Odkurzone dzieło Car Seat Headrest – recenzja „Twin Fantasy”

Wierzcie lub nie, ale wiele zespołów chciałoby być w tym miejscu co Car Seat Headrest. Indie rockowa formacja z Leesburg w stanie Virginia zdaje się być w szczytowej formie. Nie tak dawno temu zachwycałem się ich kapitalnym albumem „Teens of Denial” a o nich znowu jest głośno. Tym razem za sprawą krążka „Twin Fantasy„.

Ciekawa sprawa z tym longplayem, gdyż pierwotnie ta płyta ukazała się już 7 lat temu. Wtedy „Twin Fantasy” wydane własnymi siłami błąkało się gdzieś w internetach bez większego echa. Teraz, gdy zespół Willa Toledo ma większy fejm, krążek upiększony i dopracowany pojawia się ponownie. Trzeba przyznać, że był to ruch kapitalny, bo „Twin Fantasy” zbiera świetne recenzje. I to całkowicie słusznie!

Sekret sukcesu najnowszej propozycji od Car Seat Headrest tkwi w szczegółach. Po pierwsze zespół nie boi się długich piosenek. O takim „Beach Life-In-Death” należałoby napisać osobną recenzję. To co wyrabia się w tym trwającym ponad 13 minut utworze jest niepojęte! Świetne melodie i energiczne riffy gitarowe nie mają tutaj końca. To oczywiście nie jedyna taka perełka na płycie bo przecież „Famous Prophets (Stars)” trwają ponad 16 minut a pozostałe utwory kończą się w granicach 6-7 minut. Niskie ukłony ode mnie, bo w dobie trzy minutowych piosenek nagrać utwór trwający ponad 10 minut w którym każda sekunda ma sens i jest potrzebna to prawdziwa sztuka.

Druga kwestia to mieszanka jaką serwują nam amerykanie. Nie zabraknie tutaj momentów zahaczających o punk, grunge, college rock czy lo-fi. Słuchając tej płyty przypomniały mi się gitarowe odloty Cloud Nothings, aczkolwiek można doszukiwać się na tym krążku bardziej klasycznych wzorców takich jak Pavement czy Built To Spill.

Trzecia sprawa to fakt, że pomimo tego, że to ich szósty krążek to ma on typowe atuty dla debiutu. Pomimo przerobienia pierwotnej wersji „Twin Fantasy” zostało na nim wiele energii i świeżości, która charakteryzuje głównie pierwsze płyty. Można by wymienić setki zespołów, które skończył się na jednej płycie (The Kooks, Kaiser Chiefs, Maximo Park) lub takich, które nigdy nie dorównały swoimi następnymi płytami tej pierwszej (Coldplay, U2, Interpol). Magia pierwszej płyty ma niezwykłą moc i jest ona tutaj zawarta.

Mamy dopiero marzec (swoją drogą piękny miesiąc, bo zwiastuje nadchodzącą wiosnę i moje urodziny) a ja już wiem, że ten krążek na 100 % znajdzie się w moim całorocznym podsumowaniu. Car Seat Headrest wypuściło album żywy, mocny, energiczny i po prostu świetny. Takiego indie rocka po prostu chce się słuchać, niezależnie od wszystkiego. Ocena: 9/10.

Dobre i złe strony bycia kolejnym Ostrym – recenzja „Tango”

Pozwoliłem sobie przejrzeć recenzję najnowszego, bo szóstego krążka grupy Rasmentalism – „Tango„. Przede wszystkim w większości tytuł wpisu nawiązywał do dawnego przeboju Budki Suflera, co sprawiało, że czułem się jakbym czytał rozprawkę gimnazjalisty. Druga kwestia to wysokie oceny. Jak dla mnie zbyt wysokie i dziwi mnie ten nie poprawny optymizm przy ocenianiu tej płyty. Sprawdźmy jak to naprawdę jest z tym albumem.

Fakt, jest to dość dobra i solidna płyta. Ras ponownie wypluwa z siebie wyśmienite zwrotki a Ment tym razem poszedł w bardziej przystępne podkłady nawiązując do muzyki pop i r’n’b. I jest to jak najbardziej OK. Z tym, że po takich krążkach jak „Za Młodzi na Heroda” czy też „1985” można by spodziewać się czegoś więcej. To trochę jak z płytami Ostrego. Przyzwyczaił nas do swojego wysokiego poziomu i pewnego standardu, jednak momentami brakowało na jego nowych płytach tego „czegoś”. Słuchamy i mówimy sobie „OK”, ale wciąż nie ma tego „WOW”.

Tango” to przyjemny w odbiorze longplay, który przede wszystkim cieszy ucho zgrabnie dobranymi podkładami. Jest ciepło, prawie wakacyjnie i melodyjnie. To duża zmiana w porównaniu do zimnego i chłodnego „1985”. To wciąż hip-hop, ale sporo tu śpiewania i melodyjności. Rosalie oraz Vito z Bitaminy dbają o to by refreny na płycie wpadały w ucho. Jeżeli chodzi o kwestie liryczne to Ras rzuca dość ciekawe i trafne spostrzeżenia. Z przyjemnością wyłapuje się różne porównania jak chociażby: „wzrok ci uciekał jak Theon Greyjoy , „Odpalaj „Narcos”, takie chwile są tratwą” czy też „Będę czwartym paskiem w Twoim Adidasie Originalsie”. Natomiast ta linijka „Miałem jeść to z kumplami do rana, ale z żonami przyszli” niech będzie symbolem miejsca w którym obecnie znajduje się duet. Jednak jak się zagłębimy w teksty to brakuje tutaj przekazu, a więcej modnych i wielkomiejskich słówek. Wyjątkiem jest „Duch„, gdzie Sokół i Oskar z PRO8L3MU nie stanowią wyłącznie ozdobnika do tracklisty.

Może nie jest to księga współczesnej życiowej filozofii, ani poradnik jak żyć w czasach komunikacji hasztagami i zabijania czasu na fejsie i instagramie. No, ale jak to kiedyś wspomniałem w pewnej recenzji – nie zapominajmy o walorach rozrywkowych, te z pewnością tu znajdziemy. Spędzajcie miło czas przy „Tango„, ale nie spodziewajcie się, że zapadnie wam w pamięć na stałe bądź odmieni czyjeś życie. W moim przypadku tak nie było. Ocena: 6/10.

Kiedyś koszule w pasy, dziś farbowane włosy i skórzane kurtki – nowe oblicze Franz Ferdinand w „Always Ascending”

Zagorzali obrońcy indie rocka i hitów spod znaku „Take Me Out” wydali już werdykt, który równocześnie jest wyrokiem. Nowej płyty Franz Ferdinand nie idzie słuchać! I wcale mnie to nie dziwi, bo najnowsza i zarazem piąta w kolekcji płyta, jest najmniej singlowa. Brakuje tutaj typowych dla FF gitarowych szlagierów, jakie mogliśmy usłyszeć chociażby na debiucie czy też „You Could Have It So Much Better”. Nie znajdziemy tutaj kontynuacji takich hitów jak wspomniany „Take Me Out„, „Do You Want To” czy też „Ulysses„.

Zamiast tego blond Kopranos serwuje słuchaczom zestawy mocno rozciągnięte, naszpikowane syntezatorami i odnoszące się do dyskotekowej strony lat 80. Na papierze brzmi ciekawie, w rzeczywistości to bywa różnie. Szkoci tą płytą prochu nie wymyślili, ale biorąc pod uwagę wyłącznie aspekt rozrywkowy to „Always Ascending” wykonuje swoją robotę. Zwłaszcza w takich utworach jak „Lazy Boy„, „Feel The Love Go” czy też „Lois Lane„.

Jednak mam też słowo otuchy dla fanów standardowego gitarowego grania. Jest tu wciąż tego sporo. Ferdinandzi, aż tak nie oszaleli i wypełnili album klasycznymi dla siebie utworami, które mieszczą się gdzieś pomiędzy indie rokiem a dance punkiem spod znaku The Rapture. Generalnie szkoci zachowali rozsądny umiar w dawkowaniu wszystkiego i nie przesadzili z metamorfozą niczym zeszłoroczny wybryk Arcade Fire. Prawdą jednak jest, że ich zapełniacze nie stoją na jakimś wyjątkowo wysokim poziomie. I gdy brakuje głośnych singli, ich braki się uwydatniają.

Stąd m.in tak wiele krytycznych uwag i słabych recenzji. Nie bądźmy jednak aż tak surowi. „Always Ascending” nie jest rzeczą wybitną, ale na pewno nie jest to zły album. To solidny zestaw piosenek by posłuchać i za jakiś czas zapomnieć. Pobawmy się trochę tą płytą, za nim posłuchamy czegoś nowszego i lepszego. Zwłaszcza, że koncert grupy w Warszawie tuż, tuż. Ocena: 5/10.