Ja też chcę być kowbojem! – recenzja „Be the Cowboy” Mitski

Nijaka Mitski Miyawaki szerokiemu odbiorcy muzyki alternatywnej objawiła się dwa lata temu za sprawą świetnie przyjętego albumu „Puberty 2„. Ów krążek znalazł się na większości najważniejszych list podsumowujących rok 2016, a głównym hyperem w tym przypadku był sam Pitchfork. Pół amerykanka, pół japonka swoją muzyczną karierę rozpoczęła jednak znacznie wcześniej. W 2012 roku własnymi siłami wydała debiutancki krążek „Lush„, rok później pojawił się kolejny album o przekornym tytule: „Retired from Sad, New Career in Business„. W 2014 roku artystka postanowiła bardziej zabawić się gitarami, czego efektem jest wydany przez Double Double Whammy lonplay „Bury Me at Makeout Creek„. Sława jednak dopiero przyszła przy czwartym, już wspomnianym wcześniej „Puberty 2„. Minęły dwa lata, a artystka ponownie zbiera pozytywne oceny. Tym razem za sprawą „Be the Cowboy„.

Przyznam, że początkowo miałem opory przed sięgnięciem po muzykę Mitski. Nigdy nie byłem wielkim fanem J-popu, natomiast sama artystka kojarzyła mi się z bezbarwnym, nudnym eksperymentowaniem z muzyką elektroniczną. Nie wiem skąd mi się to wzięło, „Puberty 2” przesłuchałem chyba tylko jedynym uchem i w dodatku – zatkniętym. Na szczęście zniweczyłem ten błąd i zagłębiłem się w dyskografię artystki. I faktycznie czuć, jak ta muzyką dojrzewa razem z nią. Pierwsze niezgrabne nagrania zamieniły się w gitarowy bunt z „Bury Me at Makeout Creek”, by w 2016 roku dojrzeć do wspaniałego grania i śpiewania.

Na najnowszym krążku artystka nie boi się sięgnąć po różnorodne gatunki, od klasycznego fortepianu, przez elektro-pop po zwykły rock. Podoba mi się ten wielobarwny wachlarz, który jest okraszony wspaniałym głosem samej Mitski. „Washing Machine Heart” genialnymi synthami świetnie nawiązuje do popularnych w ostatnim czasie lat 80. „Blue Light” to już zabawa w country, w końcu płyta ma kowbojski tytuł. Natomiast „A Horse Named Cold Air” może mocno kojarzyć się z twórczością Thoma Yorke’a. Artystka ponownie w piękny sposób opowiada na smutne tematy, którym najważniejszym jest samotność. Już pierwszy singiel z płyty „Nobody” otwiera wers „My God I’m so lonely„. Bez większej zabawy w wyszukane metafory i owijania w bawełnę artystka przyznaj się do tego, że po zejściu ze sceny czuje się zwyczajnie samotna. I o tym głównie jest „Be the Cowboy„. Tytuł może być mylący, gdyż wydawać by się mogło, że Mitski wyjechała do Teksasu, zaszyła się na farmie i nagrała płytę jak zajebiście żyję się na południu w otoczeniu bydła i koni.

Jeżeli lubicie dobrą, nie bojącą się eksperymentów muzykę. W dodatku, która jest mocno przystępna w odbiorze (utwory są przyjemne dla ucha i krótkie) i opowiada na smutne tematy, to powinniście zdecydowanie przesłuchać „Be the Cowboy„. Jak dla mnie to jeden z lepszych krążków, jakie przesłuchałem w tym roku. Ocena: 9/10.

Marudzenie o Marauder – recenzja najnowszej płyty Interpolu

O tym, że od 2002 roku, czyli roku w którym wydany został album  „Turn on the Bright Lights” nowojorska grupa Interpol jest na równi pochyłej, chyba nie muszę nikomu zbytnio udowadniać. Oczywiście można się sprzeczać co do „Antics” (które mocno szanuje), jednakże każda kolejna płyta grupy była gorsza. Na tyle gorsza, że w 2010 roku Paul Banks z ekipą doszli do tak marnego poziomu wydając „Interpol„, że wydawało się, że to koniec.

Otóż drodzy czytelnicy,to jeszcze NIE koniec tej zasłużonej gitarowej grupy. Interpol postanowił po raz kolejny powrócić z nowym materiałem. Bardzo chciałbym w tym miejscu napisać, że warto było czekać te kilka lat. Chciałbym też napisać, że jest to genialny powrót na miarę My Bloody Valentines czy też The Avalanches i że nowy materiał jest kapitalny. Otóż niestety, nie mogę tak napisać. Co prawda czuć na tym krążku nieco świeżości, a sama grupa już tak śmiertelnie nie zaraża nudą jak na dwóch poprzednich longplayach. Jednak, gdyby wymazać ją z muzycznych premier tego roku to nie zmieniłoby się absolutnie nic. Świat przeżyje bez nowej muzyki Interpolu.

Mocną stroną „Marauder” są single. Zarówno otwierający całość „If You Really Love Nothing” jak i „The Rover” mogą się pochwalić chwytliwością i całkiem zgrabnymi gitarowymi riffami. „Number 10” może się podobać, ale nie jest to kawałek który zapada zbytnio w pamięci. I to w zasadzie tyle. Trochę mało, by mówić o udanym krążku. Reszta utworów to poprawne wypełniacze, do których raczej nie będzie się wracać latami, tak jak w przypadku „Turn on the Bright Lights„. Trochę szkoda, że Nowojorczycy wpadli tak szybko w etap zjadania własnego ogona, jednak na pocieszenie dodam, że jest jakieś małe światełko w tunelu. Ich notowania nieco wzrosły. Także, kto wie? Może za parę lat wrócą do formy? Ocena: 5/10.

Black metal dla hipsterów – recenzja Ordinary Corrupt Human Love

Czwarty album kalifornijskiej grupy Deafheaven to kolejna porcja black metalu podana w taki sposób, że strawi go każdy fan lekkiej, gitarowego „plumkania”. Wierni wyznawcy ciężkiej muzyki mogą nie przełknąć niektórych bardziej softowych momentów, natomiast screamo wokal na dłuższą metę mogą być męczące, jednak jeżeli dacie szansę tej płycie, to się nie zawiedziecie. Amerykanie już na poprzednich albumach udowodnili, że black metal to nie wszystko. Na „Sunbather” oraz „New Bermuda” ciężkie brzmienia starali się łączyć z shoegazowymi wstawkami do tego stopnia, że określono ich muzykę „BLACKGAZE”.

Natomiast na najnowszym albumie „Ordinary Corrupt Human Love” sięgają po zupełnie odmienne motywy i wrzucają go do mocarnego gara black metalu. Już rozpoczynający całość „You Without End” może nam się pomylić z melodyjnym popem Sama Smitha czy innej Adele. W „Honeycomb” dostajemy ponad 12-minutową mieszankę różnych stylów, jednak to na „Canary Yellow” zdecydowanie się najwięcej dzieje. Początek może kojarzyć się z szkotami z Mogwai bawiącymi się w melodyjne granie, później wskakuje scremo wokal i zaczyna się black metalowa jazda bez trzymanki. Jednak to dla samej końcówki warto wytrwać blisko 12 minut, by usłyszeć te wspaniałe chórki. Następny w kolejności „Near” brzmi jak Interpol, który wrócił po miesięcznym pobycie na Islandii. Kolejny gigant z płyty „Glint” zaczyna się mocno indie rockowo by jeszcze przed trzecią minutą dać kopa. „Night People” to najbardziej nie pasujący do reszty utwór, co nie oznacza, że jest najgorszy. Po rozwałce, którą mieliśmy wcześniej otrzymujemy wymieszany wokal damsko-męski, który może przypominać stylistycznie „I’ve Seen It All” nagrany przez Bjork i Thoma Yorke’a. Całość kończy klimatyczne i najbardziej hardkorowe na płycie „Worthless Animal„.

Niektórzy zarzucają Deafheaven brak zdecydowania, którą drogą chcą podążać. Oczywiście zarzut ten należy za każdym razem głośno wyśmiać. To tak jakby powiedzieć Radiohead, że albo grają brit pop, albo bawią się elektroniką bo inaczej nigdy nie będą dobrzy. Przecież mieszanie gatunków w muzyce, filmie czy też w sztuce ogólnie to tak stara rzecz, że aż oczywista. A to, że chłopaki wymyślili sobie zrobienie z black metalu coś więcej niż zwykłą napierdelankę to tylko szacunek dla nich. Drugi częsty zarzut recenzentów to rzekome przynudzanie i zbyt długie utwory. Serio? Przecież na tej płycie się tak wiele dzieje, że nie sposób się nudzić. Przywołam ponownie utwór „Canary Yellow„, który jest muzycznym rollercoasterem, który można podzielić na kilka części i każda prowadzi to wspaniałego kulminacyjnego finału. Co do długości tracków, to fakt są długie. No, ale jeszcze nie słyszałem by ktoś skrytykował „Ojca Chrzestnego” za to, że trwa 3 godziny.

W mojej ocenie „Ordinary Corrupt Human Love” to najlepsza płyta Deafheaven. Mocno zróżnicowana, wciągająca, łamiąca schematy i po prostu dająca zdrowego kopa. Chłopaki się rozkręcili na dobre i całkiem możliwe, że nagrali najlepszą gitarową rzecz tego roku. Dla mnie bomba. Kusi mnie przesłuchanie tej płyty na żywo już w najbliższym czasie w Poznaniu. Ocena: 9/10.