwisko wykonawcy omawianej w tym wpisie płyty może być bardzo mylące. Stefan Wesołowski brzmi jak kolejny polski grajek pop w stylu nieudolnego Brzozowskiego czy innego śmieszka bez talentu. Wesołowski też bardziej by mi się kojarzył z jakimś kabareciarzem czy też aktorem z słabego serialu. To nazwisko absolutnie nie pasuje do zawartości „Rite of the End”, która jest mroczna, głęboka i… smutna.

Chyba nie byłem gotowy na tą płytę jeszcze. W  ostatnie wakacyjne miesiące mało słuchałem muzyki, a jak już czegoś słuchałem, to były to popy w stylu Calvina Harrisa. Nowy Grizzly Bear był jedynym przedstawicielem żelaznej alternatywy w tym czasie. Pan Wesołowski szybko sprowadził mnie na ziemię i dał do zrozumienia, że lato się kończy. Widok coraz bardziej żółtej lipy za moim oknem i wcześniejsze wieczory wprowadzają mnie w małą depresję. Jednak to jest nic w porównaniu co zrobił z moją psychiką Wesołowski po odsłuchaniu „Rite of the End„.

Wesołowski swoim krążkiem oficjalnie potwierdził, że czas zwinąć basen z podwórka i wyciągnąć grabie na liście. „Rite of the End” co prawda ukazało się wiosną, jednak album dotarł do mnie dopiero teraz. I szczerze? Okoliczności pogodowe spotęgowały doznania przy pierwszych odsłuchach. Na tym albumie jest smętnie, ponuro i niezbyt wesoło. Czuć jednak w tym wszystkim całkowitą poważność. Krążek zaczyna się dość filmowo, co nie powinno dziwić. W końcu Wesołowski nagrywał już muzykę do filmu – „Listen To Me Marlon„. Momentami zdawało mi się, że to zagubione soundtracki z któregoś obrazu Davida Lyncha. Co zachęcało mnie do dalszego słuchania. Kompozytor z Trójmiasta dość sprawnie łączy muzykę klasyczną z współczesną muzyką elektroniczną. W porównaniu do poprzednich pozycji Wesołowskiego, artysta postanowił bardziej postawić na ambient. I dobrze! Brakuje mi na polskiej scenie wykonawców, którzy mogliby rywalizować z Fenneszem czy Williamem Basinskim. Wesołowskiego to nawet całkiem dobrze to wychodzi, co całkowicie aprobuje. Co prawda smyczki grają tu kluczową rolę, jednak to elementy ambientowe mnie najbardziej zachwyciły.

Jeżeli jesteście gotowi zakończyć lato i dać się nieco porwać w ambientowe odchyły to powinniście sprawdzić najnowszy krążek Wesołowskiego. To zdecydowanie najlepsza pozycja w jego dyskografii. Nie licząc oczywiście „Trenów” Jacaszka. Ocena: 7/10.

Calvin Harris nagrywa soundtrack tego lata – recenzja „Funk Wav Bounces vol.1”

Szkocki producent w końcu wziął się na poważnie za nagrywanie kompletnych albumów. Wcześniejsze jego dokonania ciężko uznać za udane. Single były całkiem dobre, jednak albumy całościowo nie stały na zbyt wysokim poziomie. Wystarczy przywołać debiutancki „I Created Disco” z 2007 roku czy też „Ready for the Weekend” by się o tym przekonać. Harrisowi nigdy nie udało się przyciągnąć mojej uwagi na tyle by zachwycić się całym jego krążkiem.

Inaczej ma się sprawa z najświeższym „Funk Wav Bounces vol.1„, który stoi na równym, wysokim poziomie od początku do końca. Krążek ten został już okrzyknięty soundtrackiem lata 2017. I jest coś na rzeczy. W chwili, kiedy piszę tą recenzję to moczę tyłek w jednym z nad adriatyckich kurortów. I wiecie co? W każdej knajpie, drink barze, restauracji a nawet lodziarni słychać nowego Harrisa. Koszmarnego „Despacito” pewnie nie przebije liczbowo, ale pod względem jakościowym jest 100 do 0 dla Szkota.

W czym tkwi sukces nowej płyty Harrisa? Przede wszystkim w tym, że udało mu się tutaj zgromadzić bardzo ciekawy zespół współpracowników i wyciągnąć z każdego maksimum swoich umiejętności. W openerze słyszymy jak zawsze świetnego Franka Oceana i odkrycie tego roku – Migos. Ci drudzy w „Slide” w końcu pokazali się z dobrej strony, także może coś z nich będzie. W „Cash Out” rządzi i dzieli będący w ostatnim czasie w szczytowej formie raper Schoolboy Q. Future w „Rollin” ponownie potwierdza swoją pozycje w czołówce a Pharrell Williams i Snoop Dogg udowadniają, że ich czas jeszcze nie minął. Harrisowi nawet udało się tak przerobić Nicki Minaj by nie była irytująca, brawo! Poza tym na krążku tym pojawiają się jeszcze m.in. Katy Perry, Big Sean, Ariana Grande, Lil Yachty czy też John Legend. Skład ten nie tylko dobrze wygląda na papierze, na boisku też dzielnie daje radę. A to już połowa sukcesu.

Druga połówka to produkcja Harrisa. Co prawda nie wysilił się on tutaj zbytnio. Większość utworów brzmi podobnie i momentami czujemy jakbyśmy słuchali tej samej piosenki, tylko z innym wokalem. Jednak jak jest to dobra melodia, to czemu nie? Zwłaszcza, że to typowo wakacyjny zestaw. Brak w tym finezji, jednak doceniam jakość. Bo to na prawdę dobry zestaw podkładów. Harris ponownie bawi się funkiem, mieszając go z typowo popowymi wstawkami. Szczególnie przypadł mi do gustu singlowy „Feels” czy też „Faking It” oraz wspominany wcześniej „Cash Out„.

Podsumowując, Harris nagrał wyróżniający się album. Lato 2017 będzie się kojarzyć głównie z „Funk Wav Bounces vol.1” za sprawą lekkich beatów i świetnego zestawu artystów. Najnowszy krążek szkockiego dejota stoi na równym, wysokim poziomie i jest z całą pewnością najlepszą propozycją od Calvina Harrisa. Ocena: 8/10.