Muzyczne zaległości z 2018 roku

Mimo, że nie jestem zwolennikiem robienia podsumowań w grudniu (wszak tyle się jeszcze może wydarzyć do 1 stycznia) to mają one jedną ważna dla mnie funkcję. Mianowicie przypominają mi o wszystkich ważnych wydawnictwach muzycznych, o których należałoby wspomnieć na blogu. Tradycyjnie wszelakie swoje zaległości nadrabiam jednym wygodnym wpisem, a tradycyjnej rocznej TOPki spodziewajcie się niebawem. Do dzieła!

The 1975 – A Brief Inquiry Into Online Relationships. Daleki jestem od porównywania tej płyty do „OK Computer” Radiohead – czyli jednego z najlepszych albumów EVER. Skąd w ogóle te porównania? Ja rozumiem, że różnorodność i przekaz, ale bez jaj. Nie ta liga. To tak jakby zestawić osiągnięcia Wisły Kraków do sukcesów Barcelony czy Milanu. Pewnie kiedyś (a może nigdy) jakiś zespół bądź artysta nagra równie wielki album, ale to jeszcze nie teraz. „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to miły i chwytliwy album, który zbiera zasłużenie pochwały. Mieszają się tutaj różne gatunki od jazzu po britpop, ale najwięcej tutaj hołdów dla muzyki lat 80. Fajnie się tego słucha, ale Matthewu Healy’emu i spółce nie udało się na tyle porwać mojej osoby, bym głosił śmiałe teorie o rewolucyjnym albumie. W tym roku przechodziłem chyba jakiś okres buntu i słuchałem ostrzejszego grania, niemniej doceniam. Zwłaszcza drugą połowę krążka, która jest znacznie lepsza od pierwszej. Ocena: 8/10

Earl Sweatshirt – Some Rap Songs. Od czasu ukazania się „Doris” mam do Pana Earla ogromny szacunek. Okazuje się, że młokos z Chicago to największe odkrycie z ramienia Odd Future, który podobnie jak Tyler, The Creator gwarantuje wysoki poziom. Trzeci krążek w kolekcji rapera to kolejny krok do przodu. Kiedy inni uciekają w trapy, Earl uderza w awangardowe tony wydając krążek trwający trochę ponad 24 minuty. Kapitalne liryczne teksty oddają dojrzałość autora, a sam album zasłużenie zbiera pozytywne oceny. Ocena: 7/10.

Gorillaz – The Now Now. Najnowszy album goryli jest moim zdaniem niezasłużenie pominięty i wybitnie niedoceniony. Mi „The Now Now” swego czasu słuchało się bardzo dobrze i po ponownym odświeżeniu albumu dalej tak jest. Co prawda jest to krążek nieco za długi i nie równy, ale to jedyne zarzuty jakie mi przychodzą do głowy. Poza tym Damon Albarn zawarł tu całkiem przyjemny zestaw utworów z bardzo dobrymi momentami. Ocena: 7/10.

Iceage – Beyondless. Co prawda chłopaki z Dani już cztery lata temu albumem „Plowing Into the Field of Love” udowodnili, że potrafią grać dobrze inną niż nihilistyczny punk rock. Niemniej i tak jestem pełen zdumienia dla tego krążka, bo okazuje się, że urósł nam tutaj poważny kandydat do grania poważnie dobrej, gitarowej muzyki. Czego tutaj nie ma? Mieszanka mglistego jazzu z jakimś kabaretem w „Showtime”, westernowego brzmienia z „Thieves Like Us” czy też konkretnego indie rocka. To z pewnością najbardziej dojrzała płyta zespołu w całej dyskografii i to w pozytywnym znaczeniu. Nie chcę mówić najlepsza bo poprzednie krążki również mi się podobały, z tym, że każda w inny sposób. Ocena: 9/10.

Idles – Joy as an Act of Resistance. Nie wiem jak to się stało, ale umknęło mi zmartwychwstanie najprawdziwszego punk rocka. John Talabot ze spółką nagrał jeden z najlepszych albumów gitarowych w tym roku. Brytyjczycy z Bristolu idealnie połączyli stary dobry protest song z nutą ironii i angielskiego humoru. Jeżeli chodzi o teksty to podejrzewam, że Idles nie mieli sobie równych w zeszłym roku. Co więcej jest w tym tyle szczerości, charyzmy i świeżości, że nie pamiętam kiedy ostatni raz zachwycałem się tego typu muzyką. Idles dali mi dużo radości tym albumem i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło. Ocena: 9/10.

Low – Double Negative. Ta płyta jest tak antymelodyjna i niesłuchalna, że.. aż dobra. Zacznijmy od tego, że Low udało się całkiem wybrnąć z tego swojego już nudnego i przeżutego slowcore’u. Na początku cieszyli ucho, sam zachwycałem się albumem „C’mon” z 2011 roku. Jednak formuła z czasem się wyczerpała i nowe wydawnictwa grupy już nie przyciągały tak mojej uwagi. Na szczęście trio z Duluth postawiło na eksperymenty i wydała album mieszający ambient, elektronikę, techno z typowymi swoimi smutnymi piosenkami. Ciężko się tego słucha ze względu na brak jakiekolwiek melodyjności, ale jest w tym coś co jednak przyciąga uwagę i niepowtarzalny klimat. Ocena: 7/10.

Playboi Carti – Die Lit. W odróżnieniu od Scotta Travisa (O nim poniżej) wychowanek Rakima Mayersa po raz kolejny udowodnił, że warto na niego postawić. Jego trapy raczej nie wprowadzają rewolucji w świat rapu, ale jest to z pewnością jeden z najciekawszych debiutów w czarnej muzie minionego roku. Miękkie flow i kapitalne beaty robią swoje, jednak były w tym roku lepsze hiphopowe albumy. Ocena: 7/10.

Travis Scott – Astroworld. Nie wiem czy to wina Travisa Scotta, czy problem leży po mojej stronie, gdyż nie jestem tak zachwycony „Astroworld” jak reszta Świata. Niby wszystko się zgadza: modne beaty, jakieś plastikowe wstawki, dobra produkcja i całkiem ciekawa lista nazwisk pomagająca tworzyć całość (Frank Ocean, James Blake, Drake). Jednak dla mnie brak w tym jakiejś wyrazistości i tej kropki nad i. Tak jak nie kupiłem Migosów, tak ciężko mi zachwycić się tym krążkiem jak i całym Scottem. Jest tu parę fajnych momentów, ale całościowo płyta jest nijaka. Ocena: 5/10.

Xxanaxx – Gradient. Nie spodziewałem się, że spotkam się jeszcze z duetem Xxanaxx. Debiutancki krążek „Triangles” nie porwał mnie na tyle bym pamiętał o tym muzycznym projekcie. Na szczęście trzeci krążek w ich dorobku  to esencja popu i r’n’b w polskim wydaniu. Co prawda album mocniej działa singlowo niż całościowo, nie mniej chciałbym więcej takich płyt na rodzimym rynku. Ocena: 6/10.

 

Muchy kończą trasę Xerroromans – relacja z koncertu w Mysłowicach

Długo musiałem czekać aż poznańska formacja Muchy ponownie zawita na Śląsk z koncertem klubowym. Okazja ta w końcu się nadarzyła i to nie bez byle powodu. Zespół świętuje jubileusz 10-lecia debiutu i z tej okazji wybrał się w tzw. Xerroromans Tour. Występ w Mysłowickim Centrum Kultury był zwieńczeniem trasy, a o tym jak było dowiecie się poniżej.

Nim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, publiczność rozgrzać miała grupa Drekoty. Niestety ciężko jest stwierdzić czy im się to udało, gdyż znaczna część zgromadzonej publiki wydawała się mocno znudzona występem pań. Widać, że damskiemu trio brakuje jeszcze wprawy w występach na żywo, gdyż wszelakie próby nawiązania kontaktu z widownią kończyły się fiaskiem. Drugą sprawą jest repertuar, którą serwuje Ola Rzepka z koleżankami. Nie wszystkim przypadł do gustu zestaw mocno eksperymentalnych utworów, gdyż w porównaniu do twórczości Much jest to znacznie cięższa muzyka i mniej melodyjna (a w zasadzie nie było w tym żadnej melodyjności) stawiająca na poetyckość i eksperymenty łączenia perkusji z klawiszami.

Następnie na scenę wkroczyli wyczekiwani poznańczycy w oryginalnym składzie, który nagrywał „Terroromans” w 2007 roku. Widziałem kilka koncertów Much w różnych składach, ze Tomaszem Skórką czy też Zalewskim (Pamięta ktoś, że to Muchy odświeżyły tego gościa?), jednak występy w pierwotnym składzie wydają mi się najlepsze. Grupa odegrała w całości swój debiutancki materiał w niezmienionej kolejności. Opener „Wyścigi” widownia wysłuchała jeszcze z poziomu foteli, jednak przy „Fototapecie” spora część fanów Much nie wytrzymała i pobiegła pod scenę.

Pomimo tego, że wokalista grupy Michał Wiraszko miał lekkie problemy z głosem (zimna krakowska hala dała o sobie znać) to i tak występ był pełen energii. W ogóle wokalista zasługuje na osobny akapit w tej relacji. Michał Wiraszko to istny wulkan pozytywnych emocji, to gość z którym aż chce się iść na piwo. Każdy by chciał mieć takiego kumpla, także z tego miejsca pozdrawiamy! Świetny kontakt z publiką, poczucie humoru a także serwowanie różnorakich anegdot to dodatkowe smaczki koncertu Much.

Materiał „Terrormansu” dalej przywołuje ciary. Takie utwory jak „Miasto Doznań„, „Najważniejszy Dzień” czy też „Galanteria” to przecież już klasyki polskiego indie rocka. Dobrze było sobie znowu przypomnieć ten zestaw na żywo, zwłaszcza, że ta muzyka wciąż ma tą samą moc. Co prawda człowiek jest już starszy i teraz przed koncertem martwi się o zakupy na niedzielny obiad, jednak gdy stoi pod sceną (ja akurat siedziałem) to budzi się znowu w nim to dziecko.

Oczywiście samo odegranie „Terroromansu” było nie wystarczające dla śląskiej publiki. Grupa wyszła ponownie na scenę i wykonała jeszcze parę dodatkowych utworów takich jak: „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę„, „Kołobrzeg-Świnoujście” oraz „Przyzwoitość” z odśpiewanym przez Michała Wiraszkę fragmentem utworu Joy Division „Love Will Tear Us Apart„. Na koniec grupa wykonała swoje dwa najnowsze utwory, czyli „Miłość” a także „Obok Ulic i Miejsc„.

Koncert Much w Mysłowicach był świetnym zwieńczeniem całej trasy „Xerroromans Tour„. Z niecierpliwością czekam teraz na nową płytę poznańskiej formacji, która ma się pojawić w przyszłym roku, no i na kolejną wizytę na Śląsku!

U Robyn po staremu – miód, malina – recenzja „Honey”

Znaczenie Robyn Mirmiam Carlsson dla popu nie trzeba jakoś zbytnio udowadniać. Jest to prawda sama w sobie, która jest oczywistością dla świadomego słuchacza dobrego popu. Szwedka od momentu debiutu w 1995 roku albumem „Robyn is Here” zawsze była dwa kroki przed resztą stawki. Odcisnęła swoimi nagraniami niesamowite piętno w muzyce pop, a największe gwiazdy gatunku (Lorde, Taylor Swift) inspirowały się jej twórczością. W swojej rodzinnej Szwecji jest znacznie bardziej doceniona (liczne nagrody Grammis), niż w skali globalnej, gdzie zawsze była bardziej w cieniu większych gwiazdy pokroju Britney Spears czy też Christiny Aguilery.

Artystka wróciła po dość długiej przerwie z nowym materiałem. Jej ósmy (a w zasadzie szósty – „Body Talk” traktuje jako jeden album podzielony na trzy części) album to zestaw przyjemnych dla ucha synthpopowych propozycji mówiący nam, że Robyn wciąż jest w formie. Nawet bym powiedział, że jej nowa propozycja jest znacznie lepsza niż „Body Talk„. Na „Honey” słychać wiele fajnych pomysłów, które nie zostały do końca odpowiednio rozwinięte. W wielu przypadkach postawiono na bezpieczną przebojowość kosztem eksperymentów, o które aż się tu prosi. No bo kto jak nie pani Carlsson ma to robić? W końcu miano zastępczyni Kate Bush do czegoś zobowiązuje.

Mimo, że płyta nie wywraca muzyki popowej do góry nogami, ani też nie wprowadza nowych trendów czy też rozwiązań to jest to solidna porcja ładnego elektronicznego popu. Po dość nudnych utworach tworzonych z norwegami z Röyksopp, artystka ładnie i lekko przeszła w modne w ostatnim czasie nawiązania do lat 90. Najlepszy przykład to eksplorujący house epoki DJ Bobo i Roberta Baggio „Between The Lines„. Takich smaczków jest oczywiście więcej, bo następny „Beach2k20” też robi to w niezły sposób. Swoją drogą to prawdopodobnie dwa najlepsze utwory na całej płycie, gdyż pozostała część utworów jest nagrana w stylu już rozpoznawalnym dla artystki. Otwierający całość „Missin U” jest tego najlepszym przykładem. Gdyby utwór ten znalazł by się na każdym innym jej longplayu – pewnie bym się nie zorientował. „Human Being” jest już znacznie lepszym utworem i oferuje całkiem fajne hooki. „Beacause It’s In The Music” jest najbardziej chwytliwym i radiowym utworem w tym zestawieniu, jednak to „Ever Again” z fajną linią basu zyskał większe uznanie.

Honey” to udany powrót artystki po 8 latach przerwy. Płyta oferuje przyjemny dla ucha synthpop, który zaraża bezpretensjonalnością oraz lekkością. Brakuje na płycie większych muzycznych eksperymentów, a jedynym odstępstwem od normy jest numer 7 i 8. Szkoda, że Robyn postawiła na bezpieczne rozwiązania zamiast poszukać czegoś bardziej niekonwencjonalnego. Byłaby ocena wyżej, a tak tylko (albo aż) jest siódemka. Ocena: 7/10.